TATRY W MAJU

Na Tatry czekaliśmy cztery miesiące

Majowa wędrówka w Tatrach Zachodnich
default

Od ostatniego spotkania z Tatrami minęły prawie cztery miesiące – wtedy szkoliliśmy się na kursie zimowym, podczas którego uczyliśmy się poruszania w rakach, pracy z czekanem, asekuracji i bezpiecznego pokonywania ośnieżonych szlaków. Tęsknota zrobiła swoje, więc mimo napiętego kalendarza (kilka półmaratonów w Wielkopolsce) spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w góry.

Dotarliśmy tu zaledwie dwa dni po biegu i – żeby rozruszać mięśnie – dzień wcześniej zawędrowaliśmy jeszcze na szczyt Gorca w Beskidach. Bo przecież po półmaratonie najlepiej odpoczywa się… na górce, prawda? 

Krzysiek przygotował plan jak z podręcznika: trzy trasy tatrzańskie, w tym dwie dłuższe trasy i trzecia – delikatny spacerek doliną na deser. Oczywiście już pierwsza wędrówka dała nam ostro popalić, a plany Krzyśka trochę się rozsypały.

Zapraszamy do czytania naszych relacji ze szlaków – będzie trochę potu, trochę śmiechu i dużo Tatr w całej okazałości.

Drugie podejście na Łopatę i Jarząbczy Wierch


26.05.2025


Wołowiec

(2064 m n.p.m.)


Łopata

(1957 m n.p.m.)


Jarząbczy Wierch

(2137 m n.p.m.)


Kończysty wierch

(2002 m n.p.m.)


Trzydniowiański Wierch

(1758 m n.p.m.)


Szczyty z Korony Polskich tatr

PASMO: TATRY ZACHODNIE

ŁAŃCUCH: KARPATY


 

Wstaliśmy raniutko, spakowaliśmy plecaki i pojechaliśmy na parking na Siwej Polanie. Z uśmiechem i energią ruszyliśmy w kierunku Polany Chochołowskiej, dobrze znaną wszystkim asfaltową drogą. Krzysiek co jakiś czas pytał: „No i jak tam nóżki?”. No cóż… moje bolały, i to całkiem wyraźnie. Pogoda jednak rekompensowała wszelkie niedogodności – od samego rana świeciło słońce, a choć to był koniec maja, na wyższych szczytach wciąż zalegał śnieg. W głowie pojawiło się pytanie: czy i my dziś na niego trafimy? Byliśmy przygotowani – w plecakach wylądowały raki i raczki.

Krzysiek przedstawił plan: czeka nas jedenastogodzinna wyprawa granią, którą kiedyś próbowaliśmy przejść zimą. (zobacz jak to było kliknij) Wtedy mieliśmy w planach Jarząbczy Wierch i Łopatę, ale pogoda zatrzymała nas na Kończystym. Tym razem postanowiliśmy odwrócić trasę i zacząć od Wołowca.

Na trasie turystów było niewielu – w końcu to nie sezon wakacyjny – i bardzo nam to pasowało. Gdy zeszliśmy już z asfaltu, szliśmy szeroką, kamienistą drogą wzdłuż Chochołowskiego Potoku, który przez dłuższy czas towarzyszył nam jako jedyny „rozmówca”. A my, choć dopiero co przyjechaliśmy w Tatry, już zaczęliśmy snuć plany na kolejne wyprawy.

Przy schronisku na Polanie Chochołowskiej zrobiliśmy krótki odpoczynek i ruszyliśmy w stronę Wołowca. Najpierw długi odcinek przez las – męcząca, kamienista droga, na której od razu poczułam w nogach półmaraton i poprzednią wędrówkę. Humoru nie miałam najlepszego, więc zamiast narzekać, wolałam milczeć i cieszyć się widokami. Myślę, że każdy czuł podobnie, ale nikt nie chciał biadolić. Po drodze mijaliśmy znajome, charakterystyczne drzewko wyrastające ze skały – taki mały punkt orientacyjny.

Pod koniec lasu pojawiły się pierwsze płaty śniegu. Pod samym Wołowcem założyliśmy raczki, bo raki nie były potrzebne – po śniegu szło się całkiem przyjemnie. Co ciekawe, mimo że początek trasy był trudny, na rozejściu szlaków wyszło, że jesteśmy… pół godziny przed czasem. Bardzo dobra wiadomość! W górach czas, siły i pogodę trzeba kontrolować – to najlepsza gwarancja bezpiecznego powrotu.

