NORWEGIA - JETTEGRYTENE, GAUSTATOPPEN, KJERAG, PREIKESTOLEN
SPIS TREŚCI
ToggleNorwegia – fiordy, góry i owce na szlaku
Norwegia to kraj, w którym natura gra główną rolę, a człowiek jest tylko turystą z aparatem. To kraina fiordów, monumentalnych gór i szlaków prowadzących przez najpiękniejsze zakątki na północy naszego kontynentu, gdzie każdy krok odkrywa nowy widok wart zapamiętania.
To jedno z najrzadziej zaludnionych państw Europy, więc zamiast tłoku znajdziesz tu przestrzeń i ciszę (przerywaną jedynie przez owce blokujące szlak). Wędrówki? Wybór jest ogromny – od spokojnych spacerów nad Geirangerfjordem, przez ostrzejsze wejścia na Preikestolen, aż po zdobycie Galdhøpiggen, najwyższego szczytu Norwegii, który dumnie wyrasta na 2469 metrów. Tam zrobione zdjęcie to
pamiątka z Dachu Skandynawii.
Ciekawostki:
Nazwa „Norwegia” znaczy „droga na północ” – i faktycznie, im dalej jedziesz, tym zimniej, dziksze krajobrazy i więcej reniferów na poboczu.
W kraju jest osiem miejsc wpisanych na listę UNESCO – m.in. fiordy, petroglify i zabytkowe miasteczko Røros, w którym czas zatrzymał się razem z kopalnią miedzi.
Norwegowie zamiast piłki nożnej wolą biegi narciarskie. U nas króluje boisko, a tam trasy biegowe, na których sportowcy zdobywają status lokalnych bohaterów – i to w naprawdę zimowych warunkach.
Norwegia to raj dla piechurów, miłośników dzikiej przyrody i tych, którzy chcą sprawdzić, jak wygląda prawdziwa północ.
Norwegia na 25. rocznicę – czyli srebrne gody w wersji survival!
Krzyśkowi od dawna chodziła po głowie Norwegia. Pamiętam, jak byliśmy w Hiszpanii na 15. rocznicę ślubu – ja marzyłam o słońcu, on już wtedy przebąkiwał coś o fiordach, górach i chłodzie. A ja? Na samo słowo „Norwegia” dostawałam gęsiej skórki. Zdecydowanie wolałam się wygrzewać niż marznąć!
Ale życie lubi zaskakiwać. Po kilku zimowych wypadach w góry temperatura przestała mieć dla mnie aż takie znaczenie. Ba – okazało się, że nad morze nie jeździmy już od dobrych 10 lat, a w górach czujemy się jak w domu. I tak, na początku 2024 roku zaczęło się powoli spełniać Krzyśka marzenie – Norwegia.
Postanowiliśmy uczcić naszą 25. rocznicę ślubu, czyli srebrne gody. A że takie rocznice trafiają się zwykle tylko raz w życiu (oby!), zdecydowaliśmy się szarpnąć na coś wyjątkowego. Znaleźliśmy biuro podróży oferujące 11-dniową wyprawę po Norwegii w małej, 8-osobowej grupie, z namiotami, ze wspólnym gotowaniem i wędrówkami. Brzmiało bajecznie! Niestety, brzmiało też… bardzo drogo. Ale co tam, raz się żyje – postanowiliśmy wydać oszczędności i pojechać.
Czas płynął, a my przebieraliśmy nogami z niecierpliwości. I co? Miesiąc przed wyjazdem wycieczka została odwołana. Za mało chętnych (nic dziwnego, cena powalała). Zaczęło się smutno, ale – na szczęście – znajomi z naszych górskich wypraw uratowali sytuację. Skoro biuro nie dało rady, zorganizowaliśmy sobie wyprawę sami – we czwórkę!
Operacja Norwegia
Wieczorami siedzieliśmy nad mapami, rozpisywaliśmy trasy, liczyliśmy kilometry i sprawdzaliśmy, gdzie można spać pod namiotem. Trzeba było też kupić mały namiot, materace, ciepłe śpiwory, bo norweskie noce nie znają litości. Do tego prowiant – bo podobno w Norwegii ceny żywności mogą skutecznie odebrać apetyt.
Pakowanie
To była komedia. Nasze bagaże zajęły pół kuchni. Auto – kombi – niby duże, a wyglądało jak puszka sardynek. Ratował nas tylko bagażnik dachowy. Finalnie udało się wcisnąć ludzi, manatki i jedzenie. Wyglądaliśmy jak drużyna pierścienia – tylko z większą ilością konserw i makaronu.
