ZIMOWY KURS TURYSTYKI WYSOKOGÓRSKIEJ

Lekcje górskich przygód - zimowy kurs turystyki wysokogórskiej I stopnia

Zima w górach – a szczególnie w Tatrach – wciągnęła nas tak mocno, że postanowiliśmy zdobyć solidną dawkę praktyki i wiedzy w temacie bezpiecznych wędrówek po śniegu. Zapisaliśmy się więc ze znajomymi na zimowy kurs turystyki wysokogórskiej I stopnia.

Gdy nadszedł czas kursu, zaparkowaliśmy samochód na parkingu w okolicach Kuźnic, który miał na nas cierpliwie poczekać kilka dni – bo kurs trwał aż cztery dni. Wcześniej dostaliśmy pełną instrukcję i listę niezbędnego sprzętu. Część mieliśmy, część trzeba było dokupić – a że jesteśmy ambitni, wzięliśmy wszystko, co mogło się przydać.

Przygotowaliśmy się więc z plecakami niczym himalaiści: jeden gigantyczny 60–70 L na odzież, buty i prowiant, oraz mały 30–35 L przytwierdzony do dużego, który miał przydać się na szkolenie. Dodatkowe kilogramy dołożyły śpiwory, kaski i czekany. Wyruszyliśmy na szlak z Kuźnic do Betlejemki na Hali Gąsienicowej – Centralny Ośrodek Szkolenia Polskiego Związku Alpinizmu https://betlejemka.pl/.

Ponieważ luty to miesiąc krótkich dni do Betlejemki dotarliśmy już po ciemku, z latarkami na czapkach. Plecaki były bardzo ciężkie, a ja  przecież zrezygnowałam z kufra pełnego kolorowych kosmetyków.  Podejścia pod górę ciągnęły się niemiłosiernie. Na niższych partiach śniegu było niewiele, więc zastanawialiśmy się, co czeka nas wyżej. Im wyżej, tym krajobraz robił się coraz bardziej biały.

Kurs mógł się odbyć tylko wtedy, gdy warunki atmosferyczne i zagrożenie lawinowe były odpowiednie.. Na szczęście w naszym terminie wszystko sprzyjało i mogliśmy realizować nasze założenia. Fantastycznie!

Dotarliśmy do Betlejemki skromnego miejsca noclegowego, skąd codziennie ruszaliśmy na zajęcia praktyczne. Bo wszystko, czego się dowiedzieliśmy teoretycznie, trzeba było od razu wykorzystać w praktyce. Ulokowaliśmy się w „specjalnym apartamencie” na stryszku. Wejście było nieco niewygodne – po drabince – ale cóż tam dla tych, którzy pną się po klamrach, drabinkach i łańcuchach w górach. Pomieszczenie miało swoje zalety: cała nasza sześcioosobowa ekipa kursantów mieszkała razem, więc było kameralnie i nie tak duszno, jak w głównej sali, gdzie spało około 20 osób.

Wieczorem odpoczęliśmy, szybko poszliśmy spać, żeby rano ruszyć na pierwszy dzień kursu.

Hamowanie czekanem i bezpieczeństwo lawinowe w praktyce

7.02.2025

Hamowanie czekanem
Hamowanie czekanem

Pierwszy dzień szkolenia.  Na start dostaliśmy (oczywiście tylko na czas kursu) lawinowe ABC: detektor, sondę i składną łopatę. Wszystko to zapakowaliśmy w mniejsze plecaki, które – poza tym – musiały pomieścić jeszcze apteczkę, coś do picia i jakąś przekąskę (bo wiadomo, bez czekolady w góry ani rusz).

Wyruszyliśmy z Betlejemki w stronę dolnej stacji kolejki na Hali Gąsienicowej.Nasza instruktorka Aśka znalazła odpowiednią „góreczkę”, na której rozpoczęła się nauka chodzenia w rakach. My już w rakach wcześniej chodziliśmy, ale w programie trzeba było doszlifować umiejętności. Szybko okazało się, że raki mają charakter i trzeba się ich nauczyć tak samo jak nowego tańca – z tym, że tutaj nie ma podpierania się partnerem, tylko czekanem.

