MADERA – NA SZLAKU: VEREDA DOS BALCÕES, PICO RUIVO
SPIS TREŚCI
ToggleMadera – wyspa, na której trudno się nudzić
Madera to portugalska, wulkaniczna wyspa położona na Atlantyku, około 970 km od Lizbony i 685 km od wybrzeży Afryki. Choć nie jest ogromna – ma zaledwie około 57 km długości – potrafi zmieścić na swoim terenie naprawdę sporo. Góry, strome klify, tropikalną roślinność, ocean, wodospady i słynne lewady.
Najwyższym punktem wyspy jest Pico Ruivo – 1862 m n.p.m. I właśnie góry były jednym z powodów, dla których Madera znalazła się na naszej podróżniczej liście. Wyspa jest wręcz stworzona dla miłośników wędrówek – szlaków tutaj nie brakuje, a wiele z nich prowadzi wzdłuż charakterystycznych dla Madery kanałów irygacyjnych, czyli lewad.
Madera słynie również z wyjątkowo łagodnego klimatu. Nie bez powodu nazywana jest wyspą wiecznej wiosny. Na wybrzeżu średnia roczna temperatura w dzień wynosi około 16-23°C. Trzeba jednak pamiętać, że maderska pogoda potrafi mieć własne zdanie – na wybrzeżu może świecić słońce, a kawałek dalej w górach możemy znaleźć się w chmurach.
Sama nazwa Madeira oznacza „wyspę drewna” lub „zalesioną wyspę”. Dzisiaj zieleni również tutaj nie brakuje – szczególnie imponujące są lasy wawrzynowe, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Niemal 2/3 powierzchni wyspy objęte jest ochroną.
Ale Madera to nie tylko przyroda. Jej stolicą jest Funchal, a wyspa ma ciekawą historię i przez wieki była ważnym punktem na atlantyckich szlakach. Odwiedzali ją między innymi Józef Piłsudski, Winston Churchill, a nawet cesarzowa Sissi.
My jednak nie przyjechaliśmy tutaj zgłębiać historii przy biurku. Chcieliśmy przede wszystkim chodzić, oglądać, odkrywać i sprawdzić, ile przygód można zmieścić na jednej niewielkiej wyspie. Jak się okazało – całkiem sporo!
Madera – od marzenia do pierwszego kroku na wyspie
Cierpliwie czekaliśmy na urlop, który planowaliśmy właściwie od zimy. A nawet można powiedzieć, że od kilku lat, bo to właśnie wtedy pojawiło się nasze marzenie o Maderze. Wyspa od dawna chodziła nam po głowie i w końcu nadszedł czas, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak piękna, jak wszyscy opowiadają. Oczywiście samo marzenie to jedno, a jego realizacja to już zupełnie inna historia. Trzeba było przecież zdecydować, jak ten wyjazd zorganizować.
Rozważaliśmy nawet wersję z wykupieniem gotowych wczasów, a na miejscu codziennie realizowalibyśmy nasze własne plany. Byłoby trochę mniej organizowania, a dwa posiłki dziennie byłyby już w pakiecie, więc odpadałoby zastanawianie się, gdzie i co zjeść. Wybraliśmy jednak termin letni i po przeliczeniu kosztów okazało się, że różnica nie jest aż tak duża, żeby rezygnować z naszej niezależności. Od znajomych słyszeliśmy natomiast, że zimą różnica w cenie pomiędzy samodzielnym wyjazdem a gotowymi wczasami może być już zdecydowanie większa. My jednak postanowiliśmy, że jeśli już jedziemy, to organizujemy wszystko sami. A skoro powiedziało się „A”, trzeba było powiedzieć również „B”… i najlepiej od razu „C”, „D” i kilka kolejnych liter alfabetu.