Ruszamy!
Wyruszyliśmy bladym świtem z Poznania, przez Niemcy do Danii. Wieczorem byliśmy w Hirtshals, skąd promem (operator Color Line – bilety warto rezerwować wcześniej, żeby kupić w atrakcyjnej cenie!) popłynęliśmy do norweskiego Larvik.
Prom niby fajna sprawa, ale po kilkunastu godzinach w samochodzie marzyłam tylko o śnie. Niestety, sen mnie nie lubił. Cała reszta towarzystwa spała jak aniołki, a ja czułam się jak księżniczka na ziarnku grochu.
Nocleg inny niż zazwyczaj
Po odprawie ruszyliśmy dalej w strone pierwszej atrakcji i zatrzymaliśmy się na parkingu z sanitariatami – w Norwegii można nocować „na dziko”, ale trzeba trzymać się pewnych zasad. Pierwsza noc upłynęła nam więc w samochodzie.
Poranne przebudzenie
Rano okazało się, że zaparkowaliśmy w przepięknej okolicy. Było rześko – tylko 7 stopni. szybka toaleta, potem trochę aerobiku na rozgrzewkę. Gorąca kawa i szybkie śniadanie z kuchenki gazowej zrobiły swoje. Rozgrzani i najedzeni mogliśmy ruszać w pierwszy dzień norweskiej przygody.
A zaczęliśmy od Jettegrytene, naturalnego parku wodnego. Ale o tym – w następnym rozdziale.
Zapraszamy do lektury!
Jettegrytene – atrakcja, która zamieniła nas w dwunastolatków.
12.08.2024
No to wystartowaliśmy do Jettegrytene. Samochód zostawiliśmy u jakiegoś gospodarza na parkingu. Opłatę wrzucało się do budki, w której leżała gumowa rękawiczka – a w niej pieniądze zostawione przez wcześniejszych turystów. Ujęło nas to zaufanie i prostota rozwiązania, więc oczywiście dorzuciliśmy przyzwoitą ilość koron.
Potem czekał nas już tylko relaksacyjny spacer. Słonko wyszło zza chmur i szybko poczuliśmy się rozgrzani. Szliśmy po skalnym terenie, gdzie w naturalnych zagłębieniach i korytarzach zbierała się woda. Wokół natura – pagórki, lasy – idealny klimat na spokojny początek przygody.
Zdjęliśmy buty i zaczęliśmy brodzić po skalnych „kałużach”. Woda zimna jak w Bałtyku, a do tego skały bardzo śliskie. Trzeba było chodzić ostrożnie, ale udało się – bez widowiskowych wywrotek.
Ze spokojnych rozlewisk woda nagle zaczęła przelewać się w kaskady i małe wodospady. Zrobiło się głośniej, ale ten huk natury wcale nam nie przeszkadzał. Skoro słońce grzało coraz mocniej, przebraliśmy się w stroje kąpielowe i… zaczęła się zabawa!
Największą atrakcją Jettegrytene są naturalne baseny i skalna zjeżdżalnia wodna. Niesamowite, jak natura potrafi wyczarować coś takiego, a człowiek z radością to wykorzystuje – oczywiście dla frajdy. I tak nagle zmieniliśmy się w dzieci. Zjeżdżaliśmy po kamiennym torze z zakrętami raz za razem, aż zaczęliśmy śpiewać: „Ja mam 12 lat, ty masz 12 lat…” Bo naprawdę czuliśmy się, jakbyśmy znowu mieli po dwanaście. Śmiechu było co niemiara, a w powietrzu było tylko… 13 stopni! Ale co tam – słońce robiło swoje.
Po kąpielach i zabawie przyszedł czas na opalanie i suszenie w promieniach słońca. Potem jeszcze szybka, dwugodzinna wędrówka w okolicy – żeby się jeszcze trochę poruszać. I to był dopiero pierwszy dzień naszej wyprawy. Jak się później okazało – jeden z najcieplejszych, bo im bardziej na północ, tym chłodniej.
Potem wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w stronę szczytu Gaustatoppen. Po drodze zatrzymaliśmy się na późny obiad przy jakimś malowniczym jeziorku – elegancko, przy stoliku i ławeczce. Tylko jedno nas męczyło: odnalezienie czegokolwiek w zapakowanym po sufit samochodzie graniczyło z cudem. Teoretycznie wszystko mieliśmy opisane i poukładane, ale z dnia na dzień robił się coraz większy rozgardiasz.
