GERLACH I 3 PASMA KARPAT – 4 DNI NA SŁOWACJI

Ostatnie dni urlopu po naszemu

Na szlaku w Skoruszyńskich Wierchach
Na szlaku w Skoruszyńskich Wierchach

Jeszcze dobrze nie ostygły emocje po Maderze, a my już ruszyliśmy na kolejną górską przygodę. Ostatnie dni urlopu postanowiliśmy spędzić na Słowacji – oczywiście w górach, bo jakżeby inaczej. 

Tym razem Krzysiek zaplanował dla nas dość nietypowy górski miks. W ciągu czterech dni mieliśmy odwiedzić trzy różne pasma: Skoruszyńskie Wierchy, Tatry Wysokie i Wielką Fatrę. Było więc trochę ambitnego chodzenia, trochę zdobywania szczytów, ale też spokojniejszych wędrówek, podczas których można było po prostu nacieszyć się górami i swoim towarzystwem.

Jeden dzień był dla nas szczególny i czekaliśmy na niego już od dawna. Mieliśmy zmierzyć się z naszym najważniejszym celem tego wyjazdu – Gerlachem. O nim samym nie będziemy się tutaj po raz kolejny rozpisywać, bo ta historia zasługuje na osobną opowieść, a emocje po wejściu na najwyższy szczyt Słowacji wciąż są z nami.

Pozostałe dni pokazały za to, że w górach lubimy różnorodność. Potrafimy z entuzjazmem ruszyć na konkretną wysokość, ale równie dobrze odnajdujemy się na spokojnym szlaku, gdzie nie trzeba się spieszyć, można porozmawiać, pooglądać widoki i po prostu pobyć razem.

W kolejnych rozdziałach zabieramy Was więc na nasze cztery dni na Słowacji – od Orawy z Kopcem, przez Tatry Wysokie z Gerlachem i Koprowym Wierchem, aż po Czutkowską Dolinę w Wielkiej Fatrze. Było różnorodnie, momentami wymagająco, czasem bardzo spokojnie, ale przede wszystkim… po naszemu.

Skoruszyńskie Wierchy– miało być lekko, a wyszły nam na przeciw Tatry Zachodnie


13.08.2026


Kopiec

(1251 m n.p.m.)


Machy

(1202 m n.p.m.)


Mnich  

(1110 m n.p.m)


PASMO: SKORUSZYŃSKIE WIERCHY

ŁAŃCUCH: KARPATY


Zuberzec - widok na Tary Zachodnie
Widok na Tary Zachodnie

Trasę na ten dzień, czyli dzień przed wejściem na Gerlach, wytyczył jak zwykle Krzysiek. Miał ją chyba gdzieś zapisaną w swoim tajnym archiwum szlaków, bo jak wiadomo, Krzysiek lubi planować wędrówki dużo wcześniej. Czasami mam wrażenie, że zanim skończymy jedną trasę, on już ma przygotowane trzy następne. Tym razem według mapy wszystko wyglądało bardzo przyjaźnie. Ot, taki spokojny szlak na rozruch przed Gerlachem. Bez wielkich przewyższeń, bez napinki – powinno być idealnie.

Zaparkowaliśmy w okolicy kościoła w Orawskim Białym Potoku i ruszyliśmy na naszą delikatną, jak nam się wtedy wydawało, przechadzkę. Początek prowadził drogą polną. Rozglądaliśmy się na boki, a wokół pojawiały się łagodne, niskie zbocza górskie. Potem weszliśmy do lasu i przez dłuższy czas było właśnie tak, jak zapowiadała mapa – spokojnie, łatwo i bez większych niespodzianek. Pogoda również nam sprzyjała. Było ciepło, ale nie upalnie, co bardzo nam odpowiadało, bo po Maderze mieliśmy już chyba wystarczający zapas wysokich temperatur. 

Szlak był naprawdę łatwy, z niewielkimi przewyższeniami. Taki, który można polecić właściwie każdemu, kto chce po prostu pochodzić po górach. Oczywiście dla niektórych leśne kilometry mogą być trochę nudne, ale wszystko zależy od tego, jakie kto ma podejście do takich tras. My akurat lubimy czasem właśnie taką wędrówkę – bez wielkiego ciśnienia. Tego dnia chcieliśmy się wyciszyć, pobyć trochę sami ze sobą i po prostu pochodzić. Pomyśleliśmy nawet, że widoków to tu chyba za wiele nie będzie. No cóż… góry najwyraźniej miały na ten temat inne zdanie.

Orawski Biały Potok
Orawski Biały Potok

Po jakimś czasie w prześwitach między drzewami zaczęły pojawiać się pierwsze górskie widoki. Na początku nieśmiało, kawałek grzbietu, trochę zbocza, coś tam majaczyło między drzewami. Aż w końcu wystarczyło się odwrócić i nagle widoki zrobiły się dużo ciekawsze. Jednak prawdziwa niespodzianka czekała na nas trochę dalej. Po minięciu najwyższego punktu na trasie – Kopca – przeszliśmy jeszcze kawałek i nagle, wychodząc z lasu, zobaczyliśmy przepiękną panoramę Tatr Zachodnich. Tego naprawdę się tutaj nie spodziewaliśmy.

I nie trzeba było nawet specjalnie wytężać wzroku, żeby rozpoznać kilka szczytów szczególnych dla nas. W oddali można było dostrzec charakterystyczną, zaokrągloną Brestową, lekko poszarpanego Salatyna, a za kolejnymi grzbietami wystawały inne fragmenty szczytów Rohaczy. Kawałek dalej wyróżniał się majestatyczny, stożkowaty Siwy Wierch. I nagle nasza spokojna, leśna wycieczka dostała zupełnie nowego charakteru. Zamiast „idziemy sobie na spokojnie”, zaczęliśmy oczywiście oglądać, rozpoznawać i porównywać szczyty. Bo jak już góry pojawią się na horyzoncie, to przecież nie można ich tak po prostu ignorować. 

