GÓRSKI BIEG K-B -L 110 KM. KRYZYSY, BÓL I RADOŚĆ NA MECIE

K-B-L 110 km – pierwszy bieg górski, którego nie zapomnę

17-18.07.2026

Kiedy Krzysiek powiedział, że chce wystartować w biegu K-B-L 110 km podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich, przyznam szczerze – nie byłam zachwycona. Wiedziałam, ile pracy będzie go to kosztowało i jak wiele miesięcy podporządkujemy jednemu celowi.

Przez pół roku niemal każda wolna chwila oznaczała trening. Weekendowe długie wybiegania, planowanie, testowanie sprzętu i odżywiania. A potem przyszedł dzień próby.

Zamiast opowiadać Wam tę historię swoimi słowami, oddaję głos Krzyśkowi. Poniżej znajdziecie jego relację – szczerą, pełną emocji i momentami bolesną, ale przede wszystkim prawdziwą.

„Kto nas zna albo zagląda na naszego bloga, ten wie, że trochę biegamy. Najczęściej są to półmaratony, czasem jakaś dycha, od czasu do czasu maraton. I wydawało mi się, że na tym poprzestanę.

Podczas ostatniej gali Grand Prix Wielkopolski w Półmaratonie jeden z kolegów wspomniał, że chciałby pobiec coś „trochę większego”. Podjąłem temat i okazało się, że marzy mu się Górski Ultra. Dla mnie? W tamtym momencie to była kompletna abstrakcja. Przecież maraton sam w sobie jest już długim biegiem…

Temat jednak wrócił podczas rozmowy z Tomkiem i… właściwie mleko się rozlało. Kilka chwil później byliśmy już zapisani na KBL 110 km podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Dziewczyny delikatnie mówiąc, nie były zachwycone. Przy okazji muszę podziękować Dominikowi, bo gdyby nie on, pewnie nigdy bym się na to nie zdecydował.

Od początku wiedzieliśmy jedno – na taki bieg nie idzie się z marszu. Nawet jeśli regularnie biegasz i sporo czasu spędzasz w górach, to wciąż za mało. Trzeba było poczytać, posłuchać bardziej doświadczonych zawodników i ułożyć plan treningów.

No i pojawił się pierwszy problem… Kiedy trenować, skoro większość dnia spędzamy w pracy? Każdy radzi sobie na miarę swoich możliwości. Ja miałem do dyspozycji głównie weekendy i czasem kilka godzin w tygodniu. Postawiłem więc na długie wybiegania i trening wytrzymałościowy. Szukałem możliwie najbardziej terenowych, nierównych tras, bo asfaltu i tak miałem pod dostatkiem podczas dziesięciu półmaratonów Grand Prix.

W tym miejscu należą się ogromne podziękowania Aldonie. Przez pół roku praktycznie funkcjonowałem według prostego schematu: praca albo trening. A Żonka dzielnie to znosiła. 

Do końca czerwca licznik pokazał ponad tysiąc przebiegniętych kilometrów. Ktoś powie, że to dużo. Ja za to coraz częściej zastanawiałem się… po co mi był ten cały KBL?

W końcu nadszedł 17 lipca. I wiecie co? Byłem naprawdę szczęśliwy, że wreszcie się z tym zmierzę. Za kilkanaście godzin wszystko miało być już za mną.

Na starcie stanęło ponad 450 osób. Zegarki uruchomione, mapy włączone, plecaki dopięte.

Godzina 17:00.

Start!

Już po pierwszych minutach okazało się, że to nie ma nic wspólnego z naszymi półmaratonami Grand Prix. Najpierw wąski chodnik, potem jeszcze węższa ścieżka i kilkuset zawodników próbujących zmieścić się w jednym miejscu. Przez pierwsze trzy kilometry praktycznie nie było gdzie biec.

Wystartowałem z końca stawki, więc przez chwilę byłem skazany na tempo peletonu. Gdy tylko pojawiła się pierwsza szersza polana, ruszyłem mocniej, żeby wyprzedzić jak najwięcej osób, zanim trasa znowu się zwęzi. Około szóstego kilometra udało mi się dogonić kolegów, którzy startowali znacznie bliżej przodu.

Na pierwszym punkcie odżywczym, na 14 kilometrze, zatrzymałem się dosłownie na chwilę. Bardziej doświadczeni ultrasi radzili, żeby przed nocą pokonać jak największy dystans i właśnie tego planu się trzymałem.

