NORWEGIA - TROLLTUNGA, NIGARDSBREEN, GALDHOPIGGEN, GEIRANGERFJORDEN
SPIS TREŚCI
ToggleGóry Skandynawskie – krajobraz, natura i przygoda
Góry Skandynawskie, czyli gigantyczny łańcuch, który rozciąga się wzdłuż Półwyspu Skandynawskiego, miejsca, gdzie natura postanowiła wystawić pełen repertuar atrakcji – od fiordów i stromych klifów, przez płaskowyże i lodowce, aż po zielone doliny. Na zachodzie Norwegii stoki są strome jakby ktoś przesadził z proporcjami, a fiordy wcinają się w ląd jak gigantyczne wodne autostrady. Słynne Hardangerfjord i Sognefjord wyglądają tak, że nawet instagram milknie z zachwytu.
Południowa Norwegia oferuje ogromne płaskowyże, jak Hardangervidda czy Telemark, idealne do wędrówek latem i do biegów narciarskich zimą. Lodowce, jak Jostedalsbreen, sprawiają, że czujesz się trochę jak odkrywca, a szczyty jak Galdhøpiggen i inne „giganty” przyciągają wszystkich, którzy lubią stawiać czoła wysokości.
Przyroda jest tu dzika, ale piękna – renifery, strumyki, zielone doliny i tajemnicze skalne formacje sprawiają, że wędrując, czujesz się częścią epickiego pejzażu. Do tego cała ta północna magia: zorza polarna zimą i długie letnie dni, kiedy słońce nie chce zajść. Norweskie góry to kraina kontrastów, przygód i widoków, które zostają w pamięci na zawsze.
Trolltunga – czyli jak stanęliśmy na krawędzi świata
16.08.2024
Droga z Preikestolen w okolice Trolltungi to była prawdziwa lekcja cierpliwości – ok. 700 km. Na szczęście po drodze nie brakowało ciekawostek: owce i krowy spacerujące po jezdni, malownicze widoki, a przede wszystkim domki z dachami porośniętymi trawą jakby zlane z naturą – w Norwegii i Skandynawii nie tylko ładnie wyglądają, ale też znakomicie izolują od zimna, hałasu i deszczu.
Zatrzymaliśmy się w tanich domkach na polu biwakowym, co oznaczało upragnioną kąpiel – prawdziwy luksus po wędrówce. Następnego ranka ruszyliśmy na parking pod Trolltungą. Trzy opcje: od najdłuższego P1 w Tyssedal, przez P2 w Skjeggedal, po P3 Mågelitopp – najwyższy, najkrótszy, najdroższy i wymagający rezerwacji. My wybraliśmy ostatni wariant i ruszyliśmy busem (niestety dodatkowo płatnym) w kierunku słynnej skalnej półki – Języka Trolla.
Około dziesięć kilometrów szlaku mijało wśród zmieniającej się pogody – słońce, drobny deszczyk, wiatr – w typowym, praktycznym „cebulkowym” stylu ubioru. I często zdejmowaliśmy wierzchnie odzienie, żeby za chwilę znowu je włożyć. Wśród skał przepiękne jeziorka, widok na lodowiec, a niżej turkusowe jezioro Ringedalsvatnet, które towarzyszyło nam do samego celu. Im bliżej Języka Trolla, tym chłodniej i bardziej wietrznie, ale adrenalina rosła wraz z każdym krokiem.
Na miejscu kolejka na półkę była długa jak nigdy w życiu – pamiętam, że nawet PRL by się schowała. Ludzie pozowali w najdziwniejszych pozycjach, a najbardziej utkwił mi w pamięci młody chłopak, który tuż na krawędzi robił piruety i skoki na deskorolce na samej krawędzi skały bez żadnych zabezpieczeń. Nie wiadomo czy patrzeć na coś takiego czy nie, wszędzie w koło następowały komentarze typu: o My Good. W końcu przyszła nasza kolej, kilka ustawień do zdjęć i filmów i czas było odpuścić, by inni mogli poczuć smak adrenaliny. Widoki z Języka Trolla? Bajka – turkusowe jezioro, 700 metrów pod nami, otoczone górami, dolinami. Typowo skandynawski spektakl.