Po drodze dotarliśmy również do wieży widokowej na szczycie Machy, z której panorama była jeszcze szersza, oraz na szczyt Mnich – nazwa zobowiązuje, więc choć na chwilę zrobiło się tam niemal klasztornie. Wędrówka z Tatrami w tle towarzyszyła nam przez sporą część trasy. I właśnie takie niespodzianki lubimy najbardziej. Człowiek wychodzi na zwykły spacer, nastawiony na las i spokojne kilometry, a tu nagle dostaje przed sobą panoramę gór, które dobrze znamy i z którymi mamy sporo wspomnień.

 

Krivá - widok na Tatry Zachodnie
Krivá - widok na Tatry Zachodnie

Wędrówka dawała nam tego dnia dużo radości i spokoju. Było trochę emocji, trochę zachwytów i sporo chodzenia wśród purpurowej, już powoli przekwitającej wierzbówki oraz złotych traw.  Potem znowu weszliśmy do lasu, ale co jakiś czas pojawiały się prześwity na góry. W końcu wyszliśmy na polany, a przed nami ukazały się grzbiety niższych partii gór i widok na miejscowość Orawski Biały Potok.

I wtedy pojawiła się kolejna atrakcja, tym razem zdecydowanie bardziej… przyziemna. Na szlaku musieliśmy przejść pod pastuchem, a kawałek dalej zobaczyliśmy pokaźne stadko krów. I oczywiście nie leżały sobie gdzieś grzecznie z boku, tylko centralnie na drodze. Gdy nas zauważyły, jedna po drugiej zaczęły wstawać. Niby nic, ale nagle człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby na pewno chce przechodzić środkiem tego zgromadzenia.

Ja wychowałam się na wsi, więc krowy nie robią na mnie szczególnego wrażenia. Może dlatego, że te, które pamiętam z dzieciństwa, były przypięte łańcuchami do ziemi, więc nie miałam się czego bać. Ale Krzysiek przypomniał sobie, że w Szwajcarii krowy poturbowały turystów. A poza tym, kiedy był mały, sam miał podobną przygodę i krowa go goniła. Uznał więc chyba, że limit kontaktów z bydłem został już w jego życiu wyczerpany. Dmuchając na zimne, postanowiliśmy nie igrać z losem i sprytnie ominęliśmy całe towarzystwo.

W końcu dotarliśmy do miejscowości i tak zakończyliśmy naszą ponad 13-kilometrową trasę, którą pokonaliśmy w trochę ponad cztery godziny. Bez gonienia, bez patrzenia co chwilę na zegarek i bez żadnej spiny. Miała być spokojna trasa na rozruch przed Gerlachem i właściwie taka była. 

Przebieg szlaku:

  • Oravský Biely Potok ( parking przy kościele, albo przy cmentarzu {tu więcej miejsc parkingowych})
  • Oravský Biely Potok, rázc.
  • Bane
  • Kopec
  • Sedlo Prieková
  • Machy
  • Mních
  • Oravský Biely Potok, rázc.
  • Oravský Biely Potok

 

🟢Skoruszyńskie Wierchy (Skorušinské vrchy)

to pasmo górskie na słowackiej Orawie, należące do Karpat Zachodnich. Najwyższym szczytem jest Skorušina – 1314 m n.p.m.

Pasmo charakteryzuje się przede wszystkim łagodnymi, zalesionymi grzbietami, polanami i licznymi dolinami potoków. Nie brakuje tu jednak miejsc z szerokimi panoramami, z których przy dobrej pogodzie można podziwiać m.in. Tatry Zachodnie.

Ciekawostką jest to, że dawniej wysoko położone tereny wykorzystywano jako pastwiska i pola uprawne. Dziś część dawnych polan zarasta lasem, ale wiele z nich nadal pozostaje otwartych, tworząc naturalne punkty widokowe.

To góry spokojne i łagodne niż wysokogórskie, ale właśnie dzięki temu stanowią ciekawy cel dla osób szukających mniej wymagających wędrówek z całkiem efektownymi widokami. Czyli krótko mówiąc: nie trzeba się zajechać, żeby góry zrobiły wrażenie. 😉

⛰️Kopec

to jeden ze szczytów Skoruszyńskich Wierchów na słowackiej Orawie. Polska nazwa „Kopiec” nawiązuje do charakterystycznego, kopulastego kształtu wzniesienia. W starszych przewodnikach można było spotkać właśnie taką nazwę, jednak obecnie prawidłowa nazwa to Kopec.

Szczyt jest ważnym węzłem grzbietów – odchodzą od niego w kilku kierunkach kolejne grzbiety prowadzące m.in. w stronę Blata, Machów czy Priekovej. Kopec jest obecnie całkowicie zalesiony, choć dawniej znajdowały się tu pola, łąki i pastwiska. Dziś trudno sobie wyobrazić uprawianie ziemi w tym miejscu, ale stare mapy zachowały ślad tej dawnej działalności.

Na szczycie znajduje się również skrzyżowanie szlaków turystycznych, dzięki czemu Kopec jest jednym z ważniejszych punktów na trasach prowadzących przez tę część Skoruszyńskich Wierchów.

I choć nazwa brzmi trochę jak zapowiedź małego pagórka, 1251 metrów to już całkiem konkretna wysokość. 

⛰️Machy 

to szczyt Skoruszyńskich Wierchów, wznoszący się nad Zubercem. Leży na grzbiecie pomiędzy Mníchem  a Kopcem, od którego oddziela go przełęcz Prieková.

Południowo-wschodnie zbocza Machów są w dużej mierze bezleśne, dzięki czemu wyróżniają się na tle bardziej zalesionych partii pasma. Spływa z nich wiele potoków, które łączą się w potok Milotynka, płynący dalej do Zuberskiej Wody.

Grzbietem Machów prowadzi szlak turystyczny, a część dawnych polan, które kiedyś wykorzystywano jako pastwiska, z czasem zarosła lasem.

⛰️Mních  

to charakterystyczne wzniesienie górujące nad Zubercem, Habówką i Orawskim Białym Potokiem. Według słowackiej regionalizacji należy do Skoruszyńskich Wierchów, choć w polskim podziale geograficznym granica tego pasma przebiega nieco inaczej.