Potem przeszliśmy do tematu numer dwa: hamowanie czekanem w różnych wariantach, w zależności od tego, jak ktoś zjechał po śniegu. Różnie nam to wychodziło… powiedzmy, że częściej wyglądało to jak nieudane ślizgi w łyżwiarstwie figurowym. Kolana każdy miał poobijane, a instruktorka nie szczędziła nam uwag w stylu: „Kutku puszysty, nie robisz pirueta, bo sobie flaki wyprujesz!

Śmiechu było sporo, ale lekcja naprawdę dała nam do myślenia.

Po tych atrakcjach wróciliśmy bliżej Betlejemki i znaleźliśmy odpowiednie miejsce do nauki bezpieczeństwa lawinowego. Najpierw teoria, a potem praktyka: czyli szukanie „porwanego turysty” w lawinie. I tu sprawa była poważna – każdy, kto zimą rusza w góry, powinien mieć ze sobą sprawny, naładowany detektor. Sprzęt nie jest tani, ale na szczęście można go wypożyczyć, jeśli góry zimą to dla nas raczej okazjonalna przygoda.

Po szkoleniu w terenie czekała nas jeszcze jedna lekcja – zajęcia z uprzężami i wiązaniami. Półwyblinki, wyblinki i inne cuda, które na początku brzmią jak nazwy owoców egzotycznych, a w praktyce są zestawem węzłów mogących uratować życie. Każdy dostał komplet: uprząż, karabińczyki i taśmy – wszystko to mieliśmy wykorzystać kolejnego dnia.

Wieczorem padliśmy jak muchy, ale z poczuciem, że pierwsze koty za płoty. No i że piruety na śniegu to jednak nie jest dyscyplina olimpijska.

W linie połączeni – nasze pierwsze kroki w asekuracji lotnej

8.02.2025

Drugi dzień szkolenia zaczął się z dodatkowym „bagażem szczęścia”: lina, uprzęże i cała sterta żelastwa dodatkowo wylądowała w naszych plecakach. Z takim zestawem ruszyliśmy w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Tam, na małym zlodowaciałym wzniesieniu, instruktorka  pokazała nam, jak poruszać się po lodzie, używając raków i czekana. Podkreślała, że chodzimy nie jak baletnica. i to już wystarczyło, żeby kilku osobom odechciało się wymyślać piruety. Potem zaczęła się prawdziwa zabawa: strome i kamieniste podejścia, a my w zespole trzyosobowym związani liną – czyli tak zwana asekuracja lotna. Szybkie poruszanie się w górach, zakładanie i zdejmowanie punktów asekuracyjnych, przepinanie karabińczyków… W teorii brzmi fajnie, w praktyce – to szkoła odpowiedzialności, zaufania i cierpliwości.

Dla mnie hardcorowy moment przyszedł przy podejściu na wysoki kamień. Brak punktów oparcia dla raków, skała tylko lekko oprószona śniegiem i jedna marna kilkucentymetrowa , płytka zmarzlina na górze. W głowie miałam: „To nie możliwe, nie wejdę!” – ale w zespole szłam w środku, wszyscy polegali też i na mnie, więc odwrotu nie było. Wbiłam czekan w ten mały skrawek lodu, podciągnęłam się kolanami (bo stopy nie miały co robić) i… udało się! Czekan zadziałał jak magiczna różdżka, a lód – na moje szczęście – nie puścił.

Triumf jednak trwał krótko, bo w emocjach zapomniałam przepiąć się powyżej punktu asekuracyjnego. Efekt? Zastopowałam jak komputer po błędzie systemu. Mała panika, a potem decyzja: trzeba zejść. Schodzenie okazało się jeszcze gorsze, bo nic nie widziałam pod skałą. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale jakoś się udało. Przepięłam karabińczyk i… powtórka z rozrywki, ponownie w górę. Druga próba zakończyła się sukcesem, bo miałam wieksze zaufanie do czekana. Tym razem stanęłam ponad skałą, dumna jakby właśnie zdobyła Everest.

Czarny Staw Gąsienicowy

W dalszej części trasy w asekuracji nie brakowało mniejszych stresów, ale to właśnie ten moment zapamiętam do końca życia.