Powrót tą samą trasą był równie piękny – pozwolił nam jeszcze raz nacieszyć oczy krajobrazami. Stwierdziliśmy, że sam szlak na skałę, był równie satysfakcjonujący, jak sam jego widok. Po drodze rozmyślaliśmy też nad tym, że dobrze, iż nie przyszło nam do głowy targać namiotu aż pod Trolltungę – taki plan mieliśmy na początku, ale tam naprawdę ciężko byłoby znaleźć miejsce na biwak. Nocleg pod Preikestolen okazał się dużo rozsądniejszym wyborem – szlak krótszy o połowę, a wrażeń i tak przecież nie brakowało.
I tak zakończyła się nasza przygoda z Językiem Trolla – zmęczeni, przemarznięci, ale z głowami pełnymi widoków, śmiechu i wspomnień, które długo będą przypominały, że warto czasem trochę się pomęczyć, żeby później poczuć czystą radość z natury i własnych małych wyczynów.
Potem pojechaliśmy na inny kamping niedaleko lodowca Nigardsbreen. Po drodze mała zapowiedź kolejnej przygody, rwąca, seledynowa jak Kasi leginsy rzeka. A nad nią uwieszony stary, zepsuty most wiszacy. Krzysiek się śmiał, że czeka na przez niego przeprawa z całym majdanem na plecach. Ale to był oczywiście żart.
Wspomnijmy jeszcze, że czekała nas jeszcze przeprawa promem, by dotrzeć w okolice lodowca – w końcu Trolltunga i Nigardsbreen leżą w zupełnie odległych regionach Norwegii, rozdzielonych fiordami.
🪨Trolltunga
czyli „Język Trolla”, to skalna półka w Norwegii, około 1100 m n.p.m., zawieszona 700 m nad jeziorem Ringedalsvatnet. Leży na pograniczu płaskowyżu Hardangervidda, w gminie Ullensvang, niedaleko Tyssedal. Ze względu na swój kształt i widoki stała się jedną z najbardziej spektakularnych atrakcji Norwegii. Turystów przybywa tu coraz więcej – w 2019 roku 81 tys., bo każdy chce mieć fotkę na Facebooka czy Insta!
Raki, czekany i lodowiec – zimna przyjemność w norweskim wydaniu
18.08.2024
Kolejny dzień naszej norweskiej wyprawy był dla nas szczególny. Wreszcie nadszedł czas, żeby spełnić jedno z naszych marzeń: wejść na lodowiec. Ekscytacja mieszała się z lekkim strachem przynajmniej u mnie, bo wiadomo – niby człowiek czyta, że to „tylko turystyczna wycieczka”, ale w głowie rysują się obrazy z filmów katastroficznych.
Ruszyliśmy z parkingu pod Nigardsbreen. Tam czekał na nas przewodnik, a wraz z nim raki i czekany – taki zestaw startowy dla początkujących pogromców lodu. Zaznaczymy, że wybraliśmy za dodatkową opłatą wycieczkę indywidualna, a nie kilkunastoosobową. I naprawdę warto dopłacić. https://www.bfl.no/
Wsiedliśmy do łódki i płyneliśmy po seledynowym jeziorze Nigardsvatnet. Sam rejs był już atrakcją – woda wyglądała jak rozwodnione mleko z barwnikiem seledynowym, a dookoła piętrzyły się potężne ściany skał. Potem krótki spacer przez mostek i… wystartowaliśmy u stóp jęzora lodowca.
Wyposażeni, związani liną asekuracyjną, po krótkiej instrukcji „jak wbić czekan, żeby nie zrobić krzywdy sobie ani sąsiadowi”, ruszyliśmy na błękitne królestwo. Lodowiec wyglądał niesamowicie – w odcieniach niebieskiego, popruszony ciemnym pyłem. Czarny pył składa się głównie z sadzy (popiołu) pochodzącej ze spalania biomasy, takiej jak drewno. Ten drobny pył, niesiony z wiatrem przez tysiące kilometrów, osiada na powierzchni lodowca, tworząc ciemne warstwy. Jego obecność zwiększa absorpcję światła słonecznego przez lód, co przyspiesza topnienie.
Niestety, padało – ale tu ponoć to standard.