Kupiliśmy bilety lotnicze w obie strony, zarezerwowaliśmy nocleg oraz samochód, którym mieliśmy przez cały tydzień przemieszczać się po wyspie. Wydawało się, że najważniejsze mamy już załatwione. Pozostała jeszcze kwestia rezerwacji wejść na wybrane przez nas szlaki. Od 2026 roku na Maderze wprowadzono bowiem zmiany dotyczące korzystania z najbardziej popularnych tras. Ze względu na ogromną liczbę turystów, a co za tym idzie tłok na szlakach i coraz większe obciążenie najczęściej odwiedzanych miejsc, wprowadzono obowiązek rezerwowania wejścia na wybrane trasy w określonych godzinach oraz zakupu biletów.
I właśnie ta konieczność rezerwowania konkretnych godzin wzbudzała w nas pewne obawy. Lubimy planować nasze wyjazdy, ale równie mocno lubimy mieć możliwość zmiany planów, szczególnie jeśli chodzi o wędrówki. Na Maderze pogoda potrafi zmieniać się bardzo szybko, więc chcieliśmy móc rano spojrzeć przez okno, ocenić sytuację i zdecydować, na którą trasę najlepiej tego dnia ruszyć. Tymczasem slot czasowy nie bardzo chciał się dostosować do naszych pomysłów. Trzeba było zaplanować trasę wcześniej i później trzymać się ustalonej godziny. Nie było więc większego pola do spontanicznego przekładania wędrówek w zależności od pogody.
Najlepiej zrobić rezerwacje możliwie wcześnie i nie zostawiać ich na ostatnią chwilę. Dzięki temu mamy większy wybór godzin i możemy dopasować je do naszego planu. My rezerwowaliśmy wejścia około dwóch tygodni wcześniej i w przypadku jednej z bardzo popularnych tras musieliśmy zmienić godzinę na późniejszą.
Ostatecznie zaakceptowaliśmy nowe zasady i po prostu trzymaliśmy kciuki, żeby pogoda w wybranym dniu również zaakceptowała nasz plan.
Jak się później okazało, takie ograniczenia mają też sporą zaletę. Na szlakach było zdecydowanie mniej ludzi i mogliśmy spokojniej cieszyć się wędrówkami. Po tym, co zobaczyliśmy na niektórych popularnych trasach, zaczęliśmy się nawet zastanawiać, jak wyglądałaby sytuacja, gdyby takich ograniczeń nie było. I chyba nie chcieliśmy tego sprawdzać. Madera i bez tego miała momentami wystarczająco dużo turystów. W praktyce okazało się więc, że coś, co początkowo traktowaliśmy jako ograniczenie, miało również swoją bardzo dobrą stronę.
W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Pobudka o 4 rano i ruszylismy z Poznania w kierunku Katowic. Wyjazd przypadł na niedzielę, więc droga minęła nam wyjątkowo sprawnie i po około czterech godzinach byliśmy już na miejscu. Samochód zostawiliśmy na pobliskim parkingu, skąd busem zostaliśmy odtransportowani na lotnisko. Potem już standardowo – odprawa, oczekiwanie i wreszcie wejście do samolotu. Przed nami było około pięciu godzin lotu.
Samo pięć godzin nie brzmi może szczególnie dramatycznie, zwłaszcza że podczas naszych wyjazdów samochodowych zdarzały się przejazdy siedmio- czy nawet ośmiogodzinne. Jest jednak pewna zasadnicza różnica – jadąc samochodem, można się zatrzymać, wysiąść, rozprostować nogi, napić się kawy i zrobić sobie chwilę przerwy. W samolocie możliwości są nieco bardziej ograniczone. Na szczęście i ten etap podróży w końcu się skończył, a lądowanie wynagrodziło nam wcześniejsze niedogodności. Z góry zobaczyliśmy piękną Maderę, a pilot popisał się naprawdę dobrymi umiejętnościami, lądując na charakterystycznym pasie startowym położonym częściowo na ogromnych filarach nad oceanem. Dla niego zapewne rutyna, dla nas – całkiem emocjonujący początek maderskiej przygody.
Na dokładkę dostaliśmy jeszcze jedną godzinę pobytu na wyspie w gratisie. No, może nie całkiem w gratisie, bo po prostu na Maderze zegarki trzeba było przesunąć o godzinę do tyłu. Ale kto by tam zaglądał w szczegóły? Godzina odzyskana, więc uznaliśmy to za miły bonus.