Samopoczucie? Rewelacyjne. Nic nie bolało, sił nie brakowało, a do tego dochodził ten niesamowity entuzjazm. Taki dodatkowy silnik, którego nie da się wytrenować.

Kolejnym charakterystycznym miejscem na trasie było Schronisko na Szczelińcu. Bardzo polubiłem ten odcinek. Było jeszcze jasno, pojawiły się piękne widoki, zawodnicy mocno się rozciągnęli, a zza skał co chwilę wyskakiwali fotografowie. Człowiek nawet zmęczony odruchowo próbował wyglądać trochę bardziej sportowo. 

Po kilku kolejnych kilometrach, gdzieś przed 21:00, zrobiło się szaro. Nad górami zagrzmiało i zaczął padać deszcz. Przed 22:00 było już tak ciemno, że bez czołówki ani rusz.

Przyznam, że podczas przygotowań tylko raz biegałem nocą po lesie z latarką i nie wspominam tego najlepiej. Ale samotny trening to zupełnie co innego niż bieg wśród kilkuset osób. Światła innych zawodników oświetlały trasę, łatwiej było zauważyć korzenie, kałuże czy kamienie. Jedyne, przed czym nie dało się uciec, to gałęzie odginane przez biegnących przede mną. Kilka razy dostałem nimi prosto w twarz. 

Na punkt odżywczy na 34 kilometrze dotarłem bez najmniejszych problemów. Nadal czułem się świetnie. Nie chciało mi się spać, nie byłem głodny, nic specjalnie nie bolało. Powoli zaczynałem wierzyć, że może ten cały ultra wcale nie jest takie straszny.

W pewnym momencie, przechodząc przez rozległą łąkę, spojrzałem przed siebie. Daleko na zboczu ciągnął się wąż świateł czołówek wspinających się pod górę. Od razu przypomniał mi się sylwester na Śnieżce.

Od tego momentu wymyśliłem sobie prostą taktykę – dogonić najbliższe światełko. Kiedy udało się wyprzedzić jednego zawodnika, wybierałem kolejny punkt. Taki mały cel za małym celem. To naprawdę pomagało.

Dopiero w okolicach połowy dystansu zaczęło pojawiać się zmęczenie i pierwsze bóle.Dzisiaj już  wiem, że to nie był ból. To były jedynie… niedogodności. Prawdziwy ból miał dopiero nadejść. 

Na punkcie odżywczym na 57. kilometrze organizm zaczął wysyłać pierwsze sygnały, że nie wszystko działa idealnie. Cola, która wcześniej świetnie pobudzała, nagle zrobiła się nie do wypicia. Była po prostu za słodka.

Zjadłem pół bułki z pasztetem, uzupełniłem wodę i izotonik, a nawet wypiłem mały kubek piwa 0%. Szukałem sposobu, żeby uspokoić jelita. Na szczęście problemy nie były na tyle duże, żeby zakończyć tę… „fantastyczną przygodę”.  Nie siedziałem długo. Mostek, stromy zbieg, coś w rodzaju wąwozu i znowu „w noc”.

Około trzeciej nad ranem, gdzieś między 62 a 63 kilometrem, dopadł mnie pierwszy prawdziwy kryzys. Nie taki, żeby zejść z trasy, ale taki, który mówił: „zwolnij, bo dalej nie pojedziesz”.

Nie miałem ochoty siadać. Dołączyłem więc do dwóch chłopaków maszerujących naprawdę żwawym tempem i starałem się utrzymać ich tempo. Dzięki temu, krok po kroku, dotarliśmy do Barda i kolejnego punktu odżywczego na około 74 kilometrze.

Było już jasno. I razem ze wschodem słońca coś przestawiło się również w głowie.

Tym razem zjadłem makaron z sosem, wypiłem piwo bezalkoholowe, a najlepiej smakowały mi pomarańcze i arbuz. Świetnie nawadniały, a ich słodycz była dużo łatwiejsza do zniesienia niż kolejny kubek coli.

Popełniłem jednak jeden błąd. Posiedziałem chwilę za długo. Kiedy wstałem, wszystkie mięśnie zaprotestowały jednocześnie. Dosłownie każdy krok bolał. Zacisnąłem zęby i ruszyłem dalej. Minęło sporo czasu, zanim organizm znowu zgodził się współpracować.

Na szczęście wraz z porankiem wróciła również energia. Ból już nie odpuszczał, ale w głowie pojawiła się nowa myśl:„Kurczę… ja naprawdę mogę to ukończyć.”

Na jednym z kolejnych odcinków zagadałem do uczestnika z Wrocławia. Ta krótka rozmowa naprawdę poukładała mi kilka rzeczy w głowie.