Ścieżka była przygotowana dla turystów. W wielu miejscach znajdowały się wykute w lodzie schody, które codziennie rano ktoś wyrąbuje dla kolejnych grup. Trochę szkoda – liczyłam na większą wspinaczkę. Ale dostaliśmy przedsmak: mogliśmy zejść w niewielką szczelinę i spróbować wydostać się z niej rakami i czekanem. Łatwo nie było! Lód stawia opór jak beton, a wbicie raków to naprawdę sztuka. Jakoś przy asekuracji pokonaliśmy to.
Widoki? Absolutnie kosmiczne. Fałdy lodu układały się w zmienne wzory, raz jak pogniecione prześcieradło, raz jak zamarznięta fala z pokruszonym lodem jak do drinków. Tu i ówdzie szczeliny wypełnione wydawałoby się rwąca, niebieską wodą, a z góry dochodził głuchy huk spadających kamieni – niby niewielkich, ale dźwięk dawał po bębenkach w uszach. 1,5 godziny minęło błyskawicznie. Wyszliśmy z lodowca przemoczeni i zziębnięci, ale z oczami pełnymi zachwytu.
I tu wydarzyła się moja wywrotka numer jeden. Wracaliśmy już spokojnie w stronę łodzi, a ja – żeby ominąć kałużę – postanowiłam zrobić sprytny skok na skałę. Efekt? Poślizg, lądowanie awaryjne i stłuczony palec u dłoni, który przypominał o sobie przez długie miesiące. Lekarza oczywiście nie widział – przecież kto by się tam przejmował „takim szczegółem”. Morał? Najwięcej kłopotów przynoszą nie tyle co ekstremalne wspinaczki, ale często rutyna w zwykłych miejscach.
Wieczorem dotarliśmy na pole biwakowe. Kąpiel, coś do zjedzenia… i jakby nam było mało, ruszyliśmy jeszcze na dodatkową wędrówkę. Tym razem pod Tuftebreen – drugi co do wielkości lodowiec w regionie. Szlak mniej znany, a szkoda, bo jest przepiękny: soczysta zieleń, szare skały, seledynowa rzeczka i w oddali niebiesko-biały jęzor lodu. Po prostu bajka.
Ale skoro to był mój pechowy dzień, musiała pojawić się wywrotka numer dwa. Robiąc zdjęcie, cofałam się i… wpadłam do niewidocznego rowu z deszczówką. Tym razem kąpiel w komplecie! Na szczęście bez konieczności ratowania liną. Mokra, zmęczona i trochę wkurzona, ale jednak szczęśliwa, bo krajobrazy wynagradzały wszystko.
Spacer po Nigardsbreen i pod Tuftebreen to był zestaw marzeń, przygód i małych potknięć. Ale właśnie to sprawia, że te chwile pamięta się najlepiej. I choć organizm krzyczał „dość”, już wiedziałam, że następnego dnia czeka nas kolejna atrakcja – i kolejna dawka norweskiej przygody.
❄️ Nigardsbreen
to lodowiec w południowo-zachodniej części Norwegii, w okręgu Vestland, w gminie Luster. Jest częścią większego lodowca Jostedal.
Lodowiec Nigardsbreen leży w dolinie Jostedalen, ok. 30 km na północ od wsi Gaupne, nad jeziorem Nigardsbrevatnet. Nazwa pochodzi od dawnej farmy Nigard, którą w 1748 roku lodowiec prawie całkowicie zmiażdżył, zatrzymując się wtedy 4,5 km dalej niż obecne czoło. W ciągu wieków lodowiec przyrastał, apotem cofał się – szczególnie gwałtowne cofanie miało miejsce w latach 30. XX wieku, a po 2000 roku czoło lodowca cofnęło się o kolejne ok. 200 m. Obecnie jego jęzor z roku na rok staje się krótszy, a bilans masy jest ujemny, co oznacza, że lód topnieje szybciej niż się gromadzi. Lodowiec Nigard jest jednym z najczęściej odwiedzanych w Norwegii – turyści podpływają łodzią po jeziorze wprost pod jego czoło, podziwiając spektakularne formy lodowe.
