MADERA – NA SZLAKU: PÓŁWYSEP ŚW. WAWRZYŃCA, LEVADA NOVA I DO MOINHO, PICO GRANDE
SPIS TREŚCI
ToggleMadera – ciąg dalszy naszej przygody
W poprzednim wpisie zabieraliśmy Was na Vereda dos Balcões i Pico Ruivo – dwa miejsca, które zdecydowanie warto mieć na swojej maderskiej liście. Jeśli jeszcze tam nie zaglądaliście, możecie przenieść się do poprzedniej części i nadrobić zaległości.
A jeśli jesteście już na bieżąco – ruszamy dalej! Przed nami kolejna część naszej maderskiej przygody, a tym razem również nie zabraknie pięknych widoków, ciekawych miejsc i oczywiście chodzenia.
Warto też zajrzeć do kolejnej części naszej podróży (niebawem), bo Madera ma do pokazania znacznie więcej niż tylko to, co znalazło się w dwóch częściach wpisu.
Półwysep św. Wawrzyńca – chyba najpiękniejszy szlak na Maderze
4.08.2026
Słońce poprzedniego dnia dało nam nieźle w kość. Co prawda szlaki, które wtedy pokonaliśmy, nie były szczególnie trudne technicznie, ale maderskie słońce najwyraźniej postanowiło nadrobić zaległości. Po takiej dawce ciepła noc była dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. Wyspaliśmy się, organizmy się zregenerowały i rano znowu mieliśmy wielką ochotę ruszyć na kolejne przygody.
A tego dnia plan był konkretny – Półwysep św. Wawrzyńca, czyli Ponta de São Lourenço.
Od samego rana mieliśmy zarezerwowany slot czasowy na wejście na szlak. Na Maderze trzeba się już do tego przyzwyczaić – nawet góry mają swój grafik. Bez problemu dojechaliśmy na parking znajdujący się tuż przy oceanie. Zabraliśmy plecaki i ruszyliśmy przed siebie.
Ten półwysep widzieliśmy już wcześniej… z lotu ptaka, a właściwie z okna samolotu podczas lądowania na Maderze. Z góry wyglądał niesamowicie, ale dopiero spacer jego skalistym grzbietem pokazał nam, jak wyjątkowe jest to miejsce.
Już od pierwszych kroków zaczęły się widoki, dla których warto było tu przyjechać. Ocean, klify, wystające z wody skały i zupełnie inny krajobraz niż ten, który kojarzyliśmy z zieloną, górzystą Maderą.
A potem było już tylko piękniej.
Wysokie, poszarpane skały i klify były jak pomalowane przez naturę. Pojawiały się kolorowe smugi, rdzawe i brunatne przebarwienia, a niektóre formacje miały wręcz mroczny charakter. Do tego turkusowe dno oceanu i delikatne fale rozbijające się o skały.
Ścieżka, częściowo kamienista, częściowo piaszczysta, prowadziła coraz dalej w głąb oceanu. I właśnie tutaj zaczęło się nasze zachwycanie na całego.
Kilka kroków i… zupełnie inna perspektywa.
Za zakrętem nowy widok. Raz surowe klify, chwilę później błękit oceanu, a za moment kolejne skalne formacje. Trudno było iść szybko, bo właściwie co kilka metrów chciało się zatrzymać i zrobić zdjęcie. A przecież człowiek przyjechał tu chodzić, a nie urządzać sesję fotograficzną co trzy kroki. No ale natura zdecydowanie nie ułatwiała nam zadania.
Po drodze zboczyliśmy nieco w prawo, w kierunku niewielkiej przystani. Stąd łodziami zabierano turystów na rejs po oceanie. Być może ktoś miał wtedy szczęście zobaczyć delfina, orkę albo wieloryba. Dla tych, którzy wolą samodzielnie zmierzyć się z oceanem, przygotowano również kajaki.
My tym razem pozostaliśmy na lądzie i ruszyliśmy dalej, w kierunku końcowego punktu szlaku.
Po drodze czekało nas jeszcze jedno podejście. Ostrzeżenie dotyczące stromego odcinka nie było zdecydowanie przesadzone. Tym bardziej że podłoże było bardzo piaszczyste i łatwo można było stracić przyczepność.
Mnie udało się nawet zaliczyć mały poślizg podczas schodzenia. Na szczęście obyło się bez większych konsekwencji. Jak widać, nawet na najpiękniejszym szlaku trzeba czasem pamiętać, że grawitacja nadal działa.
Po wejściu na wzniesienie, w punkcie kulminacyjnym czekała na nas nagroda – panorama oceanu i klifów 360 stopni.
W każdą stronę coś innego. Ocean ciągnący się aż po horyzont, poszarpane brzegi półwyspu i skały wyrastające z wody.