Zacząłem zastanawiać się, czy moje bóle rzeczywiście są aż tak trudne do zniesienia i czy zmęczenie jest tak ogromne. Przecież miałem za sobą „dopiero” około 80 kilometrów. Piotrek miał już… ponad 210. Tak, startował w biegu na 240 km. Kiedy ja ruszałem na swoją trasę, on miał już w nogach około 130 kilometrów.

Wtedy dotarło do mnie, że są ludzie, którzy potrafią przesuwać granice jeszcze dalej. Ogromny szacunek i gratulacje dla wszystkich zawodników startujących na takim dystansie. 

Jak się później okazało, z Piotrkiem towarzyszyliśmy sobie już praktycznie do samej mety.

Ostatni punkt odżywczy znajdował się około 11 kilometrów przed finiszem. Od tego momentu najważniejsze było już tylko jedno pytanie: „Ile jeszcze do mety?”

Patrzyliśmy przed siebie. Szeroka, szutrowa droga i delikatne, ale ciągnące się w nieskończoność podejście. Od razu przypomniały mi się rodzinne  wyjazdy i dziecięce pytanie: „Daleko jeszcze?” To wzniesienie było chyba takim małym prezentem od organizatorów. Niby niezbyt strome, ale końca nie było widać.

Najgorsze było jednak coś innego. Co chwilę ktoś nas wyprzedzał. Ja najchętniej przeszedłbym już do marszu i dotarł tak do końca, a oni… normalnie biegli. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to uczestnicy biegu na 70 kilometrów. Pomyślałem tylko: „Skąd oni mają jeszcze tyle siły?”

Kiedy teren w końcu zaczął opadać, Piotrek rzucił: „Chodź, spróbujemy jeszcze trochę urwać z czasu. Do dziś nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Owszem, było z górki, ale ostatnie… pięć kilometrów przebiegliśmy praktycznie bez zatrzymywania.

Biegam od wielu lat i nieraz potrafiłem wykrzesać z siebie energię na końcówce zawodów. Kilkaset metrów? Jasne. Ale pięć kilometrów po ponad stu?  Tego do dziś nie rozumiem. 

Pisząc tę relację, co jakiś czas wracam do nagrań, które robiłem podczas biegu. Inaczej trudno byłoby odtworzyć wszystkie emocje.

Jednego jestem jednak pewien. W chwili przekroczenia linii mety organizm odpalił takie pokłady endorfin, że nagle wszystko przestało mieć znaczenie.

Zmęczenie, kryzysy, ból…

Została tylko ogromna radość.

Gdyby nie to, że nie byłem w stanie podnieść się z ławki, pewnie już wtedy mówiłbym, że było fantastycznie i… chyba chcę to kiedyś powtórzyć.

Kilka dni po KBL, kiedy emocje już trochę opadły, mogłem spojrzeć na wszystko z większym spokojem.

Jedno wiem na pewno – do takich dystansów trzeba przygotować się nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Ja od początku miałem jeden cel: wrócić z tej imprezy w jednym kawałku. Limit wynosił 26 godzin, więc nie zamierzałem zakładać, że od razu pobiegnę w 20 czy 22 godziny. Takie rzeczy najlepiej weryfikuje sama trasa.

Oczywiście marzyło mi się ukończenie biegu w czasie krótszym niż doba. Zejście poniżej 20 godzin odłożyłem na półkę z napisem „marzenia”, ale gdzieś z tyłu głowy cicho liczyłem, że może się uda.

Przed startem przeczytałem mnóstwo porad doświadczonych ultramaratończyków. Wiele z nich okazało się bardzo cennych, ale szybko przekonałem się, że nie ma jednej recepty dla wszystkich.

Najlepszym doradcą był… mój własny organizm. Starałem się go słuchać i sprawdzać podczas treningów, co naprawdę mi służy.

Przed zawodami niemal każdy zastanawiał się, jakie kijki będą najlepsze. Ja kijków używałem raz w życiu podczas górskiej wycieczki i od tamtej pory praktycznie leżą jak nowe w szafie. Skoro przeszkadzały mi podczas spaceru, to dlaczego miałyby pomóc przy bieganiu? Uznałem, że kilkaset gramów mniej będzie dla mnie większą korzyścią.

Podobnie było ze skarpetami pięciopalczastymi. Byłem do nich nastawiony bardzo sceptycznie. Skoro nawet w japonkach nie potrafię chodzić, to jak mam biegać w takich skarpetach? A jednak sprawdziły się znakomicie.