Na szczęście wieczór wynagrodził trudy – nocleg mieliśmy tym razem w apartamencie w nowoczesnym skandynawskim budynku. W porównaniu do poprzedniej nocy w samochodzie to był luksus! Cena wcale nie była wysoka, choć w Norwegii często można jeszcze dopłacić za pościel. Norwegowie są mistrzami ekologii, więc większość turystów wozi własne. My też korzystaliśmy ze śpiworów – sprawdziły się znakomicie.
Rano trzeba było posprzątać po sobie i wyrzucić śmieci – choć można było wykupić opcję „sprzątanie za mnie”. My jednak przyzwoicie ogarnęliśmy apartament i ruszyliśmy dalej.
Jettegrytene
to taki norweski „naturalny aquapark” – żadnych plastikowych zjeżdżalni, ani dmuchanych atrakcji, tylko sama natura. Woda, która kiedyś płynęła pod lodowcem, wyrzeźbiła w skałach wgłębienia, zwane garncami lodowcowymi. Efekt? Wygląda to dosyć kosmicznie. Naturalne baseny i kamienne ślizgawki, w których latem można się pluskać i zjeżdżać bez biletu wstępu.
Trzeba tylko pamiętać, że to dzika atrakcja z pięknymi widokami: nie znajdziesz tu ratowników, barierek ani budki z lodami.
Jettegrytene znajdziesz w okolicach Nissedal, na końcu leśnej drogi, gdzie GPS czasem gubi nadzieję. Ale kiedy już tam dotrzesz, masz gwarantowaną nagrodę – kąpiel w jednym z najbardziej nietypowych „aquaparków” na świecie, stworzonym całkowicie przez naturę.
Gaustatoppen – najwyżej w Telemarku
Wyspani, wykąpani, z pełnymi brzuchami ruszyliśmy na parking w Stavsro, by podjąć wędrówkę na najwyższy szczyt w rejonie Telemark – Gaustatoppen.
Szlak zaczynał się od przejścia przez drewnianą furteczkę i od razu zapowiadał się ciekawie – przed nami prawie 5 kilometrów wędrówki. Chwilami lekko mżyło, ale pogoda generalnie sprzyjała. Niestety już nie było tak „gorąco” jak poprzedniego dnia w „wodnym parku natury”.
Po drodze ktoś zostawił ogromnego pluszaka – i śmialiśmy się, że to niedźwiedź, który z wrażenia zrobił się różowy i zamarudził na szlaku. Kolejne kroki mijały w rytmie mijanych oczek wodnych – pięknie komponujących się z surowymi zboczami gór.
Im wyżej, tym bardziej kamieniście. W oddali majaczył już szczyt – i od razu szło się raźniej, bo cel zbliżał się z każdym krokiem. Ostatnie podejście prowadziło po wielkich płytach skalnych – niemal jak po marmurowych schodach.
Na górze oczywiście nie zabrakło wygłupów. Weszliśmy we trójkę na szczyt i nagle widzimy, jak Tomek ‘bohatersko’ wspina się na skalną półkę. Z naszej perspektywy wyglądało to jak scena z filmu akcji, pełna napięcia i dramatyzmu – a tymczasem ta jego ‘ściana wspinaczkowa’ miała zaledwie pół metra i prowadziła prosto na wybetonowane podłoże szczytu. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem z jego teatralnego popisu – klasyczny Tomkowy żart!”
A na samym szczycie? Jak zwykle było wietrznie, ale też pięknie – przed nami ukazały się pasma gór i niezliczone jeziorka, szare, spokojne i tajemnicze. Był posiłek, zdjęcia do albumu i obowiązkowa chwila ciszy, by nacieszyć się przestrzenią.
Droga powrotna okazała się równie ciekawa – zwłaszcza że w niższych partiach góry spotkaliśmy owce pasące się tuż przy szlaku. Wcale nie uciekały – jakby to one były gospodarzami, a my tylko gośćmi. Później okazało się, że to w Norwegii standard: owce chodzą samopas, spotyka się je na drogach, parkingach, a nawet tuż obok namiotów. Hodowane są głównie na mięso, a ich samo życie wygląda całkiem szczęśliwie – dużo wolności i świeże powietrze.
Wędrówka była średnio męcząca – nie wymagała tatrzańskiej kondycji, ale też nie była niedzielnym spacerkiem. Zdecydowanie warta wysiłku.
