ULTRA KOTLINA: 100 KM W NOGACH
SPIS TREŚCI
ToggleUtraKotlina100 – od startu w Kowarach po sprint na metę
No i chyba Krzysiek złapał bakcyla biegania na długich dystansach! Niedawno przebiegł KBL, czyli 110 km po górach, a zamiast odpocząć od takich atrakcji, już zapisał się na kolejne wyzwanie. Tym razem padło na Ultra Kotlinę w Sudetach i dystans 100 km. Jak widać, 110 km nie wystarczyło, żeby mu przeszło!
Ja tym razem nie będę się za bardzo rozpisywać, bo to nie ja biegłam, nie ja walczyłam z kilometrami i nie ja miałam przygody na trasie. Dlatego oddaję głos Krzyśkowi, który najlepiej opowie, jak wyglądała jego kolejna górska setka. Zapraszam na jego relację!
„Podobnie jak poprzednio, nie mogłem się doczekać startu. Wtedy był KBL (zobacz tutaj), a tym razem UltraKotlina100. Dystans zawodów podobny, czyli około 108–109 km. Były jednak spore różnice w tym oczekiwaniu. KBL był dla mnie całkowicie „dziewiczym” górskim wyzwaniem i byłem tym mocno podekscytowany. Kompletnie nie miałem pojęcia, w co się pakuję.
Do Kotliny podchodziłem spokojnie, ale miałem pewien dyskomfort, jeśli chodzi o sferę fizyczną. Przez ostatni czas niewiele trenowałem. Albo wakacje, albo praca, a na 6 tygodni przed startem doszedł jeszcze problem z kolanem. No i obawy o pogodę. W końcu to jesień, więc może popadać, a w górach temperatura może spaść poniżej zera. Być może dla wprawionych biegaczy to pierdółki, ale dla mnie był to powód do obaw.
Umówiliśmy się z Tomkiem, (z którym biegamy półmaratony wielkopolskie), że pobiegniemy te zawody razem.
Wynajęliśmy nocleg w pobliżu mety i przystanku, skąd autobusami przewieziono nas na start. UltraKotlina100 rozpoczynała się w Kowarach, więc w sobotę o 3:00 autobusy ruszyły z zawodnikami na miejsce rozpoczęcia tej imprezy. O 5:00 usłyszeliśmy: „3, 2, 1, start!” iiii… w drogę!
Prognozy pogody nie były dobre. Miało padać przez cały dzień, z drobnymi przerwami, a wiatr miał sprawić, że temperatura odczuwalna mogła spaść poniżej zera. Jak się później okazało, prognozy sprawdziły się tylko w kilku procentach. 😀 Jak dla nas przez całe zawody padało może przez pół godziny i to dopiero od 85. kilometra.
Organizator w regulaminie określa maksymalny czas na poszczególne odcinki, czyli godzinę, do której trzeba zameldować się w punkcie kontrolnym.
Początek trasy to długi odcinek pod górkę, ale humory nam dopisywały. Szybko wyszło słońce, a teren zrobił się bardziej płaski, więc sporymi kawałkami biegliśmy. Już na drugim punkcie mieliśmy godzinę zapasu, więc nasze morale rosło. Po 42 km zapas wynosił 1 godzinę i 20 minut. Siły nas nie opuszczały, więc nastroje były bardzo dobre. 😁 Na kolejnym punkcie zrobiły się już 2 godziny rezerwy.
Muszę tu wyjaśnić, że naszym celem było ukończenie biegu w limicie. Najlepszy zawodnik ukończył te zawody z czasem 10:47:40. Wielkie gratulacje! 💪 A my w tym czasie byliśmy w okolicach 68. kilometra. 🤦♂️😆 Szkoda się tak szybko żegnać z tak wspaniałą imprezą! 😂
Z czasem oczywiście przyszło zmęczenie i bóle mięśni – to jednak nie jest spacer po parku. Ale żeby nie było tak słodko i żeby nie wyszło, że wszystko poszło lekko, problemy zaczęły się na punkcie na 83. kilometrze. Wtedy właśnie lunął deszcz, zaszło słońce i zrobiło się błotniście. Zaświeciliśmy latarki, założyliśmy kurtki przeciwdeszczowe i w miarę naszych możliwości próbowaliśmy przemieszczać się jak najszybciej. Tempo znacznie spadło, a przed nami był jeszcze ostatni, 17-kilometrowy odcinek, według mnie najtrudniejszy.
Przed ostatnim punktem kontrolnym coś zaczęło mi szwankować w głowie. Spojrzałem na zegarek – była 20:50 – i stwierdziłem, że zostało nam 10 minut na zameldowanie się w punkcie. Więc ile sił w nogach popędziliśmy przed siebie!