W oddali na oceanie dostrzegliśmy dwa poruszające się punkty. Były naprawdę daleko, więc nie mieliśmy pewności, co to takiego. Ale wtedy pojawił się męski żart, który kazał nam uwierzyć, że to oczywiście dwa wieloryby! Wyobraźnia zrobiła swoje, a wersja była zdecydowanie najbardziej atrakcyjna turystycznie.
Na powrocie wybraliśmy nieco dłuższy wariant trasy, prowadzący kamienistym grzbietem półwyspu. Dzięki temu mogliśmy spojrzeć na ocean i klify z wyższej perpektywy.
I właśnie ten fragment szczególnie nam się podobał. Przez chwilę naprawdę można było poczuć się jak zdobywcy gór. Tyle że zamiast wysokich tatrzańskich szczytów mieliśmy pod stopami skalisty półwysep, a wokół nas bezkresny ocean.
Cała trasa zrobiła na nas ogromne wrażenie. Jeśli miałabym wybrać najpiękniejszy szlak, jaki zobaczyliśmy na Maderze, Półwysep św. Wawrzyńca zdecydowanie znalazłby się na pierwszym miejscu. A może nawet po prostu powiedziałabym: dla mnie to najpiękniejszy szlak na Maderze.
Są takie miejsca, których nie da się do końca opisać słowami ani pokazać na zdjęciach. Można próbować, ale i tak pozostaje to coś, co trzeba zobaczyć samemu. Ponta de São Lourenço właśnie do takich miejsc należy.
Po kilku godzinach wędrówki, słońcu i całkiem solidnej dawce zachwytów dotarliśmy z powrotem na parking.
Wędrówka trwała ponad 4 godziny i miała ponad 8,5 km.
Dla głodomorków mamy jeszcze jedną praktyczną informację. Przy parkingu stała budka z napojami i fast foodami, więc po zejściu ze szlaku można było coś zjeść i ugasić pragnienie. Co ważne, znalazły się tam również dwie pozycje wegańskie, więc i ja nie musiałam wracać z pustym brzuchem.
A dodatkową niespodzianką było to, że sprzedawcy potrafili powiedzieć coś niecoś po polsku. Zresztą trudno się dziwić – Madera jest bardzo chętnie odwiedzana przez Polaków i możemy to potwierdzić. Podczas naszego pobytu naszych rodaków spotykaliśmy naprawdę często.
Mimo że pogoda trochę dała nam popalić, było jeszcze dość wcześnie, a my… czuliśmy niedosyt.
Bo jak już człowiek jest na Maderze, ma plan i jeszcze trochę czasu, to przecież nie będzie siedział bezczynnie.
Ruszyliśmy więc dalej, żeby zrealizować kolejny punkt naszego planu.
A co tym razem wymyśliliśmy? O tym w kolejnym rozdziale naszej maderskiej przygody.
Przebieg szlaku:
- parking Baía d’Abra
- szlak w głąb oceanu
- parking Baía d’Abra
🌅Ponta de São Lourenço
to najbardziej na wschód wysunięta część Madery. I zdecydowanie jedna z najbardziej niezwykłych. W przeciwieństwie do większości wyspy, gdzie króluje soczysta zieleń, tutaj krajobraz jest surowy, suchy i niemal księżycowy. Zamiast gęstych lasów – skaliste grzbiety, wysokie klify i ocean właściwie na wyciągnięcie ręki.
Podobnie jak cała wyspa, Półwysep św. Wawrzyńca ma wulkaniczne pochodzenie. Jego charakterystyczne warstwy skał w różnych odcieniach brązu, czerwieni, żółci i szarości tworzą niezwykłą, wielobarwną scenerię. Natura naprawdę zaszalała tu z kolorami.
Co ciekawe, z Ponta de São Lourenço można podziwiać jednocześnie Ocean Atlantycki po obu stronach półwyspu. Przy dobrej widoczności w oddali można dostrzec również wyspy Desertas, a czasami nawet Porto Santo.
Półwysep jest objęty ochroną jako część rezerwatu przyrody. To także miejsce, w którym można spotkać wiele gatunków ptaków morskich i roślin przystosowanych do trudnych, wietrznych warunków.
I chyba właśnie ta surowość sprawia, że Ponta de São Lourenço tak bardzo różni się od pozostałej części Madery. Nie ma tu charakterystycznych dla wyspy zielonych dolin i lasów wawrzynowych. Jest za to wiatr, skały, ocean i widoki, które zmieniają się niemal z każdym krokiem.
Półwysep św. Wawrzyńca – informacje praktyczne
Początek i koniec trasy: parking przy Baía d’Abra, na wschodnim krańcu Madery
Długość: około 7–9 km w obie strony, w zależności od wybranego wariantu.
Czas przejścia: około 2,5–5 godzin, zależnie od tempa, liczby postojów i oczywiście ilości zdjęć – a tych tutaj trudno sobie odmówić.