Na zboczach Mnícha zachowały się rozległe łąki i polany, które dawniej były wykorzystywane jako pola i pastwiska. Część z nich nie jest już użytkowana i stopniowo zarasta lasem. Dzięki otwartym terenom zbocza są jednak ciekawym miejscem widokowym.

Przez szczyt i grzbiet Mnícha prowadzi szlak turystyczny, a jego stoki wykorzystywane są również zimą – znajdują się tu aż cztery stacje wyciągów narciarskich, m.in. w Zubercu i Habówce.

Mních może więc pochwalić się całkiem niezłym zestawem atrakcji: góry, polany, widoki, szlak, a zimą jeszcze narty. 

Gerlach zdobyty w 27 rocznicę ślubu, 2655 metrów emocji

14.08.2026


Gerlach 

(2655 m n.p.m.)


PASMO: TATRY WYSOKIE

ŁAŃCUCH: KARPATY


Gerlachowski Kocioł
Gerlachowski Kocioł

Na zdobycie tego szczytu czekaliśmy dość długo. Ale prawda jest taka, że 15 lat temu, kiedy zaczynaliśmy nasze górskie wędrówki, nawet przez myśl nam nie przeszło, że kiedyś będziemy próbowali wejść na Gerlach. Wtedy wysokie góry wyglądały dla nas jak z pocztówki.

Gerlach – bo o nim oczywiście mowa – to najwyższy szczyt Słowacji, Tatr, a przede wszystkim całych Karpat, które ciągną się od Czech i południowej Polski aż po Rumunię i Serbię. Ma 2655 m n.p.m. i zdecydowanie nie jest górą, na którą prowadzi sobie po prostu wygodny szlak z tabliczką „Gerlach – 2 godziny”. 

Już w ubiegłym roku mieliśmy zaplanowane dwa terminy wejścia. Niestety, pogoda miała wobec nas inne plany. Deszcze i burze skutecznie pokrzyżowały nam szyki i ostatecznie z Gerlachem musieliśmy się pożegnać. Dzisiaj, już po zdobyciu szczytu, wiemy, że była to bardzo dobra decyzja. Przy takiej trasie nie ma sensu ryzykować tylko dlatego, że termin został wpisany w kalendarz.

Tym razem wszystko zagrało idealnie. Było sucho, bezwietrznie, bez opadów i – co również ważne – bez przesadnego upału. A do tego data wyjątkowa, bo nasza wędrówka przypadła dokładnie w 27. rocznicę naszego ślubu. Niektórzy świętują rocznicę kolacją, inni wyjeżdżają do spa czy na wczasy, a my postanowiliśmy uczcić ją na pokaźnej wysokości. Każdy ma jakieś hobby. 

Na Gerlach nie prowadzi żaden znakowany szlak turystyczny. Jeśli nie ma się odpowiednich uprawnień taternickich i doświadczenia, trzeba wynająć przewodnika. Tym razem ruszyliśmy więc w czwórkę – ja, Krzysiek, Tomek i nasz przewodnik Adam.

Przewodnik zabrał nas busem z Tatrzańskiej Polanki (Tatranská Polianka) i podjechaliśmy do Domu Śląskiego (Sliezsky dom) – górskiego schroniska o podwyższonym standardzie. (I rzeczywiście, dało się to zauważyć). Stamtąd ruszyliśmy już pieszo ku naszej przygodzie.

Było trochę po szóstej rano, więc na początku panował jeszcze przyjemny chłód. Mieliśmy na sobie coś cieplejszego, ale po pewnym czasie słońce zaczęło coraz mocniej przygrzewać i trzeba było zdjąć odzienie wierzchnie. Została koszulka z krótkim rękawem i długie spodnie. Z doświadczenia wiemy, że w wysokich górach można sobie nieźle pokaleczyć nogi o skały, więc tym razem długie spodnie były zdecydowanie dobrym pomysłem.

Widok na Wielicki Staw
Widok na Wielicki Staw

Pierwszy etap prowadził jeszcze znakowanym szlakiem turystycznym. Minęliśmy Wielicki Staw (Velické pleso) i po jakimś czasie zaczęła się już prawdziwa wysokogórska przygoda.

Założyliśmy kaski i uprzęże, a przewodnik podpiął nas liną na krótkich odcinkach. Ja, jako tradycyjnie „słabsze ogniwo”, szłam zaraz za przewodnikiem, a chłopaki za mną. Przy trudniejszych zejściach role się jednak zmieniały i wtedy chłopaki szli pierwsi. Jak widać, podział obowiązków był bardzo demokratyczny – każdy wiedział, kiedy może być pierwszy, a kiedy powinien poczekać na Aldonę. 

Od początku zaczęło się konkretne podejście przez Wielicką Próbę (Velická próba), które w moim odczuciu było jednym z ostrzejszych. Może dlatego, że to początek trudniejszego odcinka wejścia na szczyt i emocje oczywiście wzięły górę. Czułam lekkie zdenerwowanie. Przy tego typu podejściach na początku zawsze tak mam. Zanim głowa przestawi się na tryb „spokojnie, przecież dam radę”, pojawia się trochę adrenaliny. Potem już trochę złagodniało, choć nadal lekko nie było.

Cała droga na Gerlach to przejścia żlebami, kominkami i trawersami. Nie ma tu wygodnej ścieżki, po której można sobie spokojnie maszerować i podziwiać widoki. Trzeba cały czas uważać, gdzie postawić stopę i czego się złapać.

Koszt przewodnika nie jest mały, ale po tej wyprawie uważam, że płaci się nie tylko za doprowadzenie na szczyt i bezpieczne sprowadzenie na dół. To także cenna nauka poruszania się po skałach, korzystania z liny, zakładanie przelotów (wpinanie liny w punkty asekuracyjne) i pokonywania trudniejszych fragmentów. A przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa, szczególnie kiedy ktoś taki jak ja zaczyna analizować każdą skałę pod kątem tego, czy na pewno mnie utrzyma. 