To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że wiele rzeczy trzeba dopasować do siebie, a nie ślepo kopiować innych.

Dużo uwagi poświęciłem również odżywianiu. Trenowałem nawet zaraz po posiłkach, żeby sprawdzić, jak reaguje organizm. Mimo to podczas biegu jelita dały mi się we znaki i zjadłem naprawdę niewiele – dwie połówki bułki, małą porcję makaronu oraz kilka kawałków pomarańczy i arbuza. Bardziej się nawadniałem, niż odżywiałem.

Zabrałem też kilka żeli energetycznych, choć na biegach ulicznych praktycznie z nich nie korzystam. Ostatecznie użyłem tylko dwóch kofeinowych i właśnie one najbardziej pomogły mi przetrwać noc. Z kolei cola świetnie pobudza, ale po kilku kubkach miałem już dość samej słodyczy. To kolejna rzecz, którą każdy powinien sprawdzić na sobie.

Ogromne znaczenie mają również dobrze dobrane buty. Takie, które po wielu podbiegach i zbiegach nie zamienią stóp w jedną wielką bolesną niespodziankę. Niestety, tego nie da się sprawdzić w sklepie. To wychodzi dopiero podczas długich treningów i zawodów.

Sam Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich zrobił na mnie ogromne wrażenie. Organizacja stała na bardzo wysokim poziomie i naprawdę trudno mi znaleźć coś, do czego mógłbym się przyczepić.

Jeszcze bardziej zaskoczyli mnie ludzie. Wolontariusze przez całą dobę kibicowali, pomagali i robili wszystko, żeby biegacze mogli skupić się wyłącznie na pokonywaniu kolejnych kilometrów.

Szczególne podziękowania należą się chłopakowi, który przez wiele godzin – również w środku nocy – stał w miejscu, gdzie w ostatniej chwili zmieniono przebieg trasy i cierpliwie kierował każdego zawodnika we właściwą stronę. Niby drobiazg, ale dzięki takim ludziom takie imprezy mają swój wyjątkowy klimat.

Przygotowania do KBL oznaczały dla mnie ponad tysiąc przebiegniętych kilometrów w ciągu siedmiu miesięcy.

Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej byłem w tak dobrej formie. A przecież swoje lata już mam. 

Po przekroczeniu mety endorfiny zrobiły swoje. Emocje jeszcze dobrze nie opadły, a ja zacząłem zadawać sobie pytanie: „Co dalej? Co może dać mi tyle satysfakcji, tyle radości i tyle emocji?

Razem z Żoną biegamy i chodzimy po górach, bo to po prostu nasze pasje. Życzę każdemu, żeby znalazł coś, co będzie dawało tyle radości i satysfakcji. Taką, która daje radość, motywuje do działania i sprawia, że człowiek chce być lepszą wersją siebie. Bo to naprawdę uzależnia. I szczerze? Ja tego uzależnienia wcale nie chcę leczyć.”

Podsumowanie

110 kilometrów to nie tylko dystans. To setki godzin przygotowań, tysiące przebiegniętych kroków i mnóstwo chwil, w których trzeba było przekonać samego siebie, żeby zrobić jeszcze ten jeden krok do przodu. Ta relacja pokazuje, że ultra to nie tylko walka z trasą, ale przede wszystkim z własnymi słabościami. Mamy nadzieję, że historia Krzyśka pokaże, że nawet najbardziej szalone pomysły mogą stać się rzeczywistością, jeśli podejdzie się do nich z pokorą, cierpliwością i odpowiednim przygotowaniem.

Może ta historia kogoś przekona, że czasem warto spróbować czegoś, co jeszcze niedawno wydawało się nieosiągalne.

Co dalej?

Następnym razem zabierzemy Was w miejsce, w którym najczęściej biegamy i spacerujemy. Wyruszymy z Leśniczówki Naramowickiej, leśnymi drogami dotrzemy do Biedruska, a po drodze odwiedzimy także malownicze brzegi Warty. To spokojna pętla pełna zieleni, szumu drzew i miejsc, do których chętnie wracamy. Jeśli lubicie takie trasy, koniecznie wybierzcie się z nami!

Nie przegap żadnych relacji!

🔗 Wskakuj do nas na Facebooka

Zobacz wersję ruchomą naszej przygody

Skrót:

Cały film:

🌿 Nasze relacje to opowieści, nie zachęta do podejmowania ryzyka.

Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.

Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.

👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego działania oraz w celach analitycznych
odrzuć
akceptuj