Trudność: umiarkowana – trasa nie jest szczególnie trudna technicznie, ale są podejścia, zejścia i miejscami strome, piaszczyste odcinki, na których łatwo o poślizg.
Parking: bezpłatny w Baía d’Abra.
Trasa: prowadzi skalistym grzbietem Półwyspu św. Wawrzyńca, pomiędzy klifami i oceanem. Po drodze czekają liczne punkty widokowe, a krajobraz zmienia się niemal z każdym zakrętem.
Dla kogo: dla osób lubiących górskie wędrówki, klify i otwarte przestrzenie. Trasa wymaga trochę kondycji, szczególnie przy podejściach i zejściach, ale nie wymaga specjalnych umiejętności technicznych. Przyda się dobre obuwie z przyczepną podeszwą.
Wstęp: przed wyruszeniem warto sprawdzić aktualne zasady dotyczące rezerwacji i opłat za wejście na szlak.
Warto wiedzieć: na trasie jest niewiele cienia, dlatego przy słonecznej pogodzie koniecznie trzeba zabrać wodę, nakrycie głowy i krem z filtrem. Maderskie słońce potrafi dać o sobie znać nawet wtedy, gdy dystans nie wygląda groźnie. Bywa bardzo wietrznie.
Levada do Moinho i Levada Nova – spokojniejsza strona Madery
4.08.2026
Po upalnym szlaku na półwyspie przyszedł w końcu czas na chwilę oddechu. Tym razem udaliśmy się do miejscowości Lombada da Ponta do Sol, gdzie zaparkowaliśmy niedaleko kościoła. Stamtąd ruszyliśmy najpierw stromo przez miasteczko, a potem weszliśmy na trasę prowadzącą wzdłuż dwóch maderskich lewad – Levada do Moinho i Levada Nova
Zaczęliśmy trochę odwrotnie niż proponują przewodniki, bo najpierw wybraliśmy Levada Nova, położoną wyżej, a dopiero później zeszliśmy w kierunku Levada do Moinho. I chyba rzeczywiście szliśmy trochę „pod prąd”, bo co chwilę mijaliśmy turystów idących w przeciwnym kierunku.
A z mijaniem się na tej trasie bywało ciekawie. Szlak miejscami był tak wąski, że dwie osoby nie zawsze miały szans przejść obok siebie bez małej gimnastyki. W takich sytuacjach przechodziliśmy na drugą stronę wąskiej levady, żeby zrobić miejsce nadchodzącym turystom. I tak oto zwykły spacer momentami zamieniał się w mały trening równowagi.
Trasa była dość licznie oblegana, choć tutaj przynajmniej nie musieliśmy martwić się o żadne rezerwacje i sloty czasowe. Można było po prostu przyjechać, zaparkować i ruszyć na szlak. A skoro już jesteśmy przy turystach – chyba z połowa mijanych osób mówiła po polsku! Madera momentami przypominała nam więc bardziej popularny polski szlak niż odległą portugalską wyspę.
Idąc wzdłuż levady, podziwialiśmy wysokie, strome zbocza z tarasami uprawnymi. Madera słynie z takiego sposobu zagospodarowania górskich stoków i trzeba przyznać, że wygląda to naprawdę niezwykle. Kolejne poletka, ułożone kaskadowo na zboczach, tworzyły bardzo oryginalny i malowniczy krajobraz.
Po drodze szlak prowadził czasem przy skalnych ścianach, miejscami porośniętych sukulentami i innymi ciekawymi roślinami. Nad brzegami lewady rosły natomiast wysokie trzciny, które swoją wysokością i wyglądem bardzo przypominały bambusy. W płynącej wodzie można było nawet wypatrzyć ryby – czyli, jak widać, lokalny kanał melioracyjny może być całkiem interesującym miejscem do obserwacji przyrody.
Na początku mieliśmy jednak pewne obawy. Trasa wydała nam się trochę… zbyt spokojna. Zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy aby na pewno czeka nas tutaj coś ciekawego. No bo ile można chodzić wzdłuż levady i patrzeć na wodę?
Okazało się, że można tu zobaczyć całkiem sporo.
W pewnym momencie weszliśmy w ciemny tunel, który od razu urozmaicił spacer. Później pojawiły się także wodospady. Ich chłodna woda spływająca ze zboczy była tego dnia prawdziwym wybawieniem, bo temperatura dawała nam się mocno we znaki. Krótka chwila przy wodospadzie i człowiek od razu odzyskiwał chęć do dalszego spaceru.
Kolejną atrakcją było zejście niżej po drabince, a następnie przejście w kierunku drugiej levady – Levada do Moinho. Trasa nadal była podobna, ale znowu nie zabrakło ciekawych miejsc. W pewnym momencie mogliśmy obserwować dość wysoki wodospad, którego woda spływała ze zbocza dokładnie w miejsce, którym przebiegała górna levada.