Pierwszy odpoczynek mieliśmy w miejscu zwanym Półką Śniadaniową. Nazwa zobowiązuje, więc oczywiście napiliśmy się, bo po podejściu porządnie zaschło już w gardle, i przekąsiliśmy po batoniku. U mnie z jedzeniem było trochę gorzej. Emocje skutecznie ścisnęły żołądek i większa porcja jedzenia zupełnie nie wchodziła w grę.

W drodze na szczyt mieliśmy jeszcze jeden postój. A im wyżej wchodziliśmy, tym piękniejsze robiły się widoki.

I w końcu nadeszła ta chwila – zdobyliśmy upragniony Gerlach!

Na szczycie otworzyła się przed nami panorama Tatr. Widoki były naprawdę warte całego wysiłku i tych wszystkich emocji. Człowiek stoi na górze, patrzy dookoła i przez chwilę chyba nawet zapomina, że przecież trzeba będzie jeszcze z tego wszystkiego zejść. 

Na szczycie odpoczęliśmy, uzupełniliśmy płyny i zrobiliśmy oczywiście kilka pamiątkowych zdjęć. Kanapka nadal nie chciała ze mną współpracować, więc nie zmuszałam jej ani siebie. Najważniejsze było, że Gerlach był zdobyty.

A potem przyszedł czas na powrót. I jak się miało okazać, zejście wcale nie miało być łatwiejsze.

Mnie jednak schodziło się zdecydowanie lepiej. Przewodnik powiedział, że można schodzić tyłem do skały i szeroko podpierać się rękami. No i to ja rozumiem! Takie schodzenie już znam – uczyłam się go kiedyś na Mięguszowieckiej Przełęczy. Wtedy też przekonałam się, że czasami cztery punkty podparcia + pośladki są zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż próba eleganckiego zejścia na dwóch nogach. 

Schodziliśmy więc podobnie jak w drodze na górę – trawersami, żlebami i kominkami. Jednak najgoręcej miało być dopiero przede mną. Chłopaki z tym słynnym zejściem poradzili sobie doskonale. Ja natomiast wiedziałam, że czeka mnie Batyżowiecka Próba (Batizovská próba)  o której wcześniej już słyszałam i który nie cieszy się najlepszą sławą.

Batużowiecka Próba to odcinek  z 6 metrowym pionowym progiem (+0), na której gdzieniegdzie znajdują się metalowe klamry. Zaczęłam schodzić po klamrach, ale przewodnik szybko uprzedził mnie, że klamer jest niewiele i trzeba szukać również półek na stopy.

No dobrze… półek zaczęłam więc szukać.

Gdzieniegdzie rzeczywiście coś znalazłam. Problem pojawiał się wtedy, kiedy między jedną półką a drugą była po prostu goła skała. A moje nogi, niestety, nie zostały wyposażone w funkcję teleskopową. Były za krótkie. 

Przewodnik spokojnie powiedział: „Musisz się wyprostować, nogi do dołu”.

Łatwo powiedzieć! 

No ale spróbowałam. Zawisłam na klamrze, wyciągnęłam nogi w dół i… faktycznie. W końcu stopy dotarły do dolnej klamry.

Zrobiłam to sama. I byłam z siebie naprawdę zadowolona. Ale prawdopodobnie nie byłabym tam aż tak szczęśliwa, gdyby przewodnik nie przypomniał mi, że cały czas mnie asekuruje i w razie czego jestem zabezpieczona liną. Ta świadomość zdecydowanie pomagała.

Ten odcinek wydawał mi się wtedy bardzo długi. Prawdopodobnie w dużej mierze dlatego, że człowiek w takich miejscach ma wrażenie, że każda kolejna minuta trwa trochę dłużej niż poprzednia. W końcu jednak zeszliśmy ze skał.

Ale to jeszcze nie był koniec.

W okolicy jeziora nadal czekało nas zejście po kamieniach. Fizycznie nie byłam jeszcze jakoś szczególnie wykończona, za to psychicznie zaczynałam mieć już trochę dość. Adrenalina, skupienie i ciągłe zastanawianie się, gdzie postawić nogę, zrobiły swoje.

Po zejściu Batożywiecką Próbą
Po zejściu Batożywiecką Próbą

Od Batyżowiecki Stawu (Batizovské pleso) było już łatwiej. Kamiennymi płytami zeszliśmy w kierunku Domu Śląskiego. Ten odcinek nie był długi i choć technicznie był zdecydowanie prosty, ja wcale nie szłam jakoś szczególnie szybko. Mój organizm najwyraźniej uznał, że po zdobyciu Gerlacha należy już przejść w tryb powolno-emocjonalny. 

Idąc, zaczęłam analizować całą tę wyprawę. Zastanawiałam się, czy taka turystyka wysokogórska jest właściwie dla mnie.

Chłopaki byli zachwyceni. Dla nich było zdecydowanie za krótko! Krzysiek miał nawet niedosyt, bo jako że szliśmy z przewodnikiem, nie mógł sobie za bardzo sam wyszukiwać zejść i kombinować z przejściami po skałach. Jak widać, każdy z nas z tej wyprawy wyniósł coś innego. 

Mieliśmy naprawdę dobrego przewodnika, z wieloletnim doświadczeniem. Przeszedł tę trasę tyle razy, że pewnie dałby radę zrobić ją z zamkniętymi oczami. Chociaż mam nadzieję, że jednak tego nie próbował. 

Przewodnik dał mi również do zrozumienia, że momentami szłam dość niepewnie. I trudno się z tym nie zgodzić. Jestem bardzo ostrożna. Na zwykłym chodniku potrafię się potknąć o własną nogę, a co dopiero na stromych skałach, gdzie każdy krok trzeba dobrze przemyśleć.

Nie wiem więc, czy będę dalej pokonywać takie wysokogórskie trasy. Może tak, a może Gerlach końcem mojej kariery w tej dziedzinie. Tego jeszcze nie wiem.

Ale jedno jest pewne.