Z parkingu ruszyliśmy w stronę kolejnej atrakcji – słynnego Kjeragu. Po drodze zatrzymaliśmy się na nocleg „na dziko” w pięknym, skalistym otoczeniu, tuż nad jeziorkiem. Biwakowanie na dziko jest legalne, ale z zachowaniem pewnych zasad. Należy zachować odległość co najmniej 150 metrów od najbliższych zabudowań i nie pozostawiać śladów po sobie. Rozbicie namiotu poszło sprawnie, kolacja w wersji polowej smakowała wyśmienicie, a potem, mimo że w Norwegii o tej porze wieczór ciągnie się dość długo, poszliśmy jeszcze na skały odpocząć i podziwiać krajobraz.
A potem przyszła pierwsza, prawdziwie zimna noc w namiocie. Wiatr dął po tropiku tak, że aż śpiewał swoje surowe pieśni. Było twardo, chłodno, ja znowu nie wiele spałam ale… właśnie tego się spodziewaliśmy – norweska przygoda pełną parą!

to najwyższa góra w Telemarku – czyli w południowej Norwegii, regionie słynącym z pięknych krajobrazów i… stylu narciarskiego telemarkowego. Telemark polega na tym, że podczas skrętu przyklękasz na jednej nodze – wygląda efektownie, ale w praktyce wymaga niezłej równowagi i mocnych ud. Góra mierzy 1883 metry i latem można wdrapać się na szczyt kamienistą ścieżką o średnim stopniu trudności (południowo-zachodnia strona jest dla odważnych, wrak samolotu przypomina, że czasem lepiej trzymać się głównego szlaku).
Dla tych, którzy wolą mniej męczyć nogi, w środku góry jest kolejka linowo-terenowa, kiedyś wojskowa, teraz atrakcja turystyczna – wjeżdżasz niemal na sam szczyt i możesz podziwiać widok na prawie jedną szóstą powierzchni Norwegii. Zimą Gaustatoppen zmienia się w raj dla narciarzy, a odważni biorą udział w „norsemańskim triatlonie” – czyli takim ekstremalnym maratonie kończącym się na szczycie.
Ze szczytu widać podobno aż jedną szóstą całej Norwegii – nic dziwnego, że miejsce przyciąga zarówno piechurów, jak i narciarzy.
Rocznica ślubu na… kamieniu nad przepaścią
15 sierpnia 2024 roku naszą rocznicę ślubu postanowiliśmy uczcić… nietypowo. Zamiast świec, kolacji i romantycznej muzyki – namiot, owce i skały. Brzmi egzotycznie? To dopiero początek!
Po wietrznej nocy, o poranku, do naszych namiotów zajrzały owce. I to nie jedna, nie dwie – tylko cała owcza ekipa kontrolna. Ktoś powie: „uroczo!”, ale wierzcie mi – kiedy stado gapiów zagląda ci w śpiwór, kawa naprawdę nie jest potrzebna.
Szybka toaleta w stylu „survival” (czytaj: woda, zimna jak w Arktyce, i zero luksusów). Dla księżniczki na ziarnku grochu, czyli mnie, było to wyzwanie epickie – ale sama się na to pisałam! Potem śniadanie na skałach i ruszyliśmy w stronę Rogaland, gdzie czekał na nas bohater dnia – Kjerag.
Szlak zaczyna się przy restauracji Øygardstølen, na wysokości 640 m n.p.m. – i już od pierwszych metrów daje do zrozumienia, że łatwo nie będzie. Łańcuchy na płaskich skalnych płytach? Były. Zejście w dół, gdzie te same łańcuchy przydały się jeszcze bardziej? Też były. A do tego dolinka z widokami na zielono skaliste wzniesienia, trawy porośnięte kwiatami polnymi, w której owce maszerowały razem z nami. Wyglądało to jak wspólny wypas w stronę kamienia.
Po drodze minęliśmy mały kamienny schron z „kozą” w środku (piecyk) –wyglądał trochę jak górska sauna. Potem już tylko skała, skała i jeszcze raz skała. Szlak oznakowany czerwonymi „T” i kopczykami z kamieni – jak drogowskazy dla zagubionych. A kopczyki, choć niektórzy robią z nich „wieże mocy”, mają jedno zadanie: wskazywać trasę, zwłaszcza we mgle i deszczu, a turyści nie powinni ich budować w ramach zabicia czasu.
Jeszcze przed szczytem – punkt widokowy, przy którym nogi same robiły krok w tył. Ekspozycja taka, że nawet nasz aparat bał się spojrzeć w dół. A widok na Lysefjord? Powiem krótko – wart każdej kropli potu.