Czasami woda w lewadach nabierała całkiem żwawego tempa. I oczywiście człowiek zaczyna wtedy mieć różne pomysły… W naszych głowach pojawiły się nawet nowe atrakcje turystyczne, takie jak spływ w misce po lewadzie. Na szczęście skończyło się tylko na pomyśle i nikt nie musiał sprawdzać, czy portugalska służba ratunkowa jest przygotowana na taką formę turystyki.
Levada do Moinho i Levada Nova okazały się więc bardzo przyjemną odmianą po naszych wcześniejszych, znacznie bardziej wymagających wędrówkach. To trasa dla osób, które chcą spokojnie pospacerować, nacieszyć się zielenią, wodą i maderskimi krajobrazami, ale również świetny pomysł na dzień odpoczynku po intensywnym zdobywaniu gór.
Bo przecież nie każda wyprawa musi kończyć się zdobyciem szczytu, walką z przewyższeniem i pytaniem „ile jeszcze?”. Czasami największą przyjemność daje zwyczajny, niespieszny spacer w pięknym otoczeniu.
A po naszych wcześniejszych górskich przygodach taki spacer był nam zdecydowanie potrzebny.
Przebieg szlaku:
- Lombada da Ponta do Sol
- Vereda de ligação (ścieżka łącząca obie lewady)
- powrot innym szlakiem do Lombada da Ponta do Sol
Levada do Moinho i Levada Nova – informacje praktyczne
📍 Start: Lombada da Ponta do Sol, przy kościele Igreja da Lombada.
🅿️ Parking: w okolicy kościoła można znaleźć miejsca parkingowe, choć przy większym ruchu może być z nimi różnie.
🥾 Trasa: Levada Nova → przejście na Levada do Moinho → powrót w kierunku Lombady.
📏 Długość: około 9 km.
⏱️ Czas przejścia: około 4 godziny, spokojnym tempem i z przerwami na zdjęcia.
⛰️ Trudność: łatwa do umiarkowanej, ale nie jest to trasa dla osób z lękiem wysokości. Na Levada Nova występują wąskie odcinki i miejsca bez zabezpieczeń.
💧 Atrakcje: wodospady, tunele, zielone zbocza, tarasy uprawne oraz widoki na dolinę Ponta do Sol.
🎟️ Rezerwacja: trasa nie jest jednym z płatnych szlaków PR wymagających rezerwacji slotu.
💡 Warto mieć: dobre buty, wodę, nakrycie głowy, krem z filtrem i latarkę/czołówkę do tunelu.
Uwaga: mimo że trasa jest spokojniejsza i znacznie mniej wymagająca niż nasze górskie wędrówki, Levada Nova miejscami prowadzi wysoko nad doliną i nie wszędzie ma barierki. Warto więc zachować ostrożność, szczególnie przy mijaniu innych osób. Oficjalna strona turystyczna Madery również zwraca uwagę na charakter i trudniejsze technicznie fragmenty obu lewad.
Levada do Moinho i Levada Nova to dwa kanały irygacyjne w rejonie Ponta do Sol, położone na różnych wysokościach i połączone ścieżkami prowadzącymi zboczami doliny. Levady są częścią charakterystycznego dla Madery systemu kanałów doprowadzających wodę do terenów rolniczych.
Levada do Moinho, nazywana również Levada Grande, zawdzięcza swoją nazwę młynom wodnym, które dawniej były zasilane jej wodami. Wzdłuż trasy zachowały się pozostałości niektórych z nich.
Levada Nova biegnie wyżej nad doliną i oferuje widoki na górskie zbocza oraz charakterystyczne dla Madery tarasy uprawne. W połączeniu z Levada do Moinho tworzy popularną trasę w okolicy Lombada da Ponta do Sol.
Lewady są jednym z najbardziej charakterystycznych elementów krajobrazu Madery – oprócz swojej funkcji użytkowej stały się również popularnymi trasami spacerowymi i turystycznymi.
Pico Grande – górski szlak taki, jaki lubimy: dziki, naturalny i bez tłumów
Kolejny dzień na Maderze i… w planach oczywiście nie było odpoczynku. Prognozy pogody nadal pozostawały nieubłagane – kolejny dzień upłynął pod znakiem pełnego słońca i wysokich temperatur. Ale przecież nie po to przylatuje się na Maderę, żeby siedzieć w cieniu. Góry czekały, a my uwielbiamy po nich chodzić.
Z samego rana podjechaliśmy do Fajã Escura – punktu położonego na wysokości ponad 600 m n.p.m., skąd rozpoczyna się jedna z ciekawszych tras w kierunku szczytu Pico Grande Szlak oferuje piękne widoki na Dolinę Zakonnic i charakterystyczny krajobraz centralnego masywu Madery.
Tym razem nie musieliśmy rezerwować żadnego slotu czasowego. Obowiązują one na niektórych najpopularniejszych szlakach Madery, natomiast tutaj mogliśmy po prostu założyć plecaki i ruszyć przed siebie.