Zdobyłam Gerlach!!! Ja – ta prosta dziewczyna, która kiedyś nawet nie pomyślałaby, że może znaleźć się tak wysoko.

I teraz, kiedy patrzę na zdjęcie Gerlacha, mówię sobie:

„Tak. To ja tam szłam. Tak wysoko, pod chmurami. Gdzieś nad charakterystycznym Kotłem Batyżowieckim.”

I chyba właśnie ta świadomość jest dla mnie najważniejszą pamiątką z tej wyprawy. Nie dlatego, żeby się tym chwalić, ale żeby choć przez chwilę spojrzeć na siebie z uznaniem i pomyśleć: „Dałam radę. Naprawdę dałam radę.” Może czasem właśnie takich chwil potrzeba, żeby uwierzyć w siebie trochę bardziej.

Przebieg trasy:

  • Sliezsky dom
  • Večný dážď
  • Velický žľab

  • Velická próba
  • Lavínová lávka
  • Gerlachovský štít

  • Batizovská próba
  • Batizovský potok
  • Batizovské pleso
  • Pod Suchým vrchom roz.
  • Sliezsky dom

⛰️Gerlachovský štít (Gerlach)

nazywany także Gierlachem jest najwyższym szczytem Słowacji, Tatr oraz całych Karpat. Leży w bocznej grani Tatr Wysokich i góruje nad Doliną Wielicką oraz Batyżowiecką.

Na szczyt nie prowadzi żaden znakowany szlak turystyczny. Najpopularniejsze wejście wiedzie z Doliny Wielickiej przez Wielicką Próbę, a drugą możliwością jest trasa z Doliny Batyżowieckiej przez Batyżowiecką Próbę. Obie drogi są mocno eksponowane, dlatego wejście turystyczne odbywa się w towarzystwie przewodnika. Bazą wypadową jest najczęściej Śląski Dom.

I tutaj kończy się zwykłe „chodzenie po górach”, a zaczyna konkretna wysokogórska robota – żleby, kominki, trawersy i sporo skały. 

Co ciekawe, Gerlach przez pewien czas wcale nie był uważany za najwyższy szczyt Tatr. Dopiero pomiary Ludwiga Greinera z lat 1837–1838 wykazały jego przewagę nad Łomnicą i Lodowym Szczytem.

Pierwsze potwierdzone wejście na szczyt miało miejsce około 1834 roku, a w kolejnych dziesięcioleciach Gerlach coraz częściej odwiedzali turyści i taternicy.

Dziś Gerlach pozostaje jednym z najbardziej wymagających celów w Tatrach – i zdecydowanie nie jest górą, na którą można po prostu „wyskoczyć na niedzielny spacer”. 

Koprowy Wierch – wakacyjny weekend to nie najlepszy czas na ten popularny szlak


15.08.2026


Koprowy Wierch

(2366 m n.p.m.)


PASMO: TATRY WYSOKIE

ŁAŃCUCH: KARPATY


Widok z Wyżnych Hagów
Widok z Wyżnych Hagów

Wieczorem po Gerlachu stwierdziliśmy, że wcale nie jesteśmy jakoś szczególnie zmęczeni fizycznie. No to, jak to u nas bywa, padła decyzja – skoro jest siła, to można zrobić jeszcze coś dłuższego w Tatrach. Tym razem wybór padł na Koprowy Wierch na Słowacji.

Rano obudziłam się głównie z bolącymi ramionami. Tak, jakbym poprzedniego dnia zamiast chodzić po Gerlachu, poruszała się po nim na rękach. W sumie… coś w tym było, bo przy pokonywaniu skał sporo się podpierałam rękami. Nogi natomiast – o dziwo – całkiem w porządku. Zaparkowaliśmy w miejscowości Szczyrbskie Jezioro (Štrbské Pleso), gdzie całodzienny postój kosztował 16 euro.  Ruszyliśmy na szlak, by zdobyć Koprowy Wierch.

Pierwszy etap był nam doskonale znany – szlakiem w kierunku Popradzkiego Stawu. I już po kilku minutach na naszych twarzach zaczęło pojawiać się lekkie niezadowolenie. Nie dlatego, że góry były brzydkie czy pogoda nie dopisywała. Wręcz przeciwnie. Problem był jeden – ludzi było po prostu mnóstwo. Większość stanowili Polacy, którzy – podobnie jak my – zrezygnowali z polskiej części Tatr, doskonale wiedząc, co się tam dzieje podczas wakacyjnego weekendu. Widzieliśmy przecież w internecie zdjęcia z Hali Gąsienicowej, gdzie turyści przemieszczali się niemal jak pielgrzymka. No ale wakacje, weekend, dodatkowo święto – więc nic dziwnego, że turyści masowo wynurzyli się na górskie szlaki. A my? My też dołączyliśmy do tego grona. Przecież doskonale wiemy, co się wtedy dzieje w Tatrach. Tylko że mieliśmy dwutygodniowy urlop – najpierw Madera, a później zaplanowany Gerlach. Skoro już przyjechaliśmy tak daleko w góry, trzeba było ten czas wykorzystać. Przecież nie po to jechaliśmy w Tatry, żeby nagle pojechać nad morze. 

Dolina Mięguszowiecka
Dolina Mięguszowiecka

Dalej, od rozejścia w kierunku Rysów, trasa zrobiła się bardziej uciążliwa. Pojawiło się więcej kamieni i kamiennych schodów, a słońce dodatkowo mocno prażyło. Do Wielkiego Stawu Hińczowego (Veľké Hincovo pleso) było jeszcze całkiem znośnie. Tam zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby odpocząć. Konsumując przekąski, podziwialiśmy otaczające nas szczyty. Wypatrywaliśmy między innymi Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem i odtwarzaliśmy w głowach trasę, którą przechodziliśmy dwa lata wcześniej. Miło było znowu patrzeć na te miejsca z zupełnie innej perspektywy.