To jednak miejsce nie jest pozbawione ryzyka – oderwane fragmenty lodu mogą być groźne, dlatego ostrzeżenia przewodników trzeba traktować poważnie.
Galdhøpiggen – najwyższy szczyt Skandynawii i nasze Tępo Norweskie
Następny dzień i kolejna, długa, dłuuuga przygoda. Aby podejść na Galdhøpiggen, trzeba skorzystać z parkingu przy schronisku Spiterstulen. Istnieje też opcja wejścia z przewodnikiem przez lodowiec od strony Juvasshytta, ale my wybraliśmy wersję pierwszą – łatwiejszą i bez przewodnika (a raczej tak nam się wtedy wydawało).
Przy schronisku Spiterstulen, położonym w sercu Jotunheimen, płynie rzeka Visa, a przy rzece pasą się renifery. Cudny widok. Pierwszy raz widzieliśmy te zwierzaki na żywo – i szczerze mówiąc, spodziewaliśmy się, że będą większe. Tymczasem przypominały wielkością jak sarny z obfitym porożem.
Według przewodników szlak miał zająć 7–8 godzin. „Krótko i przyjemnie” – pomyśleliśmy. Taaa… Każdy przewodnik podawał inne czasy, ale żaden nie wspominał, że ta trasa potrafi dać mocno w kość i wystawić cierpliwość na próbę. Początek był jeszcze w miarę łagodny, choć od razu poczułam, że moje ciało przypomina mi o wszystkich wcześniejszych wędrówkach bez wystarczającej regeneracji – w końcu nadszedł czas na rachunek.
Potem zrobiło się naprawdę upierdliwie – szlak to jedno wielkie rumowisko kamieni. Im wyżej, tym większe i bardziej chyboczące się głazy. Czuliśmy się jak dzieci grające w grę „z kamienia na kamień”, tyle że tu stawką nie była wygrana, tylko brak zwichniętej kostki. W pewnym momencie zaczął padać śnieg, a białe płatki uparcie osadzały się między kamieniami. Śniegu nie było na tyle dużo, żeby zakładać raki czy raczki i brnęliśmy dalej, uparcie stąpając po kamiennym dywanie.
Chłopaki parli do przodu w całkiem niezłym tempie, ale ja z Kasią… , nasze zegarki co chwilę przypominały, że „stoimy w miejscu”. No cóż ktoś musiał trzymać równowagę w drużynie.
Potem przyszedł czas na grań – tu szło się już zgrabniej, choć na powrocie czekała na nas niespodzianka: jedno podejście, gdzie trzeba się było trochę podciągnąć rękami i wdrapać na kolanach. Ale przynajmniej pojawiły się widoki! Do tej pory było szaro-buro, a teraz po obu stronach zobaczyliśmy ośnieżone szczyty i rozległe lodowce. Szlak na Galdhøpiggen jest otoczony kilkoma, w tym największymi i najbardziej znanymi – Leirvassbreen i Styggebreen z jednej i drugiej strony grani. To był ten moment, kiedy człowiek zapomina o bólu nóg i tylko chłonie krajobraz.
Po drodze zaliczyliśmy jeszcze dwa mniejsze szczyty, aż w końcu naszym oczom ukazał się on – Galdhøpiggen, najwyższy szczyt całej Skandynawii. Na wierzchołku czekał na nas wiatr, jak to na szczytach bywa, śnieg, który nie chciał odpuścić, i satysfakcja, która wynagradzała wszystkie trudy. Zmęczeni, ale szczęśliwi, stanęliśmy na górze. Był czas na szybkie posilenie się, łyk wody i… no cóż, czas było schodzić.
I teraz uwaga – mogłoby się wydawać, że zejście pójdzie szybciej i będzie mniej męczące. Ale nie, nie w naszym wydaniu! Zwłaszcza w babskim. Tu musimy złożyć ogromne podziękowania naszym panom za cierpliwość i opanowanie, bo tempo zejścia w naszym stylu trudno nazwać ekspresowym. W końcu to wtedy narodziło się nasze określenie: Tępo Norweskie – czyli wolno, jeszcze wolniej i w tempie żółwia.