Wreszcie Kjeragbolten. Najpierw zejście do kamienistego wąwozu – i od razu zaczął kropić deszcz. Idealny efekt specjalny, żeby było bardziej dramatycznie. A potem – on. Kamień. Zaklinowany między pionowymi ścianami, wisiał nad pustką, jakby grał w rosyjską ruletkę z losem i czekał, aż któregoś dnia wybierze sobie pechowego turystę.
Turystów było niewielu, ale kolejka do „wielkiego wejścia” i tak się ustawiła. Najpierw Kasia z Tomkiem, potem my. Wejście? Nie dla osób o słabych nerwach. Jeden uchwyt na palec, balans, duży krok na głaz – i już się stoi… nad kilkusetmetrową rozpadliną skalaną.
Mój małżonek – od 25 lat ten sam – podał mi dłoń, żebym mogła bezpiecznie stanąć na kamieniu. I tu właśnie przyszedł mu do głowy żarcik:
– Kochanie, to idealne miejsce, żeby sprawdzić, czy naprawdę ufasz mężowi. Puścić, czy trzymać?
Na szczęście trzymał mocno, a ja dla pewności też się wczepiłam w niego jak kot w zasłony.
I tak oto, na Kjeragbolten, zafundowaliśmy sobie toast szampanem (bezalkoholowym – bo w końcu trzeba jeszcze zejść). Oficjalne świętowanie rocznicy ślubu na kamieniu zawieszonym nad przepaścią – brzmi absurdalnie, ale uczucie było… nieziemskie.
Zeszliśmy do znajomych, którzy wznieśli toast za to, żebyśmy dalej dzielnie trzymali się razem – najlepiej jeszcze dłużej niż ten zaklinowany kamień na Kjeragu.
Inni turyści też składali nam gratulacje – bo to był dość oryginalny pomysł na rocznicę w takim stylu? A potem? Potem przyszła rzeczywistość: deszcz lunął na całego i musieliśmy uciekać ze szlaku. Okazało się, że jak tylko wyszliśmy z wąwozu, przestało padać – jakby deszcz miał tam swój prywatny adres.
Podobno na Kjerag pogoda rzadko dopisuje – zwykle pada albo wieje. My dostaliśmy i to, i to, i jeszcze szampana na kamieniu. Rocznica? Zdecydowanie niezapomniana!

to góra, która nie boi się robić wrażenia – wznosi się na 1100 metrów nad Lysefjordem i przyciąga turystów głównie jednym widokiem, który sprawia, że człowiek czuje się jak mrówka na wielkim błękitnym talerzu natury. Najbardziej znany punkt to północny uskok z przepaścią sięgającą 984 metrów – tu każdy oddech ma przyprawiający o zawrót głowy efekt specjalny. I właśnie tu znajduje się Kjeragbolten – zaklinowany pomiędzy skałami gigantyczny głaz, który zachęca do odważnych zdjęć… o ile ktoś nie boi się, że spadnie w przepaść.
Dla miłośników adrenaliny Kjerag to miejsce, które sprawdza nerwy – BASE jumperzy uwielbiają tu oddawać skoki w dół, a statystyki mówią same za siebie: w latach 1994–2008 wykonano 29 tysięcy skoków, niestety kilka z nich zakończyło się tragicznie. Ale kto szuka mocnych wrażeń, ten wie, co robi.
Preikestolen – noc pod amboną
14-15.08.2024
Kiedy zeszliśmy z Kjeragu na parking, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy dalej. Po kilku dniach wędrówki, niedomyci i umęczeni, mieliśmy marzenie; Kąpiel!!! Trafiliśmy wreszcie na pole, gdzie gospodarze udostępnili nam prysznic – kilka minut, a radość jak z wygranej na loterii.
A potem pojechaliśmy dalej w stronę kolejnej gwiazdy norweskich atrakcji, czyli słynnej ambony: Preikestolen.
Plan – a właściwie plan Kasi – był genialny: zabrać cały ekwipunek (namiot, materace, jedzenie, ciuchy i całą resztę, co tylko damy radę unieść), wdrapać się na górę i rozbić biwak z widokiem na klif. Pomysł? Pierwszorzędny! W końcu to tylko ponad 4 kilometry… co to dla nas!
Na parkingu dowiedzieliśmy się jeszcze jednej ciekawej rzeczy: podobno warto zostawić za szybą informację, dokąd się idzie i że planuje się nocleg. Norwegowie mają to tak zorganizowane, że jak ktoś nie wróci, to od razu go szukają.