Na szczycie Wołowca panorama otworzyła się przed nami na całe Tatry. Byliśmy już trochę wyczerpani, ale Krzysiek stwierdził, że to jest właśnie „pozytywne zmęczenie” – endorfiny działają jak darmowa kawa i nagle człowiek ma wrażenie, że może wszystko.

Dalej grań zwęziła się i zaczęło się strome zejście w kierunku Łopaty. Patrząc na tę ścieżkę, naszła nas refleksja: czy w tamtej zimowej śnieżycy w ogóle mielibyśmy szansę przejść tę grań z Kończystego? Widać los dobrze nami pokierował, zatrzymując nas wtedy niżej.

Widoki były coraz piękniejsze, a przed nami ukazały się strzeliste Rohacze, które kusiły obietnicą ekstremalnej wspinaczki. Szlak był wymagający – raz skałki, raz kamienie, raz śnieg. Szczególnie raczki zgrzytające po skale sprawiały, że aż zęby bolały. Na szczęście podejście na Łopatę prowadziło po śniegu, więc chwilowo było lżej. Krótki odpoczynek na zaśnieżonym szczycie i ruszyliśmy dalej – w stronę Jarząbczego Wierchu.

Tu czekało nas już poważniejsze podejście – 258 metrów przewyższenia. A do tego pogoda zaczęła się psuć: wiatr przybrał na sile, nisko zawisły ciemne chmury i wyglądało na to, że zaraz lunie. Ale jak mówią słowa piosenki zacytowane przez Krzyśka: „Jest cudnie, jest cudnie, więc o co Ci chodzi?”. No to krok za krokiem szliśmy dalej, czasem letnim szlakiem, czasem ścieżką po śniegu. Piargi usuwały się spod butów, więc trzeba było zachować czujność. Szczyt wydawał się ciągle daleko, ale cierpliwość popłaca – w końcu stanęliśmy na Jarząbczym.

Widoczność była już bardzo ograniczona – z jednej strony majaczyły jeszcze jakieś szczyty, z drugiej strony panowało już tylko mleko. Zejście z Jarząbczego momentami wymagało trochę gimnastyki – skałki były na tyle strome, że trzeba było pomagać sobie rękami. Dobrze, że poprzednio nie szliśmy tędy we mgle, bo to mogłoby się skończyć tragicznie. Momentami zapadaliśmy się po kolana w śniegu, chwilami schodziliśmy po mokrej trawie, na której łatwo o niekontrolowany zjazd. I nagle zaczęło też padać.

Na Kończystym znów się potwierdziło, że to szczyt, który nas ewidentnie nie lubi. Zaczęło mocno wiać, więc nie było mowy o przerwie – szybko ruszyliśmy dalej. Na szczęście Trzydniowiański Wierch przywitał nas łagodniej – mogliśmy złapać oddech i chwilę odpocząć.

Zejście na Polanę Trzydniowiańską przyniosło ulgę – deszcz ustał, a chmury zaczęły się rozchodzić. Ale samo zejście przez las było wyjątkowo mozolne: wysokie stopnie, kamienie, korzenie – istny tor przeszkód. Wszyscy, poza Krzyśkiem oczywiście, czuliśmy się kompletnie wypompowani i włączyło nam się nasze „norweskie tempo” – czyli powolne dreptanie ostatnimi siłami.

W efekcie przekroczyliśmy planowany czas wędrówki o prawie dwie godziny. Niezbyt pocieszające, ale na szczęście zmierzch dopadł nas dopiero na prostym odcinku w stronę parkingu. W końcu, na oparach energii, dotarliśmy do samochodu i wróciliśmy do naszej noclegowni.

A myśl o kolejnej długiej trasie następnego dnia wcale mnie nie kusiła – miałam ochotę raczej na dzień wolny od wędrówek. Ale Tatry mają tę dziwną moc, że człowiek szybko zapomina o bólu nóg i zaczyna planować kolejne wyjścia. 