Nasza wędrówka trwała… kilkanaście godzin! Gdy wreszcie dotarliśmy na dół, marzyliśmy już tylko o śnie i regeneracji. Ale w pamięci został nam trzeci szczyt z Korony Gór Europy, zdobyty przez Kurzopędów. Czy zdobędziemy więcej? Czas, zdrowie i chęci pokażą. Na razie zostaje to w sferze marzeń – dość odległych, ale kto wie?

to szczyt w Norwegii, w regionie Jotunheimen, w gminie Lom, hrabstwo Innlandet. Ma 2272 m n.p.m. i jest jednym ze szczytów na trasie prowadzącej na Galdhøpiggen – najwyższy szczyt Norwegii, 2469 m n.p.m.
Chociaż Svellnøse nie jest najwyższym punktem w okolicy, to ważny etap w drodze na Galdhøpiggen. Wielu turystów zdobywa go podczas wędrówki, traktując jako punkt widokowy przed dotarciem na główny szczyt. Oferuje świetne widoki na lodowce i okoliczne góry.

jeden z najwyższych szczytów Norwegii i całej Skandynawii (2355 m n.p.m.), tuż obok Galdhøpiggen, najwyższej góry Norwegii. Ma tylko 20 m „wybitności”, więc często go pomijają na listach najwyższych szczytów, ale kto by tam liczył metry, gdy widoki są takie!
Szczyt leży po drodze na szlaku do Galdhøpiggen – jeśli wędrujesz ze schroniska Spiterstulen, Keilhaus Topp to taki miły przystanek z widokiem, który pozwala złapać oddech przed głównym celem.

to z dumą wznoszący się na 2469 m n.p.m., jest najwyższym szczytem Norwegii, Gór Skandynawskich i całego Półwyspu Skandynawskiego – królem, który lubi się chwalić widokiem na ponad 35 tysięcy km². Można go zdobyć dwoma głównymi trasami: z Juvasshytta, przez lodowiec pełen szczelin, czyli trochę jak w grze przygodowej, albo ze Spiterstulen, gdzie technicznie jest łatwiej, choć lodowe pola i Keilhaus topp wciąż wymagają uwagi. Podejście zajmuje około 4–5 godzin, zejście 2–3 godziny, a panorama rekompensuje wszelkie trudy.
Na początku XX wieku Galdhøpiggen miał przypisaną wysokość 2561 m n.p.m., ale z czasem trochę „schudł”.
Na Galdhøpiggen już od 1888 roku stawiano drewniane schroniska dla turystów zaskoczonych przez pogodę. Niestety, wichury w latach 60. i 70. pokazały, kto tu rządzi, niszcząc wcześniejsze budki. Dziś stoi tam kamienny Knut Voles hytte z bufetem – odporny na wiatr, choć noclegów nie oferuje. I tak, wbrew trudnym warunkom, Galdhøpiggen wciąż przyciąga śmiałków marzących o zdobyciu norweskiego nieba.
Rejs po Geirangerfjord – czyli jak udawałam, że lubię siedzieć w miejscu
20.08.2024
W ramach regeneracji zamiast kolejnych kamieni pod nogami postawiliśmy na coś bardziej płynnego – rejs po Geirangerfjord. To w Norwegii absolutna atrakcja nie do pominięcia. Fiord jest wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO i kusi swoimi spektakularnymi wodospadami. Najpopularniejsza trasa to promem między Geiranger a Hellesylt. Dla bardziej wymagających są jeszcze opcje z audioprzewodnikiem, szybkie rejsy łodziami RIB, a nawet kajaki. My wybraliśmy wersję z audioprzewodnikiem, żeby posłuchać trochę historii i legend o fiordach. https://www.geirangerfjord.no/geirangerfjord-sightseeing-5
Rejsy odbywają się od kwietnia do października, a bilety można kupić w porcie lub online. My poszliśmy na żywioł i wzięliśmy je na miejscu. Pogoda? Typowo norweska – w końcu dopiero szósty dzień z rzędu lało.
Widoki? Bajka. Stromo opadające zbocza porośnięte zielenią i wodospady. Oczywiście najgłośniej mówi się o Wodospadzie Siedmiu Sióstr, ale powiem szczerze – jak się człowiek nie pilnuje, to każdy natrysk wygląda na siostrę, i w końcu nie wiadomo, czy to jeszcze trzecia, czy już może ósma.