Po odpoczynku ruszyliśmy dalej, w kierunku Wyżniej Koprowej Przełęczy (Vyšné Kôprovské sedlo). Już z daleka widzieliśmy turystów trawersujących w stronę szczytu. Odcinek wydawał się nie mieć końca. Pojawiło się dużo piargu i suchego, śliskiego piasku, który przesuwał się pod butami przy każdym kroku. Na wąskiej ścieżce momentami trzeba było trochę pokombinować przy mijaniu się z innymi. W końcu dotarliśmy na przełęcz, ale zamiast poczuć ulgę, spojrzeliśmy w górę i zobaczyliśmy kolejny, bardzo podobny odcinek prowadzący na szczyt. Pojawiła się więc myśl: „Naprawdę jeszcze tyle?”. No ale skoro już tutaj jesteśmy, to przecież nie będziemy zawracać. Ruszyliśmy dalej.

Na tym odcinku było nieco bardziej wymagająco, a do pokonania pojawiało się coraz więcej dużych kamieni. Na sam szczyt utworzyła się nawet krótka kolejka, ale na szczęście nie trwało to długo i w końcu stanęliśmy na Koprowym Wierchu. Tam odpoczęliśmy trochę, podziwiając widoki, i po chwili ruszyliśmy z powrotem.

I właśnie wtedy zaczęłam się zastanawiać, jak ja właściwie pokonam ten cały długi odcinek w dół. Okazało się bowiem, że mięśnie ud jednal nie zapomniały o Gerlachu. Przy schodzeniu z wysokich kamiennych stopni i pokonywaniu stromych skał zaczęły się odzywać. Ból sprawiał, że czasami musiałam po prostu przysiąść na skale albo kamiennym stopniu i pomagać sobie rękami przy zejściu. Ale generalnie… myślałam, że będzie gorzej.

Krzysiek natomiast czuł się znakomicie. I tu pojawiło się odwieczne pytanie: jak to jest, że faceci po dużym wysiłku potrafią następnego dnia funkcjonować, jakby nic się nie wydarzyło? Ja, mimo że naprawdę dużo się ruszam, chodzę po górach, biegam, ćwiczę i ogólnie nie prowadzę siedzącego trybu życia, po konkretniejszym wysiłku zawsze coś czuję. A Krzysiek? On nie marudzi.

Wielki Hińczowy Staw
Wielki Hińczowy Staw

Końcówkę, od rozejścia niedaleko Popradzkiego Stawu, pokonywaliśmy już wzdłuż potoku. I tutaj trasa zrobiła się zdecydowanie przyjemniejsza. Turystów było mniej, szło się spokojniej, a po pewnym czasie droga zaczęła już tylko łagodnie piąć się w górę, aż do końca szlaku. I wtedy dotarło do mnie coś, czego chyba pierwszy raz tak mocno doświadczyłam.

Zamiast się zrelaksować i cieszyć górami, ta wędrówka była dla mnie momentami po prostu męcząca. Nie przez długość trasy, nie przez przewyższenie, a nawet nie przez zmęczenie po Gerlachu – bardziej przez dużą liczbę osób na szlaku i konieczność ciągłego zwracania uwagi na innych.

Sama bardzo często chodzę z kijkami i doskonale wiem, jak bardzo pomagają, szczególnie przy zejściach, kiedy odciążają stawy kończyn dolnych. Przy większym zagęszczeniu na wąskiej ścieżce trzeba jednak było uważać również na kijki innych turystów. Człowiek szedł i czasami tylko myślał: „Czy zaraz ktoś nie podłoży mi kija pod nogi?”.  Do tego zdarzało się, że ktoś szedł bardzo blisko albo chciał wyprzedzić w miejscu, gdzie trudno było znaleźć na to odpowiednio dużo przestrzeni. Nie było to niczyją winą – po prostu przy większej liczbie osób taki szlak staje się trochę mniej komfortowy.

Oczywiście, patrząc na to z perspektywy czasu, trudno mieć pretensje do innych. Każdy miał takie samo prawo być tego dnia w górach jak my. To raczej my powinniśmy byli lepiej dopasować trasę do dnia, w którym wybraliśmy się w Tatry. Mniej popularny szlak pozwoliłby pewnie bardziej nacieszyć się samą wędrówką.

Mimo wszystko, kiedy emocje opadły, trudno było powiedzieć, że wędrówka była nieudana. Widoki na otaczające nas góry, stawy i całe tatrzańskie krajobrazy zdecydowanie zrekompensowały te wszystkie niedogodności. Były momenty, kiedy wystarczyło się zatrzymać, spojrzeć przed siebie i od razu przypominało się, po co właściwie tutaj przyszliśmy. 

I właśnie wtedy pojawiła się myśl, którą chyba warto zapamiętać: Tatry – tak, ale na popularne szlaki lepiej wybierać spokojniejsze dni. Bo wędrówki po górach mają być przyjemnością!

Przebieg szlaku:

  • Parking w Štrbské pleso
  • Trigan
  • Odbočka Zimnej cesty na Štrbské Pleso
  • Rázcestie nad Popradským pleso
  • Nad Žabím potokom
  • Veľké Hincovo pleso
  • Vyšné Kôprovské sedlo 
  • Kôprovský štít 
  • Vyšné Kôprovské sedlo
  • Nad Žabím potokom
  • Rázcestie nad Popradským plesom (zejście na inny szlak)
  • Trigan
  • Parking w Štrbské pleso

⛰️Kôprovský štít

leży w słowackiej części Tatr Wysokich i jest jednym z tych szczytów, które zdecydowanie warto mieć na swojej tatrzańskiej liście. Oferuje naprawdę rozległe widoki na otaczające go doliny, szczyty i stawy.

Szczyt ma dwa wierzchołki oddalone od siebie o około 150 metrów. Wyższy, wschodni, jest jednocześnie ważnym węzłem grani. Z Koprowego Wierchu rozchodzą się grzbiety oddzielające m.in. Dolinę Ciemnosmreczyńską, Hlińską i Hińczową – czyli całkiem sporo górskiego zamieszania jak na jeden szczyt. 