Obładowani jak prawdziwi szerpowie ruszyliśmy na szlak. Po kilkuset metrach każdy czuł, że „bagaż to jednak bagaż”, a panowie – dzielni rycerze – taszczyli w pocie czoła całą naszą „sypialnię”. Pod górkę szło się tempem żółwia, ale krajobrazy robiły swoje: skały, jeziorka, roślinność – bajka, więc trochę o tej naszej gehennie zapominaliśmy.
W końcu naszym oczom ukazało się… obozowisko! Kilkadziesiąt namiotów rozstawionych gdzie popadnie. Problem w tym, że dla nas miejsca już prawie nie było. Ale co tam – wracać się nie będziemy. Chłopaki znaleźli skrawek skały i tam rozbili namioty. „Ale jak? Śledzie w skałę?” – zapytacie. Otóż nie – kamienie poszły w ruch i dociążyły linki. Improwizacja pełną gębą. Efekt? Najlepszy widok na Lysefjord, więc wyszliśmy na tym lepiej niż inni.
Po kolacji ruszyliśmy na samą ambonę. We mgle. Pierwsze oswajanie polegało na oglądaniu widoków… na leżąco. Zdecydowanie bezpieczniej – w końcu jak się zakręci w głowie, to się nie pzrewrócimy. Potem jeszcze spacer po skałach z „prywatnymi basenami” i zachwyty nad Lysefjordem – fiordem, którego nie da się opisać, trzeba zobaczyć.
Wieczór długi – jak to w Norwegii – i choć czekaliśmy na zorzę, ta nie zaszczyciła nas swoją obecnością. Do snu próbował nas uśpić bajką Tomek, ale że była to opowieść mroczna i dziwaczna, to zamiast spać pokładaliśmy się ze śmiechu.
Spanie na skale okazało się całkiem wygodne – materace samopompujące zrobiły robotę. Do czasu… Bo w nocy, gdy się przebudziłam i nie znalazłam męża w namiocie. Szukam po omacku – nie ma. Aż w końcu włączam latarkę i widzę: leży skulony przy samym wyjściu. Po prostu „zjechał” po skosie namiotu. Ja prawie pękłam ze śmiechu – i oczywiście już ciężko było zasnąć.
Rano – poranna toaleta „pod chmurką”, śniadanie i drugie podejście na ambonę. Tym razem widoki przejrzyste, więc obowiązkowa kolejka do zdjęć na klifie. Zabawne fotki zrobione, śmieci zabrane, ekwipunek spakowany. W dół szło lżej, ale nogi i tak dały znać, że nie są to wakacje ich marzeń.
Na parkingu samochód czekał wiernie, a my ruszyliśmy dalej – w długą drogę w kierunku Vestlandu, ku nowej przygodzie.
Preikestolen
czyli słynna norweska Ambona – to klif wysokości 604 m, który wygląda jakby ktoś specjalnie zbudował tam ogromną mównicę z widokiem na Lysefjord. Na górze czeka płaski plac 25 x 25 metrów, idealny, żeby usiąść, zrobić zdjęcie albo udawać mówcę do zgromadzonego tłumu turystów. Trasa na szczyt ma niespełna ok. 4 km, zajmuje 3–4 godziny i daje lekką zadyszkę, ale nagrodą jest panorama, która sprawia, że nawet ci zmęczeni wchodzący nagle nabierają energii do pozowania.
Podsumowanie
Pierwsza część naszej norweskiej przygody to mieszanka niedospania, braku relaksującej kąpieli i taszczenia bagaży pod górę – ale też bajecznych widoków i emocji, które rekompensowały wszystko. Naturalne baseny, najwyższy szczyt Telemarku, Kjerag z kamieniem igrającym z losem i wreszcie Ambona, gdzie spaliśmy jak pionierzy na skałach – to był początek wyprawy, w którym zmęczenie ustępowało miejsca radości, a przygoda wygrywała z wygodą. (II cz. Norwegii Kliknij)
Co dalej?
W następnym wpisie kontynuujemy przygodę wśród fiordów, wodospadów i dzikiej, norweskiej natury! Tym razem czekają na Was kolejne spektakularne trasy, widoki, które zapierają dech w piersiach, i garść naszych górskich przygód.
Nie przegap żadnych relacji!
🔗 Wskakuj do nas na FacebookaWersja ruchoma naszej wędrówki
Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.
Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.
👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.






























































































