Podczas rejsu pięknie widać Drogę Orłów – tę słynną serpentynę wijącą się w górę. Na jej szczycie jest platforma widokowa. My tam byliśmy i… cóż, mgła, deszcz i zimno zrobiły swoje. Weszliśmy, popatrzyliśmy w mleko i wróciliśmy szybciej, niż zdążyliśmy wyjąć aparat.
Sam rejs trwa około godziny i dla większości turystów to czysta przyjemność. Dla mnie – przyznaję – lekki test cierpliwości. Nie przepadam za siedzeniem w miejscu, bo od razu mnie nosi. Na szczęście krajobrazy Geirangerfjord zrobiły swoje i skutecznie odciągnęły moją uwagę od myśli: „ile jeszcze do brzegu?”.
UNESCO wiedziało, co robi, wpisując Geirangerfjord na listę. Widoki są tego absolutnie warte – nawet jeśli trzeba przy tym przez godzinę udawać, że lubi się siedzieć w ławce na promie.
🏞️ Geirangerfjorden
to prawdziwa perełka Norwegii – w 2005 roku UNESCO wpisało go na listę światowego dziedzictwa, czyli fiord z prawdziwym „certyfikatem piękna”.
Ma 15 kilometrów długości, a jego strome, skaliste ściany są tak malownicze, że aż chce się krzyczeć „wow!” za każdym razem, gdy spadają po nich wodospady. Najsłynniejszy z nich, De Syv Søstrene, czyli Wodospad Siedmiu Sióstr, to taki naturalny pokaz mody – siedem kaskad w perfekcyjnym układzie, każda z własnym charakterem.
Po zboczach rozsiane są dawne farmy – opuszczone, ale wciąż klimatyczne i pełne historii. Fiord najlepiej podziwia się z pokładu wycieczkowego promu, który leniwie przecina wodną taflę między wioskami Geiranger i Hellesylt, pozwalając chłonąć widoki w pełnym komforcie, bez konieczności wspinania się po stromych skałach.
Zamiast grani – rezerwat Mørkgonga i widok na deser
21.08.2024
I nadszedł ostatni dzień atrakcji przed samym powrotem. Jeszcze wieczorem poprzedniego dnia chłopaki wykupili rejs łódką, żeby podpłynąć z drugiej strony szlaku na grań Besseggen. Plan był sprytny: miało to skrócić czas wędrówki i sprawić, że nie będziemy musieli wracać tą samą trasą. Wszystko brzmiało pięknie, ale… no właśnie. W Parku Narodowym Jotunheimen pogoda postanowiła zagrać nam na nosie i zaczęło niemiłosiernie lać. A jak już w Norwegii leje, to nie ma przebacz.
I tak, mimo że po rejsie po fiordzie odpoczęliśmy i mieliśmy jeszcze całkiem sporo sił na taką trasę, musieliśmy odpuścić. Szkoda, bo naprawdę zależało nam na przejściu granią Besseggen i podziwianiu podobno przepięknych widoków.
Trzeba było wymyślić jakąś alternatywę. I tu weszła Kasia z telefonem w ręku i wyszukała w internecie atrakcję koło Oslo – rezerwat przyrody Mørkgonga. Trasa tam i z powrotem to około trzy godziny – akurat na pożegnanie z Norwegią.
Szlak okazał się całkiem przyjemny: prowadził przez las, strumyki i trochę pod górkę, ale nic, co mogłoby nas zmęczyć po wcześniejszych kamiennych przeprawach. Widoki na okolice Oslo i jezioro dodawały uroku, a na końcu czekał punkt widokowy Mørkgonga, z którego można było podziwiać jezioro Migartjern w tle. Była też opcja krótszej trasy, ale za to z bardziej stromym podejściem – my wybraliśmy wersję „na spokojnie”.
Powrót odbył się tą samą drogą. I niestety – to już była ostatnia wędrówka w Norwegii.