Po wylądowaniu czekał już na nas wcześniej zarezerwowany samochód, którym mieliśmy przez cały tydzień przemieszczać się po tej niewielkiej, ale niezwykle urozmaiconej wyspie.
Odebraliśmy samochód i ruszyliśmy w stronę naszego noclegu. Dojechaliśmy już dość późno, więc na wielkie zwiedzanie nie było ani czasu, ani specjalnie siły. Zrobiliśmy zakupy, wzięliśmy prysznic, zjedliśmy kolację i przygotowaliśmy się do następnego dnia. Trzeba było również sprawdzić, czy wszystko mamy gotowe, bo kolejny poranek miał rozpocząć to, na co czekaliśmy od dawna – nasze pierwsze maderskie wędrówki.
Po miesiącach planowania, sprawdzania tras, rezerwowania noclegu, samochodu i slotów czasowych przyszedł czas, żeby przestać planować, a zacząć po prostu poznawać Maderę na własnych nogach.
I tak rozpoczęła się nasza tygodniowa przygoda na wyspie. Każdy kolejny dzień przynosił nowe trasy, nowe widoki, trochę zmęczenia, i sporo zachwytów.
Vereda dos Balcões – krótki szlak PR 11, wielkie widoki
data 3.08.2026
Obudziliśmy się na Maderze wyspani i ciekawi, co przyniesie nam dzień. Pierwsze, co zrobiliśmy, to oczywiście szybki rzut oka na pogodę. Skoro już wiedzieliśmy, czego się spodziewać, odpowiednio przygotowaliśmy się na warunki atmosferyczne. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy naszym samochodzikiem na pierwszą, lekką trasę zaplanowaną na ten dzień.
Przed siódmą rano było jeszcze zupełnie ciemno, więc mogliśmy podziwiać Maderę w nocnej odsłonie. Z każdą kolejną minutą robiło się jednak coraz jaśniej i przez długi odcinek jazdy oglądaliśmy wyspę głównie zza szyby samochodu.
A było co oglądać. Madera od początku pokazywała nam swój górzysty charakter. W zasadzie można powiedzieć, że sama w sobie jest jedną wielką górą. Co ciekawe, niemal każdy bardziej płaski kawałek terenu został wykorzystany pod zabudowę. Domy pojawiały się więc dosłownie wszędzie – również na stromych zboczach, gdzie człowiek zastanawia się, jak w ogóle można było tam zbudować dom, a już szczególnie jak później codziennie wracać do niego samochodem.
Charakterystycznym elementem krajobrazu były też pola uprawne, a właściwie długie, wąskie poletka – tarasy ułożone kaskadowo na zboczach. Dzięki temu nawet strome górskie tereny można było wykorzystać pod uprawę.
Jadąc dalej, przemierzaliśmy liczne tunele. Jeden, drugi, trzeci… Na Maderze takie korytarze to po prostu dobry sposób na pokonanie góry.
A jeśli akurat nie jechaliśmy tunelem, czekały na nas drogi z naprawdę imponującą liczbą zakrętów. I nie były to zwykłe górskie zakręty. Nasze polskie serpentyny mogłyby przy nich poczuć się trochę nieśmiało. Momentami zakręt następował za zakrętem, a za nim kolejny zakręt. Niektóre odcinki potrafiły przyprawić o lekkie mdłości, szczególnie jeśli ktoś nie jest fanem górskiej karuzeli.
Do tego drogi bywają tutaj naprawdę wąskie. Czasami tak wąskie, że kiedy z naprzeciwka pojawiał się samochód, jedno z nas musiało wykazać się cierpliwością, zatrzymać się, a czasem nawet kawałek cofnąć, żebyśmy mogli się minąć. Na Maderze jazda samochodem sama w sobie potrafi być małą przygodą.
W końcu dotarliśmy na bezpłatny parking w Riberio Frio i mogliśmy rozpocząć naszą pierwszą tego dnia wędrówkę.