Potem przenieśliśmy się na zamarznięty staw (lodowa pokrywa była gruba, więc spokojnie – ale uwaga dla czytelników: lód może być cienki, lepiej nie ryzykować, nie polecamy). Tam sprawdzaliśmy, jak człowiek chodzi we mgle. Zadanie: z zamkniętymi oczami przejść do wyznaczonego punktu. Efekt? Nikt nie szedł prosto – każdy skręcał jakby nasze wewnętrzne kompasy straciły kalibrację. Po dłuższym marszu można by było wrócić do miejsca startu i nawet się nie zorientować. To nie żart – takie historie naprawdę się zdarzają.

Na koniec lekcji w terenie mieliśmy jeszcze zaplanowaną naukę budowy śnieżnej jamy – takiej na przetrwanie w awaryjnej sytuacji. Niestety, śnieg nie nadawał się do lepienia, więc zamiast praktyki dostaliśmy wersję ustną – czyli instruktaż na podstawie jamy zbudowanej wcześniej przez innych kursantów.

Po ćwiczeniach wróciliśmy do noclegowni, a wieczorem czekała nas kolejna lekcja – tym razem z papierową mapą i busolą. Uczyliśmy się wytyczania azymutu, czyli wszystkiego, co przyda się w sytuacji problemów z nawigacją w aplikacjach czy w przypadku złej pogody, która uniemożliwia swobodne poruszanie się po terenie. W takich momentach umiejętność korzystania z mapy i kompasu jest na wagę złota – przydałoby się to chociażby na Babiej Górze, podczas naszej wcześniejszej przygody, kiedy mgła skutecznie ograniczyła widoczność.

Dzięki temu wieczorowi czuliśmy się nieco pewniej, wiedząc, że nawet jeśli nowoczesne technologie zawiodą, potrafimy znaleźć drogę samodzielnie.

Dodatkowo instruktorka, w dość obrazowy sposób, z pomocą śmiałka Krzyska, pokazała nam, jak zabezpieczyć się przed mrozem w razie kontuzji lub sytuacji, gdy nie możemy samodzielnie zejść z gór i musimy czekać na pomoc.

I tak zakończył się nasz drugi dzień: z kolanami trochę bardziej obitymi, głowami pełnymi wiedzy i jeszcze większym respektem do czekana, który – jak się okazuje – potrafi zdziałać cuda.

Raki i czekan w praktyce i budowanie stanowiska asekuracyjnego

9.02.2025

Trzeci dzień przywitał nas bajecznie piękną pogodą. Jak się okazało, aura rozpieszczała nas codziennie. Tym razem z pełnym ekwipunkiem (tak, liny też się znalazły w plecakach) ruszyliśmy w okolice Kościelca.

Po drodze dostaliśmy solidną dawkę wiedzy: o zejściach lawinowych, o tym, kiedy można iść w góry, czego unikać, czy korzystać ze stoków południowych, czy północnych. Uczyliśmy się też wsłuchiwania w naturę, by wyczuć zagrożenie lawinowe. Najważniejsza zasada brzmiała jednak prosto: iść gęsiego, w odpowiednich odstępach i – uwaga – w ciszy. To nie miał być spacer z pogadanką, tylko skupiona, uważna wędrówka.

Wykorzystaliśmy świetne warunki i podeszliśmy na Kościeliską Przełęcz. Każdy szedł osobno, z rakami i czekanem w ręku, poza szlakiem – zimą bowiem wytycza się własne ścieżki zamiast podążać letnimi trasami. Śniegu było sporo, ale czasem pod czekanem dawało się wyczuć skałki. Podejście prowadziło częściowo trawersem, czyli zygzakiem. Było stromo i męcząco, a ja – jak to zwykle bywa – zostawałam trochę w tyle.

Instruktorka szybko przypomniała, że tempo wyznacza najsłabsze ogniwo (czyli ja). W efekcie wylądowałam na samym przedzie. Niby fajnie być liderką, ale podświadomie starałam się nie spowalniać grupy – więc gnałam, ile sił. Może nie mam sprinterskiego tempa, ale za to wytrzymałość pozwala mi iść długo. Po wielu zadyszkach i solidnej porcji potu dotarłam pierwsza na przełęcz, a za mną cała ekipa. Widoki były boskie – szczególnie na Czarny Staw Gąsienicowy.