Już od pierwszych metrów wiedzieliśmy, że to będzie zupełnie inna wędrówka niż ta na Pico Ruivo. Nie było szerokich, przygotowanych ścieżek ani udogodnień dla tłumów turystów. Szlak prowadził dziką, wąską ścieżką przez las i zarośla. Od razu poczuliśmy, że to właśnie taki teren lubimy najbardziej – bardziej naturalny, mniej „ucywilizowany” i dający poczucie prawdziwej górskiej przygody.
Las, przez który wędrowaliśmy, to część słynnej laurisilvy, czyli lasu wawrzynowego. To jeden z najlepiej zachowanych lasów tego typu na świecie, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Rosną tu gatunki roślin, które przetrwały jeszcze z czasów trzeciorzędu. Spacerując wśród starych wawrzynów, mchów i paproci, można odnieść wrażenie, że czas płynie tutaj znacznie wolniej.
Trasa przez długi czas prowadziła trawersem zbocza. Od początku było stromo, ale trudno się temu dziwić – na dystansie zaledwie około 4 kilometrów do szczytu mieliśmy pokonać ponad 1000 metrów przewyższenia. Taka wędrówka potrafi dać w nogi.
Podłoże było bardzo zróżnicowane. Najczęściej piaszczysto-kamieniste, miejscami pojawiały się schody wykute w terenie. Im wyżej, tym robiło się bardziej stromo, a suchy piasek często uciekał spod butów. Susza dawała się we znaki – kurz unosił się przy każdym kroku. Ale przecież jesteśmy Kurzopędy.
Po drodze towarzyszyła nam dzika przyroda. Wiele roślin było już po okresie kwitnienia, ale wciąż zachwycały swoją różnorodnością. Wąskie ścieżki momentami niemal znikały wśród bujnej roślinności. Jeżyny i inne kolczaste krzewy skutecznie przypominały nam, że krótkie spodenki nie zawsze są najlepszym wyborem. Nasze nogi szybko zebrały kilka pamiątek z tej wyprawy. Jeśli planujecie tę trasę, dłuższe spodnie lub wysokie skarpety naprawdę mogą się przydać.
Co jakiś czas drzewa rozsuwały się, odsłaniając piękne widoki na okoliczne szczyty oraz Dolinę Zakonnic (Curral das Freiras), ukrytą głęboko pomiędzy górami. Według przekazów właśnie tutaj w XVI wieku schroniły się zakonnice z klasztoru Santa Clara, uciekając przed pirackim atakiem na Funchal. W 1566 roku Curral das Freiras stało się dla nich bezpiecznym schronieniem, ponieważ głęboka dolina była ukryta pomiędzy górami i niewidoczna od strony morza.
Trudno porównywać tę trasę z wejściem na Pico Ruivo. To dwa zupełnie różne szlaki. Jeden zachwyca świetnym przygotowaniem i spektakularnymi panoramami, drugi daje poczucie obcowania z bardziej dziką i surową naturą. Naszym zdaniem oba warto przejść, bo każdy pokazuje zupełnie inne oblicze Madery.
Podejście, mimo dużego przewyższenia, było całkiem przyjemne. Przez większą część czasu szliśmy w półcieniu, dzięki czemu upał nie dawał się jeszcze tak bardzo we znaki. Niestety powrót okazał się zupełnie inną historią. Miejsca, które rano dawały odrobinę cienia, po południu były już wystawione na pełne słońce. I wtedy naprawdę poczuliśmy, co oznacza górska patelnia.
Około kilometra przed szczytem teren zrobił się jeszcze bardziej wymagający. Pojawiły się strome podejścia, wykute stopnie oraz stalowe liny ułatwiające wspinaczkę. Samo wejście na wierzchołek prowadziło po stromych skałach z asekuracją linową. Technicznie był to najtrudniejszy fragment całej trasy i zdecydowanie nie polecalibyśmy go osobom z lękiem wysokości. Na szczęście odcinek ten jest dość krótki.
Po chwili stanęliśmy na szczycie Pico Grande, wznoszącym się na około 1654 m n.p.m. ( W wielu źródłach można spotkać inną wysokość). To jeden z charakterystycznych szczytów centralnych gór Madery. Ze szczytu otwiera się szeroka panorama na górzyste wnętrze wyspy, w tym na okolice Curral das Freiras i inne wysokie partie masywu centralnego. I wtedy człowiek przez chwilę zapomina, ile potu kosztowało go dotarcie na górę.
Potem przyszła pora na zejście. A ono wcale nie było łatwiejsze od podejścia. Nadal trzeba było uważać na osuwający się piasek i kamienie, które potrafiły niespodziewanie ruszyć się spod nóg.