Ruszyliśmy na jeden z najładniejszych, najkrótszych, a zarazem bardzo malowniczych szlaków na wyspie wiecznej wiosny – Vereda dos Balcões, czyli Szlak Balkonów.
A że szlak krótki, to i my nie będziemy się nad nim rozpisywać. Trasa ma około 3 kilometrów w obie strony i należy do jednych z najłatwiejszych szlaków na Maderze. Nie oznacza to jednak, że brakuje jej atrakcji. Wręcz przeciwnie – prowadzi do jednego z najpiękniejszych punktów widokowych na wyspie.
Trasa jest bardzo łatwa i prowadzi wzdłuż lewady, czyli tradycyjnego kanału nawadniającego, z którego Madera słynie. Po drodze przechodziliśmy przez pradawny las wawrzynowy Laurisilva, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To prawdziwy relikt dawnych czasów – lasy tego typu porastały dużą część Europy miliony lat temu.
Na szlaku można też spotkać jednego z miejscowych mieszkańców – ziębę maderską. Przy odrobinie szczęścia ptaki te podchodzą bardzo blisko turystów, a niektóre są tak oswojone, że potrafią usiąść nawet na dłoni. My oczywiście liczyliśmy na spotkanie, bo kto by nie chciał mieć takiego małego, pierzastego przewodnika?
Największą atrakcją jest jednak punkt widokowy Balcões. Z naturalnego „balkonu” można podziwiać dolinę Ribeira da Metade oraz imponującą panoramę najwyższych szczytów Madery – Pico Ruivo, Pico do Arieiro i Pico das Torres.
Pogoda wyjątkowo nam sprzyjała, więc widoki były naprawdę spektakularne.
I właśnie dlatego Vereda dos Balcões bardzo przypadła nam do gustu. Krótka, łatwa trasa, niewielki wysiłek, piękny las, lewada i na koniec widok, który zdecydowanie wynagradza przejście tych kilku kilometrów.
Jeśli szukacie na Maderze krótkiej i łatwej trasy z efektem WOW, Vereda dos Balcões zdecydowanie powinna znaleźć się na Waszej liście. To świetna propozycja zarówno na spokojny spacer, jak i na dzień, kiedy nogi po wcześniejszych górskich przygodach mówią: „dzisiaj prosimy o coś łatwego”.
Przebieg szlaku:
Parking Riberio Frio
Vereda dos Balcões
Parking Riberio Frio
Vereda dos Balcões – informacje praktyczne
📍 Początek trasy: Ribeiro Frio, na północnym wschodzie Madery.
🥾 Długość: około 3 km w obie strony.
⏱️ Czas przejścia: około 1–1,5 godziny, zależnie od tempa i liczby przystanków na zdjęcia.
⬆️ Trudność: łatwa.
🚗 Parking: w okolicy początku trasy znajdują się miejsca parkingowe, a w pobliżu można znaleźć również bezpłatny parking.
🌿 Trasa: w większości łagodna, prowadzi wzdłuż lewady przez las wawrzynowy.
👟 Dla kogo: praktycznie dla każdego, kto lubi spokojne spacery i nie ma problemu z krótką górską trasą.
Warto jednak pamiętać, że nawet łatwa trasa na Maderze pozostaje trasą górską. Pogoda potrafi zmienić się tutaj bardzo szybko, dlatego lekką kurtkę przeciwdeszczową lepiej mieć ze sobą nawet wtedy, gdy rano świeci słońce.
I jeszcze jedna ważna rzecz – nie nastawiajcie się wyłącznie na sam punkt widokowy. Warto spokojnie przejść całą trasę, popatrzeć na las, lewadę i wypatrywać maderskich zięb. A na końcu zostawić sobie trochę czasu na Balcões. Przy dobrej widoczności panorama naprawdę robi wrażenie.
Nasza rada: jeśli macie w planach bardziej wymagające maderskie wędrówki, Vereda dos Balcões świetnie sprawdzi się jako spokojniejszy dzień albo rozgrzewka przed kolejnymi górskimi przygodami. My potraktowaliśmy ją właśnie jako lekką trasę na początek dnia – i był to bardzo dobry wybór.