Po odpoczynku zeszliśmy w stronę Przełęczy Karb. I tam czekała na nas niespodzianka od instruktorki: zejście z urwiska na dół przy użyciu liny. Fachowo to nazywa się zjazd z poręczówki. Sama myśl o tym uruchomiła wyobraźnię – w głowie wyglądało to dużo straszniej, niż było w rzeczywistości.

Najpierw dostaliśmy instrukcję: jak przygotować stanowisko asekuracyjne, jak przymocować linę do drzewka, jak używać taśm i odpowiednich węzłów. Potem przyszła pora na praktykę. Każdy z nas miał zejść w dół, a potem wdrapać się z powrotem, wykorzystując kilka technik pokazanych wcześniej przez instruktorkę.

Okazało się, że nie taki diabeł straszny, a zejście – choć stresujące i z błędami– było całkiem wykonalne. Po ćwiczeniach wróciliśmy do Betlejemki. Wieczorem czekała nas jeszcze lekcja planowania wyprawy. I tu niespodzianka – dotyczyła nie tylko górskich wędrówek, ale w ogóle wszelkich wyjazdów. Wniosek? Planować warto zawsze, nie tylko wtedy, gdy w grę wchodzi lawina.

I tak zakończył się trzeci dzień kursu – z głową pełną wiedzy, sercem pełnym emocji i poczuciem, że lina to naprawdę dobra przyjaciółka w górach.

Budowanie stanowisk asekuracyjnych ze śniegu i czekanów

10.02.205

I nadszedł ostatni dzień naszego kursu – a my już niemal tonęliśmy w wiedzy teoretycznej i praktycznej. Tego dnia kontynuowaliśmy budowanie stanowisk asekuracyjnych, tym razem przy pomocy śniegu i czekanów. Instruktorka pokazała kilka sprytnych sposobów, jak bezpiecznie zejść, gdy nie ma niczego, do czego można przytwierdzić linę. Wystarczyły: śnieg, czekany, zestaw uprzęży i lina – prostota w czystej formie! Ale trzeba było się natrudzić.

Oczywiście nie obyło się bez odpowiedniego wiązania lin i nauki wypuszczania partnerowi liny oraz schodzenia przy odpowiednim naprężeniu. Znów przypomnieliśmy sobie, że odpowiedzialność i zaufanie do partnera to nie pusty frazes. Były też błędy, wywrotki i momenty, gdy człowiek z lekkim przerażeniem spoglądał na własne ręce i stopy – ale przecież najlepiej uczymy się właśnie na cudzych i własnych wpadkach.

Chociaż szkolenie trwało kilka godzin, bez poruszania się po trasach, chłód dawał się we znaki bardziej niż na szlaku. Ale za to ile emocji i wiedzy!

Po zakończeniu zabawy na śniegu wróciliśmy do Betlejemki, zaczęliśmy pakować plecaki i szykować się do powrotu. Przed nami jeszcze zejście do Kuźnic. TTym razem szło nam nieco szybciej.Tym razem szło nam nieco szybciej. Gdy śnieg zniknął z trasy, zdjęliśmy raczki. Zostały tylko gdzieniegdzie małe płaty lodu – i to właśnie na nich przytrafiło się kilka wywrotek.

Z głową pełną wrażeń i nowych informacji wróciliśmy do domu, bogatsi o doświadczenie, które na pewno nie pójdzie w las.

Wnioski i wrażenia z kursu

I tak dobiegł końca nasz zimowy kurs w Tatrach. Oceniamy go bardzo pozytywnie – mieliśmy świetnego instruktora, dostaliśmy solidną dawkę wiedzy i praktyki, a przy tym nie brakowało śmiechu, wywrotek i adrenaliny.