Po drodze minęliśmy odbicie na Pico do Jorge. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie dorzucić sobie jeszcze tej góry. To około 3 kilometrów w jedną stronę, a szlak jest znacznie rzadziej uczęszczany i miejscami mocno zarośnięty.
Rozsądek jednak zwyciężył.
W tamtym momencie wydawało nam się, że jeszcze dalibyśmy radę. Jednak dalsza część zejścia szybko pokazała, że była to bardzo dobra decyzja. Czasem naprawdę warto mierzyć siły na zamiary.
Palące słońce skutecznie odbierało nam energię. Ja wyjątkowo źle znoszę upały i tego dnia szło mi się naprawdę ciężko. To był już trzeci dzień intensywnych wędrówek w pełnym słońcu i czuliśmy, że nasze organizmy zaczynają mówić: „Na dziś wystarczy!”
Gdy dotarliśmy z powrotem na parking, pierwsze kroki skierowaliśmy do niewielkiego baru. Zimne, bezalkoholowe piwo smakowało wtedy chyba lepiej niż niejeden napój izotoniczny. Trzeba było uzupełnić płyny i choć trochę się schłodzić.
Później pojechaliśmy do restauracji spróbować lokalnych potraw z kasztanów jadalnych. Okolice Curral das Freiras słyną z kasztanów, które są ważnym elementem miejscowej kuchni. Można je spotkać w zupach, daniach głównych, deserach, a nawet w lokalnych trunkach. Oficjalne materiały turystyczne Madery również wskazują kasztany jako jedną z lokalnych specjalności Curral das Freiras.
Na zakończenie dnia zajechaliśmy jeszcze na czarną, kamienistą plażę Praia Formosa w Funchal, gdzie wreszcie mogliśmy zanurzyć się w chłodnym Oceanie Atlantyckim. Po całym dniu spędzonym na rozgrzanych szlakach była to najlepsza możliwa regeneracja.
Choć ta wędrówka dała nam solidnie w kość, wracaliśmy bardzo zadowoleni. Ogromnym plusem było również to, że na naszej trasie nie spotkaliśmy wielu turystów. Większość wybiera krótsze wejście z innej strony. My natomiast mogliśmy cieszyć się spokojem, ciszą i górami w ich najbardziej naturalnym wydaniu.
I właśnie za takie szlaki też lubimy Maderę. Nie zawsze są najłatwiejsze, nie zawsze prowadzą po równych schodkach i nie zawsze pozwalają wrócić z czystymi nogami. Ale to właśnie one zostają w pamięci najdłużej.
Przebieg szlaku:
Fajã Escura
Pico Grande
- powrót tym samym szlakiem
Pico Grande to jeden z najbardziej charakterystycznych szczytów centralnej części Madery. Leży w obrębie Centralnego Masywu Górskiego Madery (Maciço Montanhoso Central), nad głęboką doliną Curral das Freiras, czyli Doliną Zakonnic.
Jego skalisty wierzchołek jest dobrze widoczny z wielu miejsc w centralnej części wyspy. Ze szczytu rozciąga się szeroka panorama na górzyste wnętrze Madery, w tym na charakterystyczne szczyty i głębokie doliny.
Pico Grande nie należy do najwyższych punktów Madery, ale dzięki swojemu położeniu i charakterystycznej sylwetce jest jednym z najbardziej interesujących celów górskich na wyspie.
Pico Grande – informacje praktyczne
📍 Start i koniec trasy: Fajã Escura.
📍 Cel: Pico Grande – 1654 m n.p.m.
🔄 Trasa: tam i z powrotem tą samą drogą.
📏 Dystans: około 10 km.
⬆️ Przewyższenie: około 1000 m.
⏱️ Czas przejścia: około 5 godzin, zależnie od tempa i przerw.
🥾 Trudność: średnio trudna
🚗 Dojazd: samochodem do Fajã Escura, gdzie w znajduje się miejsce do zaparkowania na ulicy.
🎟️ Slot: na tę trasę nie jest wymagana rezerwacja godzinowa.
💡 Warto wiedzieć:
To zdecydowanie trasa dla osób, które mają już doświadczenie w górskich wędrówkach. Nie jest bardzo długa, ale jej trudność wynika przede wszystkim z dużego przewyższenia, stromych podejść i miejscami wymagającego podłoża. Na końcowym odcinku przed szczytem znajdują się strome fragmenty skalne oraz liny pomagające w podejściu.
W suchych warunkach piasek i drobne kamienie mogą uciekać spod butów, dlatego szczególnie podczas zejścia trzeba zachować ostrożność. Przydadzą się dobre buty trekkingowe, kijki, zapas wody, nakrycie głowy i ochrona przeciwsłoneczna.
Warto również pamiętać, że pogoda w górach Madery potrafi zmienić się bardzo szybko. Przy dobrej widoczności ze szlaku można podziwiać m.in. Curral das Freiras – Dolinę Zakonnic, a ze szczytu rozciąga się szeroka panorama gór Madery.