Na Koprowy Wierch prowadzi znakowany szlak przez Wyżnią Koprową Przełęcz. Najczęściej wybierana jest trasa od Szczyrbskiego Jeziora przez Dolinę Mięguszowiecką, ponieważ jest najkrótsza i ma najmniejszą sumę podejść. Samo wejście z przełęczy na wierzchołek jest stosunkowo łatwe.

Co ciekawe, dokładna data pierwszego wejścia na szczyt nie jest znana. Wcześniej zaglądali tu m.in. koziarze, a pod koniec XIX wieku Koprowy Wierch odwiedzał także Kazimierz Przerwa-Tetmajer. Pierwszego zimowego wejścia dokonali E. Baur i Alfred Martin 18 marca 1906 roku.

Największym atutem Koprowego Wierchu pozostają jednak widoki – i to one sprawiają, że mimo całkiem solidnego podejścia szczyt cieszy się dużą popularnością wśród turystów.

Čutkovská dolina na spokojne zakończenie wypadu

16.08.2026

Tiesňava za dierou
Tiesňava za dierou

Ostatni dzień pobytu na Słowacji postawiliśmy na coś delikatnego. W zasadzie od jakiegoś czasu chodziła za mną Čutkovská dolina i prowadzący przez nią edukacyjny szlak „Známa – neznáma Čutkovská dolina” (Czutkowska dolina). Pomyślałam sobie, że na krótki dzień, a właściwie na dzień powrotu do domu, będzie idealna. Bez wielkich ambicji, bez zdobywania kolejnych szczytów i bez sprawdzania, ile jeszcze człowiek jest w stanie wycisnąć z nóg. A te po ostatnich dwóch dniach w Wysokich Tatrach nadal dawały o sobie znać.

Co ciekawe, Krzysiek również przyznał, że coś tam jednak odczuwa. Czyli jednak! Bóle mięśniowe po wysiłku dotyczą również facetów. Tylko oni jakoś nie lubią się tym chwalić i najczęściej udają, że wszystko jest w porządku. Twardziele! 

W drodze powrotnej musieliśmy odbić na Wielką Fatrę, bo właśnie tutaj, niedaleko Rużomberka, znajduje się Čutkovská dolina. Celowo przyjechaliśmy wcześniej, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że około południa może zrobić się tutaj naprawdę gwarno. Tym bardziej że była wakacyjna niedziela, a miejsce jest bardzo popularne wśród rodzin z dziećmi.

Samochód zostawiliśmy przy Kolibie u Dobrého pastiera, na bezpłatnym parkingu, który znajduje się przy początku doliny. Oficjalne informacje również wskazują to miejsce jako wygodny punkt startowy.

Na początku trasa prowadziła asfaltową drogą wzdłuż potoku, częściowo przez las. Nie jest to więc typowy górski szlak, na którym od pierwszych metrów człowiek zastanawia się, po co właściwie wstał rano. Tutaj było spokojnie i bardzo rodzinnie. Po drodze mijaliśmy zagrody ze zwierzętami, a później zaczęły pojawiać się tablice edukacyjne i różnego rodzaju quizy, które szczególnie przypadną do gustu dzieciom.

Cały náučný chodník „Známa – neznáma Čutkovská dolina” ma około 6–7 km, 10 przystanków edukacyjnych, sześć mostków i kilka miejsc odpoczynku. Główna część trasy jest łatwa, natomiast trzy odgałęzienia – do wodospadów i na końcu do Tiesňavy za dierou – są już zdecydowanie bardziej wymagające.

A czego można dowiedzieć się po drodze? Dziesięć tablic prowadzi nas przez przyrodę doliny – od wody i mokradeł, przez faunę, lasy i łąki, aż po największe atrakcje trasy:

  1. Bez nazwy – zawiera schematyczną mapę całej ścieżki edukacyjnej z zaznaczonymi wszystkimi 10 przystankami.
  2. Woda – informacje o wodzie i Čutkovskim potoku; po drodze znajduje się również zbiornik wodny.
  3. Mokradła – przedstawiająca wilgotne tereny, które są ważnym środowiskiem życia wielu gatunków.
  4. Lasy – opowiadająca o tutejszych lasach i ich znaczeniu.
  5. Červená skala (Czerwona Skała) – poświęcona charakterystycznym formacjom skalnym i budowie geologicznej.
  6. Fauna – opisująca zwierzęta zamieszkujące dolinę i okoliczne lasy.
  7. Jelení vodopád – pierwszy z większych punktów przyrodniczych i jedno ze stromych odgałęzień szlaku.
  8. Jamišné vodopády– kolejne wodospady również  z wymagającym podejściem.
  9. Łąki – informacje o łąkach i ich przyrodniczym znaczeniu.
  10. Tiesňava za dierou – końcowy punkt, czyli wąwóz wyrzeźbiony przez Čutkovský potok.

Największym problemem tego spaceru – przynajmniej dla mnie – okazało się jednak to, że „spokojny spacer” ma tutaj mały haczyk. 

Do ostatniego punktu cały czas delikatnie, ale konsekwentnie pod górkę. Można powiedzieć, że dolina nie spieszy się z tym podejściem, tylko dawkuje je człowiekowi po trochu. Na szczęście większość trasy jest bardzo łagodna i bez problemu poradzą sobie tutaj rodziny z dziećmi, a nawet rowerzyści. Oficjalne informacje podają również, że główną część trasy można pokonać z wózkiem. Tyle że…

Wodospady i Tiesňava za dierou to już zupełnie inna bajka.

Do pierwszego wodospadu trzeba odbić ze szlaku i porządnie podejść. Do kolejnych również prowadzi strome podejście, a końcowy odcinek do Tiesňavy za dierou także nie jest już spacerkiem po parku. Te trzy odcinki zostały sklasyfikowane jako trudniejsze i właśnie dlatego zimą są zamykane.

I powiemy Wam, że zejście z jednego z tych miejsc było dla mnie nawet większym wyzwaniem niż wejście. Piasek, drobne kamienie, liście i wszystko to, co pod butem postanawia nagle zmienić swoje położenie… Człowiek niby schodzi w dół, a momentami czuje się, jakby właśnie brał udział w konkursie „utrzymaj się na nogach”. 😁

Z rowerem czy wózkiem na te odcinki oczywiście się nie podjedzie. 