Pico Ruivo – czyli jak zdobyć szczyt i nie zgubić samochodu
Drugim punktem tego dnia było zdobycie szczytu Pico Ruivo – 1862 m n.p.m., czyli najwyższego szczytu Madery. To właśnie ten szczyt oglądaliśmy między innymi ze wspomnianego wcześniej balkonu. Skoro więc tyle razy patrzył na nas z oddali, uznaliśmy, że najwyższy czas spojrzeć na niego z drugiej strony.
Tym razem samo zdobycie szczytu nie było jednak największym problemem. Znacznie większą zagwozdką okazała się… logistyka. Od 2026 roku na trasę obowiązuje rezerwacja wejścia na konkretną godzinę, a pełny PR1 – Vereda do Arieiro– działa obecnie jednokierunkowo od Pico do Arieiro w stronę Pico Ruivo. Z Pico Ruivo można następnie zejść między innymi szlakiem PR1.2 do Achada do Teixeira.
Na pierwszy rzut oka zanim zaplanowaliśmy wyprawę wszystko wydawało się proste. Jedziemy samochodem na parking, idziemy na szczyt, wracamy i jedziemy dalej. Niestety, rzeczywistość postanowiła dorzucić nam mały test z organizacji transportu.
Problem polegał na tym, że po pewnym odcinku PR1 szlak stawał się jednokierunkowy i nie można było po prostu zawrócić tą samą drogą. I zdecydowanie nie radzę kombinować z łamaniem tego przepisu – za wejście w zamknięty kierunek można dostać bardzo wysoką karę. Oficjalne zasady jasno określają kierunek przejścia: od Pico do Arieiro w stronę Pico Ruivo.
Zaczęliśmy więc zastanawiać się, jak logistycznie ugryźć temat powrotu na parking, gdzie zostawilibyśmy wypożyczony samochód. Internet oczywiście podpowiadał nam mnóstwo możliwości, ale niektóre były tak niejasne, że woleliśmy nie sprawdzać ich na własnej skórze. Niby można było wrócić busem, zamówić taksówkę albo zrobić naprawdę ambitną wersję i wrócić szlakiem, który zamknąłby nam pętlę liczącą ponad 30 kilometrów. A przecież nieraz już chodziliśmy tak długo, ale tym razem czas nie był naszym sprzymierzeńcem.
Sloty czasowe na wcześniejsze godziny były już niedostępne, więc zarezerwowaliśmy wejście na 12:00. W tej sytuacji wymyśliliśmy rozwiązanie może nie najtańsze, ale za to zdecydowanie najmniej stresujące – wypożyczyliśmy wcześniej drugi samochód.
Takim sposobem najpierw pojechaliśmy po drugi samochód, a następnie zostawiliśmy go na parkingu w miejscu, gdzie planowaliśmy zakończyć naszą wędrówkę (Achada do Teixeira). Potem jednym samochodem pojechaliśmy na parking przy początku szlaku (Pico do Arieiro). Dzięki temu po zejściu ze szczytu nie musieliśmy zastanawiać się, czy znajdziemy taksówkę, busa czy może będziemy musieli wracać pieszo. Samochód po prostu miał na nas czekać. Czasem najprostsze rozwiązania wymagają dwóch samochodów.
Za parking przy Pico do Arieiro obowiązuje opłata 4 euro za godzinę, 20 euro za dobę. Do tego dochodziła opłata za sam szlak – w 2026 roku przejście pełnego PR1 z Pico do Areeiro do Pico Ruivo kosztuje 10,50 euro za osobę.
Wchodząc na szlak, trafiliśmy na bramki, przy których trzeba było pokazać wykupioną wcześniej rezerwację. Pracownik pilnował wejścia i nie wpuszczał osób bez wymaganej rezerwacji. Nie było zmiłuj się – Madera postanowiła zadbać o przestrzeganie zasad.
Już od samego parkingu można było podziwiać panoramę gór. Im dalej szliśmy, tym bardziej chłonęliśmy widoki – majestatyczne grzbiety górskie, strome zbocza i głębokie przełęcze. Trudno było skupić się wyłącznie na drodze, kiedy niemal co chwilę pojawiał się kolejny powód, żeby się zatrzymać i zrobić zdjęcie.