Ale uwaga! Aby naprawdę wykorzystać tę wiedzę w razie potrzeby (oby nigdy nie!), trzeba chodzić zimą po szlakach, ćwiczyć wszystko jeszcze i jeszcze raz… i nie zapominać o bardzo istotnej sprawie: zagrożeniu lawinowym. Kocham zimową aurę w wysokich górach, ale myśl o spadającej lawinie i jej bezlitosnej sile przyprawia mnie o dreszcze.

Na koniec kursu otrzymaliśmy zasłużony certyfikat ukończenia – pamiątka na całe życie. Podczas powrotu z Zakopanego do Poznania mieliśmy czas na wspominki, przemyślenia i planowanie przyszłych przygód. A żeby podróż minęła wesoło, wymyśliliśmy wspólnie piosenkę-wierszyk, który w skrócie streszcza wszystko, czego się nauczyliśmy:


Posłuchaj, turysto niedzielno-górowy:
Chcesz chodzić po górach – zrób kurs zimowy.
Przyjeżdżaj w Tatry do Betlejemki,
w Kuźnicach wysiadaj ze swej Beemki.

Zakładaj raczki i plecak ciężki,
dojdź do „szałasu”, nie dopuść do klęski.
Jak braknie ci miejsca do leżakowania,
na stryszku jest cała podłoga do spania.

W odstępach i ciszy przemierzaj szlaki,
słuchaj! Bo zima daje ci znaki,
inaczej lawina wypruje ci flaki.

…szpejarka… szpejarka…
tak na nią wołają ci, co po górach się szlajają.
Choć karabinki przy pasie mamy,
to strzelać z nich nie zamierzamy.

Jeśli na dole chcesz być cała,
zawiń wyblinkę na linie mała!
Z godnością wbij kotki czuby rakowe,
nie stawaj na palcach, bo spadniesz na głowę.

A gdy pogoda popsuje ci plany,
zrób stanowisko i zjeżdżaj ze ściany.
Gdy zgubisz drogę w okrutnej mgle,
nigdy w panice nie poddaj się.

Azymut złap z busoli swej,
pójdziemy do celu, a nie w kółko-TEJ!
Sam pan Kierownik mnie nie zhakuje,
jak po Gąsienicowej w „łańcuchach” się snuję.

Nie rób choinki ze swego plecaka,
schowaj sprzęt, bo będzie draka.
Kotki puszyste, idźcie za Aśki radą –
to piękne góry nigdy was nie zdradzą.

Podsumowanie

Kurs był wyzwaniem, świetną zabawą i lekcją odpowiedzialności. Wyposażeni w wiedzę, praktykę i dobry humor, wróciliśmy do domu z głowami pełnymi wspomnień… i pomysłów na kolejne zimowe przygody!

Co dalej?

Gotowi na majową przygodę w górach? 🌿⛰️ W kolejnym wpisie zabierzemy Was na szlak na Gorc – piękne widoki, świeże powietrze i majowa energia.

Nie przegap żadnych relacji!

🔗 Wskakuj do nas na Facebooka
🌿 Nasze relacje to opowieści, nie zachęta do podejmowania ryzyka.

Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.

Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.

👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.

2 komentarze do “Zimowy kurs turystyki wysokogórskiej”

  1. Hi there terrific website! Does running a blog similar to this take a large
    amount of work? I’ve absolutely no understanding of computer
    programming however I had been hoping to start my own blog in the near
    future. Anyway, should you have any suggestions
    or techniques for new blog owners please share.
    I understand this is off subject however I simply had to ask.
    Appreciate it!

    1. Hi! 😊
      Thank you so much for your kind words — that means a lot!

      Running a blog can take some time, especially at the beginning, but you definitely don’t need to know any programming to get started. Platforms like WordPress make everything pretty intuitive. Once you learn how to add posts, photos, and a few plugins you like, it becomes much easier (and fun!).

      My tip for new bloggers would be:

      Start simple. Don’t worry about perfection.

      Pick a theme you like and customize it step by step.

      Write regularly, even short posts — it builds confidence.

      Have fun with it, because your enthusiasm will shine through! ✨

      If you’re thinking about starting your own blog, go for it — you’ll learn everything along the way.
      Good luck and thanks again for dropping by! 😊

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego działania oraz w celach analitycznych
odrzuć
akceptuj