Największą atrakcją doliny są właśnie wspomniane wodospady i końcowa Tiesňava za dierou (Wąwóz za Dziurą). Tyle że my trafiliśmy na okres suszy. Jeden z wodospadów Jelení vodopád (24 m wysokości) właściwie bardziej płakał niż spadał, a i te następne Jamišné vodopády również nie prezentowały się tak okazale, jak zapewne potrafią po bardziej deszczowym okresie. Natura jednak nie działa na zamówienie i trzeba brać to, co akurat przygotowała. 

Wodospady Jamišne
Wodospady Jamišne

Jeśli ktoś chce przyjechać tutaj po spektakularne panoramy górskie, to… ich nie znajdzie. Čutkovská dolina nie jest miejscem na wielkie widoki. Zamiast tego mamy potok, las, łąki, skały i wodospady. I właściwie właśnie o to tutaj chodzi.

To miejsce jest stworzone bardziej do relaksu, kontaktu z przyrodą, spokojnego spaceru i spędzenia czasu z rodziną niż do zdobywania kolejnych górskich celów. I po dwóch dniach w Wysokich Tatrach dokładnie tego potrzebowaliśmy.

W drodze do ostatniego punktu nie spotykaliśmy zbyt wielu turystów. Za to podczas powrotu sytuacja zaczęła się zmieniać. Pojawiały się kolejne rodziny z dziećmi, sporo osób na rowerach, a okolice początku doliny zaczęły wyraźnie żyć swoim wakacyjnym życiem. Restauracje były już pełne, a parking również zaczął się zapełniać, ale nie do przesady.

Mimo wakacyjnej niedzieli nie było jednak nawet porównania z tym, co dzieje się na najbardziej popularnych szlakach w Tatrach. Tutaj można było jeszcze spokojnie pospacerować, zatrzymać się przy potoku i przede wszystkim nie czuć, że za chwilę ktoś wejdzie nam na plecy. 

I tak właśnie zakończyliśmy naszą słowacką przygodę. Po wysokogórskich emocjach przyszedł czas na spokojniejszy spacer, trochę przyrody, trochę wodospadów i… kontrolowane zmęczenie nóg.

Czy było warto? Zdecydowanie.

Może nie było tutaj wielkich panoram ani zdobywania kolejnych szczytów, ale po dwóch intensywnych dniach w Tatrach właśnie takiego zakończenia potrzebowaliśmy. Na parkingu czekał już samochód, droga do domu i powrót do rzeczywistości.

No cóż… góry zostały za nami, ale nogi jeszcze przez jakiś czas najwyraźniej zamierzały o nich pamiętać. 

Przebieg szlaku:

  • Parking przy miasteczku Ružomberok
  • Woda
  • Mokradła
  • Lasy
  • Czerwona skała
  • Fauna
  • Jelení vodopád 
  • Jamišné vodopády
  • Łąki
  • Tiesňava za dierou

🏞️Čutkovská dolina

leży w Wielkiej Fatrze (zobacz opis tutaj), niedaleko Rużomberka. Jej dnem płynie Čutkovský potok, a dolinę otaczają lasy, łąki i skalne odsłonięcia.

To miejsce przyjazne turystom – są tu restauracje, place zabaw, niewielkie jezioro z pstrągami, mini zoo oraz trasy piesze i rowerowe.

Jedną z atrakcji jest 10-przystankowa ścieżka dydaktyczna, która prowadzi przez las i wzdłuż potoku, pokazując miejscową faunę, florę, mokradła i geologię. Po drodze można zobaczyć Červeną skałę, dwa wodospady – Vyšný Pálenický i Jelení – oraz wąwóz Za dírou.

Dolina ma więc dwie twarze: na początku spokojną i rodzinną, a im dalej, tym bardziej górską. A kto pójdzie jeszcze wyżej, może liczyć na piękne panoramy Tatr, Niżnych Tatr i Gór Choczańskich.

Podsumowanie

Cztery dni na Słowacji minęły zdecydowanie za szybko. Orawa, Tatry Wysokie, Gerlach, Koprowy Wierch i na zakończenie Czutkowska Dolina w Wielkiej Fatrze – trochę wysokości, trochę kilometrów i całkiem sporo pięknych chwil.

Ten wyjazd miał dla nas jeszcze jedno znaczenie. Był częścią naszego świętowania 27. rocznicy ślubu. Trudno chyba wymyślić dla nas lepszy sposób na kolejną wspólną rocznicę niż wyjazd w góry. Przez lata nauczyliśmy się, że nie zawsze musimy iść tym samym tempem i nie każda wędrówka musi być wielkim wyzwaniem. Najważniejsze, że nadal najlepiej odpoczywamy właśnie razem – gdzieś na szlaku, z plecakiem na plecach i górami przed nami.

Słowacja dała nam tym razem wszystko, czego potrzebowaliśmy: emocje, wysiłek, piękne widoki, trochę adrenaliny i spokojne chwile we dwoje. Wrócilismy zmęczeni, ale zdecydowanie z poczuciem, że był to bardzo dobry wybór na zakończenie naszego urlopu.

Co dalej?

Po dwóch intensywnych tygodniach urlopu chyba najwyższa pora trochę zwolnić. Madera, potem Słowacja i góry – nogi pewnie chętnie przypomną sobie, jak wygląda zwykły odpoczynek.

Jedno jest pewne – jeszcze się z Wami nie żegnamy. W kolejnym wpisie bieg ultra. Przeczytajcie, czy Krzyśkowi uda się przebiec bieg: UltraKotlina 100 km?

 

Nie przegap żadnych relacji!

🔗 Wskakuj do nas na Facebooka

Zobacz wersję ruchomą naszej wędrówki

Skróty:

Całe filmy:

🌿 Nasze relacje to opowieści, nie zachęta do podejmowania ryzyka.

Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.

Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.

👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego działania oraz w celach analitycznych
odrzuć
akceptuj