Uwaga: przed wyjściem warto sprawdzić aktualny status szlaku i warunki pogodowe. Górskie trasy Madery mogą być czasowo zamykane ze względów bezpieczeństwa.
Co zobaczyliśmy – najciekawsze atrakcje w Funchal
6.08.2026
Czwarty, a właściwie piąty dzień pobytu na Maderze postanowiliśmy przeznaczyć na odpoczynek. Oczywiście „odpoczynek” w naszym wydaniu nie oznaczał leżenia plackiem nad oceanem. Po prostu na jeden dzień zamieniliśmy górskie szlaki na największe atrakcje Funchal i okolic.
Już od rana podjechaliśmy na lokalne targowisko ze świeżymi owocami w pobliskiej miejscowości. To prawdziwy raj dla miłośników egzotycznych smaków. Były miniaturowe banany, najróżniejsze odmiany marakui, pitaje, papaje i wiele owoców, których nazw nawet nie potrafiliśmy wymówić. Kupiliśmy również owoc monstery (ananaso-banan), ale na jego degustację musieliśmy jeszcze trochę cierpliwie poczekać, aż dojrzeje. Kiedy już nadszedł ten moment, zjedliśmy go w domu i jeszcze przez chwilę mogliśmy poczuć smak Madery.
Rejs po oceanie – delfiny zrobiły show
Z targowiska pojechaliśmy prosto do mariny w Funchal. Rejsu nie rezerwowaliśmy wcześniej – bez problemu kupiliśmy bilety na miejscu. Do wyboru mieliśmy szybki ponton motorowy albo katamaran. Wybór padł na katamaran, bo właśnie za chwilę wypływał.
Wybraliśmy opcję z gwarancją drugiego rejsu w cenie, gdyby tego dnia nie udało się zobaczyć morskich zwierząt. W razie czego moglibyśmy wykorzystać go w dniu naszego wylotu do Polski. Rejs kosztował 40 euro za osobę, trwał 3 godziny i zdecydowanie był wart swojej ceny.
Przez dłuższą chwilę płynęliśmy wzdłuż wybrzeża, podziwiając strome klify, kolorowe zabudowania Funchal oraz… spokojny Ocean Atlantycki.
Nagle jednostka na pokładzie zwolniła i po chwili wokół nas zaczęły pojawiać się delfiny. Wypływały z różnych stron, wynurzały się na powierzchnię i co chwilę znikały pod wodą. Co prawda nie podpływały tuż przy burcie, ale i tak urządziły nam piękny spektakl. Moglibyśmy patrzeć na nie bez końca. Trochę szkoda, że tym razem nie udało się zobaczyć wieloryba, ale i tak było to niesamowite przeżycie. W końcu po raz pierwszy oglądaliśmy delfiny na wolności.
Później załoga zatrzymała katamaran w miejscu, gdzie można było wykąpać się w oceanie. Krzysiek oczywiście długo się nie zastanawiał i wskoczył do wody. Dla niego była to świetna atrakcja, bo uwielbia pływać. Ja natomiast ograniczyłam się do kibicowania z pokładu. Każdy ma swoje talenty.
Po upływie trzech godzin wróciliśmy do mariny i ruszyliśmy na kolejną atrakcję.
Kolejką gondolową do tropikalnego ogrodu
Spacerem dotarliśmy do kolejki gondolowej prowadzącej do dzielnicy Monte. Celowo kupiliśmy bilety tylko w jedną stronę (koszt 16 euro), bo powrót mieliśmy już zaplanowany zupełnie inaczej.
Powolny wjazd był sam w sobie atrakcją. Im wyżej się znajdowaliśmy, tym piękniejszy stawał się widok na czerwone dachy Funchal, błękit oceanu i statki zacumowane w porcie.
Najzabawniejsze było jednak to, że zaraz po wyjściu z wagonika czekały już na nas wydrukowane zdjęcia. Fotografowie robią je wszystkim pasażerom tuż przed odjazdem kolejki. Sprytny sposób na pamiątkę… i na opróżnienie portfela.
Kilka kroków dalej znajduje się Monte Palace Tropical Garden, czyli jeden z najpiękniejszych ogrodów na Maderze. Spacerowaliśmy wśród egzotycznych roślin, stawów z rybami koi i orientalnych zakątków. Zajrzeliśmy również do galerii z charakterystycznymi portugalskimi płytkami azulejos oraz do ekspozycji minerałów i kamieni szlachetnych. Z zewnątrz wyglądały całkiem niepozornie, ale po przecięciu mieniły się tysiącami kryształków i to w rozmaitych kolorach. Natura naprawdę potrafi zaskakiwać.
Największymi gwiazdami ogrodu okazały się jednak flamingi. Z ogromną gracją spacerowały przed turystami, pozowały do zdjęć, a od czasu do czasu wdawały się w małe sprzeczki i podskubywały nawzajem. Nawet one potrafią mieć gorszy dzień.