Na początku na szlaku było sporo turystów. Część z nich szła tylko do pewnego miejsca – łatwiejszym odcinkiem PR1, który jest dobrze przygotowany, z kamiennymi ścieżkami i schodami. My przeszliśmy przez bramkę i ruszyliśmy dalej, (gdzie nie mogliśmy już zawrócić pod groźbą kary). Po pewnym czasie zrobiło się znacznie bardziej surowo. Zniknęła wygodna, wybrukowana ścieżka, a zaczęła się prawdziwa górska wędrówka.
Szlak nie był monotonny ani przez chwilę. Cały czas mieliśmy w zasięgu wzroku malownicze krajobrazy, a natura co chwilę dorzucała coś od siebie. Ciekawa flora zaskakiwała nas po drodze, a fauna również miała swoje pięć minut. Z niemal każdej szczeliny potrafiła nagle wyskoczyć jaszczurka i przemknąć przez szlak w takim popłochu, jakby to właśnie ona miała rezerwację na konkretną godzinę i właśnie się spóźniła.
Kilka razy spotkaliśmy też ciekawe ptaki. Było więc co obserwować nie tylko przed sobą, ale również nad głową i pod nogami.
Ciekawostką na trasie były liczne przejścia tunelowe – jedne krótsze, inne całkiem długie. Zupełnie jak podczas jazdy samochodem po Maderze, gdzie tunele pojawiają się niemal wszędzie. Tutaj jednak sytuacja była trochę inna. W niektórych przejściach trzeba było odpalić czołówki, uważać pod nogami, a czasem… niechcący wpakować stopę w kałużę. Do tego z sufitu potrafiła skapnąć woda i zrobić nam darmowy prysznic. Madera naprawdę dbała o różnorodność atrakcji.
Później krajobraz zaczął się zmieniać. Zrobiło się jeszcze bardziej surowo, niemal pustynnie. Pojawiło się sporo ostów i popalonych drzew, które mimo wszystko dodawały temu miejscu charakteru. Po drodze minęliśmy Casa de Abrigo do Pico Ruivo, czyli schronisko znajdujące się niedaleko szczytu. Stąd pozostał już ostatni odcinek podejścia na Pico Ruivo.
A ponieważ pogoda tego dnia była naprawdę gorąca, końcówkę trasy pokonywaliśmy już praktycznie cały czas w pełnym słońcu. Podejście dawało się odczuć, ale na szczęście góry miały dla nas jeszcze jedną niespodziankę – wiatr. Na szczycie potrafiło porządnie zawiać, więc tym razem absolutnie nie narzekaliśmy. Wręcz przeciwnie – po wspinaczce w słońcu taki naturalny klimatyzator był jak znalazł.
No i w końcu Pico Ruivo ! Najwyższy punkt Madery i jednocześnie jeden z tych momentów, dla których warto się trochę pomęczyć.
Na szczycie czekała na nas piękna nagroda – panorama górskiego masywu Madery, strome grzbiety, przełęcze i oczywiście ocean. Widoki były naprawdę niesamowite.
Po kilku zdjęciach i krótkim posiłku zaczęliśmy schodzić. Tym razem nie wracaliśmy tą samą drogą. Po przejściu kilkuset metrów za schroniskiem skierowaliśmy się na PR1.2 – Vereda do Pico Ruivo, prowadzący w stronę Achada do Teixeira. To właśnie tędy zgodnie z obowiązującymi zasadami można zejść z Pico Ruivo po przejściu jednokierunkowego odcinka PR1.
Po drodze cały czas towarzyszył nam ocean. Z góry wyglądał niesamowicie, szczególnie kiedy jego powierzchnia zlewała się z chmurami. Momentami naprawdę trudno było rozstrzygnąć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.