Przebieg szlaku:

  • Parking Siwa Polana
  • Polana Huciska
  • Dolina Dudowa
  • Starorobociańska Dolina
  • Polana Trzydniówka
  • Polana Chochołowska
  • Wyżnia Dolina Chochołowska
  • Pod Wołowcem
  • Wołowiec
  • Dziurawa Przełęcz
  • Łopata (szczyt poza szlakiem)
  • Nad Niską Przełęczą
  • Jarząbczy Wierch
  • Kończysty Wierch
  • Trzydniowiański Wierch 
  • Polana Trzydniówka
  • Starorobociańska Dolina
  • Dolina Dudowa
  • Polana Huciska
  • Parking Siwa Polana

⛰️Wołowiec

jeden z najwyższych szczytów w polskiej części Tatr zachodnich. Jest zwornikiem trzech grani – łączy się z Jarząbczym Wierchem, Łopatą, Rohaczami, a w stronę północy biegnie grań przez Rakoń i Grzesia do Bobrowca. Wznosi się nad dolinami: Chochołowską, Rohacką i Jamnicką.

Kopulasty masyw uformowany przez lodowiec zamieszkują kozice i świstaki. Dawniej prowadzono tu wypas owiec, a dziś spotkać można rzadkie rośliny, m.in. mietlicę alpejską czy ukwap karpacki.

Ze szczytu roztacza się imponujący widok – widać Rohacze, Tatry Wysokie, Babią Górę i Rohackie Stawy. Dawniej zwany Hrubym Wierchem, ostatecznie przyjął się Wołowiec.

⛰️Łopata

to góra, która tworzy trzy granie i podcina ją kilka stromych kotłów lodowcowych. Od strony Jamnickiej doliny łagodna i zielona, od polskiej – skalna i surowa. Widoki z niej rozległe: Rohacze, Jamnickie Stawy, Dolina Chochołowska.

⛰️Jarząbczy Wierch 

to potężny szczyt w grani Otargańców, wyższy niż sąsiednia Łopata, ale bardziej kapryśny. Jego główny wierzchołek leży po stronie słowackiej. U podnóży jego urwistych wschodnich zboczy w Dolinie Raczkowej znajdują się trzy Raczkowe Stawy. Nazwa od góralskiego rodu Jarząbków. Widok ze szczytu obejmuje Rohacze, Bystrą i Starorobociański Wierch. Ze zboczy zimą osuwają się lawiny.

⛰️Kończysty Wierch

to taki górski „zwornik”, od którego odchodzą grzbiety w stronę Trzydniowiańskiego Wierchu i Czubika, rozdzielając doliny Starorobociańską i Jarząbczą. Kopulasty wierzchołek zbudowany jest z granodiorytów rohackich i porośnięty niską murawą z sitem skuciną.  W pobliżu kryją się Dudowe Stawki i charakterystyczny rów grzbietowy.

⛰️Trzydniowiański Wierch 

to szczyt, którego nazwa pochodzi od Hali Trzydniówka, gdzie pasano dawniej owce. Z wierzchołka pięknie widać Kominiarski Wierch i Ornak. W zimie bywa odwiedzany przez narciarzy

Solówka do Doliny Pięciu Stawów i na Szpiglasową Przełęcz


27.05.2025


PASMO: TATRY WYSOKIE

ŁAŃCUCH: KARPATY


Nastąpił kolejny dzień i kolejny szlak. Problem w tym, że ja już wieczorem poprzedniego dnia wiedziałam, że nogi powiedzą „pas”. Tomek i Kasia też skapitulowali. Został tylko Krzysiek – człowiek, niezniszczalny, któremu niestraszne półmaratony, Gorce ani tatrzańskie podejścia.

Ja czułam się kompletnie „na minusie” – energia gdzieś wyparowała, a organizm ogłosił strajk. Nigdy nie czułam się aż tak wypompowana. Wcześniej półmaraton w Tarnowie Podgórnym , rozruch w Gorcach, potem mega wycieńczająca wędrówka po Tatrach Zachodnich  skumulowały mój stan. Nie miałam siły chodzić, a nogi powiedziały basta. Postanowiliśmy więc we trójkę odpocząć, a ja, żeby się nie nudzić, zajęłam się obróbką zdjęć i filmów. Tymczasem Krzysiek – facet z tytanu – ruszył samotnie w kierunku Doliny Pięciu Stawów i Szpiglasowej Przełęczy. Planował nawet wejść na Szpiglasowy Wierch.

Oto jego relacja:

„Nadszedł dzień, na który… nie czekałem. Szczerze mówiąc, przez myśl mi nie przeszło, że coś takiego się wydarzy. Nikt z ekipy nie miał ochoty ruszyć w teren. Chwila zadumy, dwa oddechy i decyzja: skoro jest plan, to idę sam!