Saneczkami… po asfalcie
Po spokojnym spacerze przyszła pora na powrót. Mogliśmy zejść pieszo, zamówić taksówkę albo wybrać najbardziej charakterystyczną atrakcję Funchal – zjazd wiklinowymi saniami po ulicach miasta.
Nie trzeba było nam dwa razy proponować.
To tradycja sięgająca XIX wieku. Dawniej mieszkańcy Monte wykorzystywali wiklinowe sanie jako szybki środek transportu do centrum Funchal. Dzisiaj jest to jedna z największych atrakcji turystycznych wyspy. Sanie poruszają się na drewnianych płozach, a steruje nimi dwóch ubranych na biało „carreiros”, którzy kierują pojazdem i hamują specjalnymi gumowymi podeszwami swoich butów.
Zjazd trwa około 10 minut, ma blisko 2 kilometry długości, a koszt przejazdu wynosi (27,5-45 euro).
Choć przejazdy odbywały się do godziny 18.00, bilety przestawano sprzedawać znacznie wcześniej. My kupiliśmy je około 15.30, ale i tak na swoją kolej czekaliśmy ponad godzinę.
Gdy w końcu usiedliśmy w saniach, emocje szybko wynagrodziły czas oczekiwania. Dwóch panów sprawnie prowadziło nas w dół. Na bardziej stromych odcinkach wskakiwali na płozy i razem z saniami sunęli po asfalcie. Przy ostrzejszych zakrętach miałam wrażenie, że za chwilę wylądujemy w rowie albo na czyimś podjeździe. Podejrzewam jednak, że była to część całego przedstawienia, bo wszyscy pasażerowie reagowali dokładnie tak samo.
Asfalt na trasie był wyślizgany od tysięcy przejazdów, więc sanie sunęły naprawdę płynnie. Po drodze robiono nam zdjęcia, a na końcu można było kupić gotowy album z pamiątkowymi fotografiami za 10 euro. Trzeba przyznać – wszystko mieli świetnie zorganizowane.
Po tej nietypowej przejażdżce zeszliśmy jeszcze kawałek w stronę mariny i zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji. Krzysiek spróbował jednego z najbardziej charakterystycznych dań Madery – pałasza z bananem. Brzmi nietypowo, ale stwierdził, że było naprawdę pyszne. Ja wybrałam smoothie owocowe.
W drodze na parking planowałam jeszcze odwiedzić budkę z wegańskimi daniami na promenadzie. Niestety spotkał mnie mały zawód – około 18.00 była już zamknięta. Pozostało więc odwiedzić Pingo Doce, czyli portugalski odpowiednik naszej Biedronki. Liczyłam na jakiś gotowy wegański posiłek, ale wybór okazał się bardzo skromny. Na półkach czekały głównie wegańskie kiełbaski (niesmaczne) i tofu.
Gotowania na urlopie zdecydowanie nie miałam w planach. Życie jednak zweryfikowało moje ambitne założenia i wieczorem smażyłam tofu oraz przygotowywałam surówkę. Cóż… przynajmniej kolacja była zdrowa.
Po dniu pełnym wrażeń wróciliśmy do naszego noclegu. Pozostało przygotować się do kolejnej przygody i położyć się spać, bo następny dzień zapowiadał się równie intensywnie.
Podsumowanie
Za nami kolejne maderskie przygody – było trochę adrenaliny na skalistych ścieżkach, trochę spokojniejszego wędrowania wśród zieleni, a przede wszystkim mnóstwo pięknych widoków. Były miejsca, gdzie Madera pokazała swoje surowe, oceaniczne oblicze, były spokojniejsze chwile przy lewadach i bardziej wymagająca górska wędrówka. A na koniec przyszedł czas na Funchal – trochę miejskiego klimatu, egzotyki i fantastycznej zabawy, które pozwoliły odpocząć od górskich kilometrów.
Każde z tych miejsc miało zupełnie inny charakter, ale razem stworzyły kolejną porcję naszej maderskiej historii.
Co dalej?
A przed nami jeszcze ostatnia część szlakowej przygody na Maderze (niebawem). Czekają na Was: las wawrzynowy, kolejna lewada i słynne 25 Fontes. Będzie zielono, trochę tajemniczo i oczywiście pięknie!
Do zobaczenia na ostatnich maderskich szlakach!
Nie przegap żadnych relacji!
🔗 Wskakuj do nas na FacebookaZobacz wersję ruchomą naszej wędrówki
Skróry:
Całe filmy:
Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.
Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.
👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.


















































































