Cała wędrówka zajęła nam ponad 3,5 godziny i mimo palącego słońca była naprawdę przyjemna. W końcu jednak trzeba było wrócić do rzeczywistości, czyli… do samochodów. Zeszliśmy na parking, gdzie czekał na nas drugi samochód. Nim ruszyliśmy dalej, trzeba było jeszcze wrócić pierwszym autem na parking, z którego rano rozpoczęliśmy wędrówkę.
Potem pozostało już tylko odstawić drugi samochód do wypożyczalni. Koszt jego wypożyczenia na jeden dzień wyniósł nas około 60 euro z paliwem. Sporo? Może trochę. Ale za to oszczędziliśmy sobie nerwów, kombinowania z taksówkami i przede wszystkim ryzyka, że po kilku godzinach wędrówki zostaniemy bez transportu.
I tak zakończył się kolejny dzień pełen pięknych wrażeń. Wróciliśmy do domu zmęczeni, choć tego dnia chyba bardziej zmęczyło nas słońce niż sama trasa. Szybka kąpiel, kolacja i… spać.
Bo przecież następnego dnia znowu czekały na nas góry. A Madera najwyraźniej nie zamierzała dać nam długo odpoczywać.
Przebieg szlaku:
Pico do Arieiro
Pico Ruivo
Achada do Teixeira
Pico ruivo – informacje praktyczne
📍 Początek trasy: parking przy Pico do Arieiro – tutaj zostawiliśmy pierwszy samochód i rozpoczęliśmy wędrówkę.
📍 Koniec trasy: Achada do Teixeira, gdzie czekał na nas drugi samochód. Dzięki temu nie musieliśmy martwić się o powrót na pierwszy parking.
🥾 Trasa:
Pico do Arieiro → PR1 Vereda do Arieiro → Pico Ruivo (1862 m n.p.m.) → PR1.2 Vereda do Pico Ruivo → Achada do Teixeira.
To ważne, ponieważ od 2026 roku PR1 jest odcinkowo jednokierunkowy – od Pico do Arieiro w kierunku Pico Ruivo. Z Pico Ruivo zejście należy kontynuować m.in. szlakiem PR1.2 do Achada do Teixeira.
📏 Długość: około 13 km według naszej trasy z mapy.
⏱️ Czas przejścia: około 3,5 godziny.
⛰️ Trudność: średnia, ale trasa wymaga dobrej kondycji. Są strome podejścia, schody i bardziej wymagające odcinki, szczególnie w drodze na Pico Ruivo. Oficjalnie zarówno PR1, jak i PR1.2 mają oznaczenie „moderate” – umiarkowany.
🚗 Parkingi:
• Pico do Arieiro – parking na początku trasy; według aktualnych informacji opłata wynosi 4 € za godzinę.
• Achada do Teixeira – darmowy parking na końcu naszej trasy, gdzie zostawiliśmy drugi samochód. To właśnie tutaj kończy się PR1.2 prowadzący z Pico Ruivo.
💳 Opłata za szlak: w przypadku przejścia pełnego PR1 opłata obejmuje również dostęp do PR1.2; aktualna opłata za pełny PR1 wynosi 10,50 €.
👣 Dla kogo?
To trasa dla osób aktywnych, mających doświadczenie w górskich wędrówkach i dobrze czujących się na stromych podejściach. Nie jest to spacer dla każdego, szczególnie przy wysokiej temperaturze. Zdecydowanie warto mieć odpowiednie buty, zapas wody, nakrycie głowy, krem z filtrem i coś cieplejszego – na wysokości pogoda i temperatura potrafią zmienić się bardzo szybko.
Jeżeli jednak macie już trochę górskiego doświadczenia i lubicie widoki, które wynagradzają wysiłek, Pico Ruivo zdecydowanie warto wpisać na listę maderskich „must have”. To przecież najwyższy szczyt Madery.
Maciço Central (Masyw Centralny)
to górzysty obszar w centralnej części Madery.
Maderski Masyw Centralny obejmuje najwyższe partie wyspy, w tym Pico Ruivo, Pico das Torres i Pico do Arieiro. Jego krajobraz został ukształtowany przez działalność wulkaniczną, dlatego znajdziemy tu strome zbocza, skaliste grzbiety, głębokie doliny i charakterystyczne wulkaniczne skały.