Mørkgonga
to rezerwat przyrody, jeden z pierwszych w Norwegii, słynący z wyjątkowych formacji skalnych i malowniczych widoków. Jego sercem jest ogromne urwisko Mørkgonga (660 m n.p.m.), które przyciąga turystów jak magnes. To miejsce zachwyca stromymi zboczami, skalnymi pęknięciami i ukrytymi zakamarkami, dzięki czemu ma swój niepowtarzalny, dziki charakter. To fantastyczny punkt widokowy nad Steinsfjorden.
W okolicy znajdziesz bujny las liściasty, ciekawe rośliny i sporo cisów – prawdziwy raj dla miłośników przyrody.
W rezerwacie i w jego pobliżu prowadzi kilka oznakowanych szlaków, idealnych na spacer lub małą przygodę.
Norwegia na pożegnanie: ostatnia noc
Przeznaczyliśmy na obcowanie z namiastką Norwegii 11 dni, łącznie z podróżą. Czas powrotu do Polski nadszedł, a wraz z nim ostatnia noc w duchu spontanu. Niestety, godzina była już po 20:00, więc znalezienie pola biwakowego w pobliżu promu graniczyło z cudem. Nikt na recepcji już nie odbierał telefonu, a my zaczęliśmy rozważać opcję noclegu pod gwiazdami… tak jak na początku wypadu.
Na szczęście los się do nas uśmiechnął – pewien pan z dobrym sercem podjechał specjalnie na kemping, żeby otworzyć nam bramę. Za rozbicie namiotu nic nie chciał, bo w tym miejscu zazwyczaj goszczą tylko kampery. Oczywiście nie moglibyśmy po prostu wykorzystać jego dobroci – zapłaciliśmy za nocleg adekwatnie do standardu, z uśmiechem i lekkim wrażeniem, że właśnie poznaliśmy kolejną norweską gościnność w praktyce.
Trzecia noc w namiocie była krótka – rano szybko się spakowaliśmy i ruszyliśmy w stronę promu. Podróż minęła spokojnie, z lekkim bujaniem – dla niektórych romantyczne, dla mnie okazja do małego kołysania się w rytm fal. Aha, i tym razem nauczeni doświadczeniem, nie daliśmy się nabrać na kolejny rachunek za Wi-Fi na promie, które w tamtą stronę nie okazało się darmowe. Poprzednio zapłaciłam około 300 zł! Tym razem wyłączyliśmy wi -fi i zamiast surfować po Internecie, przeglądaliśmy zdjęcia z minionych przygód, śmiejąc się przy tym do rozpuku.
Po przyjemnym rejsie dotarliśmy do Danii, a potem już samochodem to droga powrotna przez Danię, Niemcy i Polskę.
Podsumowanie
Tak zakończyła się nasza norweska przygoda – jedenaście dni pełnych wrażeń, śmiechu i zapierających dech w piersiach widoków. Doświadczyliśmy fiordów, wodospadów, szlaków, lasów i jezior, czasem trochę deszczu, czasem słońca – i niekiedy z namiotem w roli głównej. Nauczyliśmy się, że spontaniczne decyzje mogą przynieść najwięcej radości, że pomoc innych ludzi czasem pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie, i że nawet krótsza wędrówka potrafi zostawić w sercu ogrom wspomnień.
Patrzymy teraz na życie trochę jak na norweskie szlaki – czasem trzeba iść pod górę, czasem pozwolić sobie na odpoczynek, a przede wszystkim cieszyć się każdym widokiem po drodze. Ta namiastka Norwegii wzbuciła w nas apetyt na więcej – i pewność, że przygoda zawsze jest w zasięgu ręki, jeśli tylko odważymy się wyjść poza utarte ścieżki. (zobacz I część kliknij)
Co dalej?
W naszym najnowszym wpisie zabierzemy Was na wyprawę przez Tatry, odkrywając nie tylko Mięguszowiecką Przełęcz, ale też inne piękne zakątki tego górskiego królestwa.
Nie przegap żadnych relacji!
🔗 Wskakuj do nas na FacebookaWersja ruchoma naszej wędrówki
Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.
Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.
👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.


























































































