Co się okazało? Nie mieliśmy tam być na 21:00, tylko o północy. Jakoś ta 21:00 mi się skojarzyła z tym, że po 21 godzinach biegu mieliśmy się odmeldować. Znów byłem w błędzie– nie na ostatnim punkcie, na 92. kilometrze, tylko na tym poprzednim, na 83. kilometrze. Wtedy dotarło do mnie, że zmęczenie może dawać różne objawy. 😵💫
Kiedy ludzie na punkcie uświadomili nas, że zostało nam 6 godzin i mamy około 17 km do mety, ciśnienie trochę zeszło. Wypiliśmy ciepłą herbatę, ogrzaliśmy się w namiocie i ruszyliśmy do upragnionej mety, z przeświadczeniem, że damy radę.
Ostatnie 17 kilometrów, czyli prawdziwy test
Tak jak wspomniałem, na papierze był to najtrudniejszy odcinek i bez problemu zasłużył na to miano.
Po wcześniejszym długim podejściu wpadliśmy na wypłaszczony teren. Trasa biegnie tam przez otwarte, podmokłe przestrzenie i polany przecinające izerskie torfowiska. Gdy popada, ten fragment zamienia się w głębokie, zasysające buty, błotne grzęzawisko, na którym po pokonaniu ponad 90 kilometrów niezwykle trudno utrzymać stabilny krok.
Następnie do pokonania był stary tor saneczkowy. To głęboka, kamienista i stroma rynna usiana ruchomymi głazami, wystającymi korzeniami i wypłukanymi przez wodę koleinami. Pod koniec biegu, i to jeszcze w ciemnościach, jest to prawdziwy test dla kolan i czworogłowych mięśni ud. Najbardziej stromy i techniczny fragment tej kamiennej rynny ciągnie się przez około 1,5–2 km, zanim przejdzie w łagodniejsze, szutrowe ścieżki i ostatecznie asfaltowy dobieg w okolicach wodospadu Kamieńczyka, prowadzący prosto do mety w Szklarskiej Porębie.
W tym terenie nasze tempo momentami spadało poniżej 3 km/h i matematyka zaczęła nas straszyć, że te 6 godzin do mety to wcale nie tak dużo czasu.
Mniej więcej w połowie tego błotka zacisnęliśmy zęby i mocno skupiliśmy się na celu. Nogi miejscami ślizgały się jak na lodzie, kolana uginały się niemal bez kontroli, a każdy krok stawał się osobnym wyzwaniem.
Kiedy dotarliśmy do Szklarskiej Poręby, zobaczyliśmy miejskie oświetlenie i brukowane ulice, zaczęliśmy zapominać o wszystkich trudach. Humory i – nie wiem skąd – ale też SIŁY wróciły na tyle, że pozwoliliśmy sobie jeszcze na sprint do mety! 😁
Cała trasa zajęła nam 19 godzin i 42 minuty. To był bardzo fajnie spędzony czas. Nogi boleć przestaną, a wspaniałe wspomnienia zostaną na zawsze.
Już teraz w głowie są plany na kolejne wyzwania!”
Podsumowanie
Ponad 100 kilometrów w górach to nie tylko ogromny wysiłek, ale też cała gama emocji, które zmieniają się wraz z kolejnymi kilometrami. Na początku jest ekscytacja i radość ze startu, później pojawia się satysfakcja, gdy wszystko idzie zgodnie z planem. Ale przychodzi też zmęczenie, ból mięśni, trudny teren i chwile, w których trzeba zebrać się w sobie, żeby pokonać kolejny fragment trasy. A kiedy do mety wciąż daleko, pogoda się zmienia, a błoto skutecznie utrudnia każdy krok, nawet najprostsze rzeczy zaczynają wymagać więcej wysiłku.
W relacji Krzyśka nie zabrakło takich momentów, ale nie zabrakło też humoru i wspólnego pokonywania kolejnych kilometrów z Tomkiem. I właśnie to jest w biegach ultra ciekawe – nigdy do końca nie wiadomo, co przyniesie następny etap i jak człowiek poradzi sobie z tym, co jeszcze przed nim. A potem przychodzi Szklarska Poręba, widać światła miasta, meta jest coraz bliżej i nagle… mimo zmęczenia znajdują się siły na sprint! Skąd one się biorą? Z adrenaliny, emocji, radości, że to już koniec, czy może gdzieś w środku naprawdę mamy jeszcze ukryte rezerwy? Tego chyba nie da się łatwo wyjaśnić.
Jedno jest pewne: po 109 kilometrach zostaje coś więcej niż wynik na zegarku. Jest satysfakcja z pokonania własnych słabości, wspomnienia wspólnej przygody i świadomość, że nawet kiedy trasa daje w kość, można dotrzeć do celu. A skoro po takim wysiłku w głowie pojawiają się już plany na kolejne wyzwania, to wygląda na to, że przygoda z biegami ultra dopiero się rozkręca!
Co dalej?
Bieg ukończony, Krzysiek zregenerowany, więc czas na kolejną przygodę! W następnym wpisie zabierzemy Was na Słowację, w bardzo ciekawe Góry Choczańskie. Tym razem zamiast biegowych kilometrów będą górskie szlaki i nowe miejsca do odkrycia. Do zobaczenia na trasie!
Nie przegap żadnych relacji!
🔗 Wskakuj do nas na FacebookaZobacz wersję ruchomą naszej wędrówki
Skrót
Cały Film
Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.
Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.
👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.