To właśnie w tej części Madery znajdują się jedne z najbardziej spektakularnych górskich tras wyspy. I nic dziwnego – przy takiej scenerii nawet zwykłe „idziemy kawałek pod górę” potrafi zamienić się w całkiem poważną przygodę.

jest najwyższym szczytem Madery oraz trzecim najwyższym punktem Portugalii. Leży w centralnej części wyspy, w masywie Maciço Central, i jest pozostałością działalności wulkanicznej – zbudowany jest głównie z bazaltu i tufu wulkanicznego.
Na szczyt można dotrzeć wyłącznie pieszo. Prowadzą do niego dwa główne szlaki: PR1 Vereda do Areeiro z Pico do Areeiro oraz krótszy i łatwiejszy PR1.2 Vereda do Pico Ruivo z Achada do Teixeira.
Okolice szczytu objęte są ochroną Natura 2000 i zachwycają surowym górskim krajobrazem, głębokimi dolinami oraz charakterystyczną roślinnością. Tuż poniżej wierzchołka znajduje się Casa de Abrigo do Pico Ruivo – schronisko turystyczne.
Największą atrakcją są oczywiście panoramiczne widoki na Maderę, a przy dobrej widoczności również na wyspy Porto Santo i Ilhas Desertas.
A sama nazwa Pico Ruivo oznacza „Czerwony Szczyt”. Skąd ta nazwa? Tego już trzeba dowiedzieć się na miejscu, albo u nas nas w galerii.

jest trzecim najwyższym szczytem Madery. Położony w masywie Maciço Central, jest jednym z najczęściej odwiedzanych górskich miejsc na wyspie – można tu bowiem dojechać samochodem ( tak jak my zrobiliśmy).
Na miejscu znajduje się parking, punkt widokowy, kawiarnia, sklep z pamiątkami i toalety. To również właśnie stąd rozpoczyna się słynny PR1 Vereda do Areeiro, prowadzący w kierunku najwyższego szczytu Madery – Pico Ruivo.
Trasa wiedzie przez spektakularne górskie grzbiety, strome zbocza i kilka tuneli wykutych w skałach. Latarka zdecydowanie się przydaje, podobnie jak odpowiednie ubranie – pogoda na tej wysokości potrafi zmienić się błyskawicznie. Raz mamy słońce, a chwilę później chmury i mgłę. Madera lubi takie niespodzianki.
Przy dobrej widoczności z Pico do Areeiro można podziwiać między innymi Curral das Freiras, Ponta de São Lourenço, a nawet odległe wyspy Porto Santo i Ilhas Desertas.
Podsumowanie
Pierwsze dwa rozdziały naszej maderskiej przygody pokazały nam dwa zupełnie różne oblicza wyspy. Vereda dos Balcões była spokojnym początkiem – zielony las, lewada i piękne widoki z punktu Balcões. Pico Ruivo przyniosło już więcej wysiłku, wysokości i prawdziwie górskich emocji. Obie trasy pokazały nam jednak, że Madera ma zdecydowanie więcej do zaoferowania niż tylko plaże i ocean. To wyspa stworzona dla tych, którzy lubią ją odkrywać krok po kroku.
A to dopiero początek naszej maderskiej przygody…
Co dalej?
Jeśli macie ochotę ruszyć z nami dalej, zapraszamy do II części wpisu o Maderze. Tym razem czekają na nas Półwysep Świętego Wawrzyńca, Levada Nova i Levada do Moinho, Pico Grande, a na koniec trochę odpoczynku od gór i atrakcje Funchal.
Będzie ocean, klify, lewady, góry, trochę adrenaliny i oczywiście widoki, dla których po raz kolejny będziemy zatrzymywać się „tylko na chwilę”.
Nie przegap żadnych relacji!
🔗 Wskakuj do nas na FacebookaZobacz wersję ruchomą naszej wędrówki
Skróty:
Całe filmy:
Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.
Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.
👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.





