Pogoda zapowiadała się średnia: trochę deszczu, trochę mgły, a na górze śnieg. Tomek podrzucił mnie do Palenicy
Białczańskiej i wrócił do „roz…leniwionych” dziewczyn, a ja – szkoda dnia – ruszyłem dobrze znaną drogą.

Kiedyś przeszedłem ten szlak z Aldoną, tylko w drugą stronę. Tym razem plan był prosty: od Wodogrzmotów Mickiewicza zielonym szlakiem do „Piątki”, dalej przez Szpiglasową Przełęcz do Morskiego Oka.

Do Wodogrzmotów prowadzi asfalt – tym razem pustawy, bo aura nie kusiła. Odczuwalna temperatura około zera i, niestety, meteorolodzy wyjątkowo się nie pomylili – deszczyk siąpił równo. Ale gdy tylko zszedłem z asfaltówki w las, jakby ktoś przełączył  światło. Cisza, szum potoku, ścieżka wijąca się wśród drzew – RELAKS przez duże nie tylko RRR.

Przy Siklawie poczułem, że przemokłem, więc pauza w schronisku w „Piątce” była obowiązkowa. 20 minut: kawa, trochę ciepła i ruszyłem dalej.

Aparat w gotowości, ale mgła nie dawała szans na zdjęcia. Spotkany turysta wracający z Koziego niestety nie miał dobrych wieści: 'wyżej mleko, wiatr i mokro’. Ale cóż– było dopiero południe, więc postanowiłem, że spróbuję.

Prognozy wskazywały, że ok. 14.00 ma się poprawić, więc jest nadzieja. A jeśli nie, to wrócę tą samą drogą.

Ruszyłem spokojnie w kierunku Szpiglasowej przełęczy. Tak naprawdę to ledwo na 50 m było widać, więc widoki to sobie tylko wspominałem z poprzedniego przejścia tym szlakiem.

Kilka osób wracało do schroniska, ale żadna z nich nie weszła na przełęcz. doszli do linii śniegu i zawrócili, więc niewiele się dowiedziałem na temat warunków powyżej. W końcu i ja dotarłem do śniegu- więc trzeba było założyć raki, bo za chwilę zrobić się stromo stromo.

Widoki?  W dole widziałem może na 150 m. O fotce Piątki nie było mowy.  Na przełęczy „mleko się rozlało”, ale przynajmniej  przestało padać. Nie było na czym oka zawiesić więc zacząłem schodzić w kierunku Morskiego Oka.

Co jakiś czas wysyłając zdjęcia relacjonowałem ekipie o moim położeniu. Tak naprawdę nie mogłem udowodnić gdzie jestem, bo każda fotka we mgle wygląda tak samo.

Dotarłem w końcu do miejsca, gdzie trzeba było zdjąć raki, bo śnieg się skończył, a ścieżka do Morskiego Oka jest wyłożona kamieniami.

I tu spotkała mnie niespodzianka. Między chmurami raz po raz widziałem Czarny Staw pod Rysami, więc jak dla mnie nadszedł czas na posiłek i kawę. Usiadłem na dużym głazie, zdjąłem raki, rozłożyłem bufet iiii…. doczekałem się. W końcu chmury ustąpiły i mogłem udowodnić ekipie, że za plecami mam Czarny Staw i Morskie Oko.

Ok 40 min zmarudziłem w tym miejscu rozkoszując się widokami, błogim spokojem i pogodą. TAK POGODĄ. Jeszcze półtorej godziny wcześniej wiało, padało i było przenikliwie zimno-wiadomo; 'najgorszy jest wiatr’.  Zrobiło się bezwietrznie, chmury były tam gdzie ich miejsce, czyli wysoko na niebie . Do tego miejscami zaczęło pokazywać się słońce.

Oj ciężko było podnieść 4 litery i ruszyć dalej. Ale czas płynie nieubłaganie, więc zebrałem się i w drogę. Przy Morskim Oku zrobiłem jeszcze pauzę i…: zakolegowałem się z orzechówką. Ale nie taką w szkle – tylko w piórach. Ptak usiadł obok i łypał na mojego batona tak, jakby chciał wynegocjować działkę. Pogadaliśmy chwilę (ja mówiłem, on patrzył) i ruszyłem w stronę Palenicy.

Tak minął mój pierwszy samotny wypad. Choć pogoda była kapryśna, to nie było tak źle, żeby rezygnować z wyjścia, przy odpowiednim
przygotowaniu i wyposażeniu. Jednak to już kwestia indywidualnej oceny sytuacji.

Nie zamieniłbym wspólnych wędrówek na samotne, ale taki dzień w pojedynkę też ma swój urok. Góry wciągają, nawet jeśli czasem serwują deszcz, mgłę i śnieg zamiast pocztówkowych widoków.

A kiedy minąłem szlabany na parkingu, nogi przypomniały mi,
że też mają coś do powiedzenia.”

I tak wyglądał dzień, w którym większość ekipy wybrała odpoczynek, a Krzysiek – samotne spotkanie z Tatrami. My w tym czasie regenerowaliśmy siły i bawiliśmy się zdjęciami, a on zdobywał nowe doświadczenia i własne wspomnienia. Góry mają tę niezwykłą moc, że każdemu dają coś innego – i wcale nie trzeba zawsze iść wspólnie na siłę, żeby było wyjątkowo. Z Krzyśkiem jesteśmy już ponad 25 lat, za nami trochę przygód i odwiedzonych miejsc. Wierzę jednak, że przepisem na długi związek jest dać partnerowi trochę luzu i chwilę samotności. Może właśnie dlatego idziemy przez życie razem – czasem krok w krok, a czasem obok siebie – i to już tak długo.

Przebieg szlaku:

  • Palenica Białczańska – parking
  • Wodogrzmoty Mickiewicza
  • Dolina Roztoki
  • Siklawa\Schronisko PTTK w Dolinie Pięciu Stawów Polskich
  • Siklawa
  • Dolina Pięciu Stawów Polskich, Zagon Niżni
  • Dolina Pięciu Stawów Polskich, pod Kozim Wierchem
  • Dolina Pięciu Stawów Polskich, Niżnie Solnisko
  • Szpiglasowa Przełęcz
  • Dolina za Mnichem
  • Odejście na Szpiglasową Przełęcz
  • Schronisko PTTK przy Morskim Oku
  • Odejście na Szpiglasową Przełęcz
  • Odejście na Kępę
  • Wodogrzmoty Mickiewicza
  • Palenica Białczańska

🌄Dolina Pięciu Stawów Polskich

nazwa brzmi jakby stawów było pięć, a w rzeczywistości jest sześć. Najmniejsze Wole Oko uznano kiedyś za zbyt skromne, by zasłużyć na miano stawu – i tak już zostało.

To wysokogórska dolina polodowcowa, pełna granitowych ścian, kosodrzewiny i lśniących tafli wody. Największy, Wielki Staw Polski, ma imponującą głębokość ponad 79 metrów Towarzyszą mu: Zadni Staw, Czarny Staw, Mały Staw, Przedni Staw. Razem tworzą jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Tatrach. Nad Przednim Stawem stoi najwyżej położone w polskich Tatrach schronisko PTTK.

🌄 Szpiglasowa Przełęcz 

to wysokogórskie siodło między Szpiglasowym Wierchem a Miedzianem, które łączy Dolinę Pięciu Stawów z kotliną Morskiego Oka.

Popularna wśród turystów. 

Zimą miejsce bywa groźne – lawiny nie raz dawały o sobie znać. Sama nazwa przełęczy pochodzi od dawno wydobywanego tu szpiglasu, czyli antymonitu. Wcześniej przełęcz nazywano: Przełęcz pod Miedzianem lub Przełęcz Miedziane.

Spacer po Dolinie Filipka


28.05.2025


PASMO: TATRY WYSOKIE

ŁAŃCUCH: KARPATY


 

Ostatni dzień w Tatrach to zwykle dzień powrotu – a że z gór do Poznania droga daleka, zawsze staramy się wcześniej złapać jeszcze trochę górskiego powietrza na krótszej, spokojniejszej trasie. Tym razem wyruszyliśmy z parkingu w Palenicy Białczańskiej. Pogoda była idealna: rano od razu przygrzało słońce, więc obowiązkowo krem z filtrem na twarz – bo lepiej świecić uśmiechem niż czerwonym nosem.

Początek szlaku już znaliśmy z wcześniejszych wypraw na Rusinową Polanę. Najpierw krótka pauza przy potoku – parę zdjęć, bo woda w górach zawsze dodaje uroku – i ruszyliśmy w stronę lasu. Kamienista ścieżka, trochę stopni pod górę, a w nagrodę po drodze piękne, przejrzyste widoki na Tatry.

Na Rusinowej Polanie przywitał nas sielski obrazek: ławki z idealnym widokiem na góry, owce w roli „modeli” i jeszcze para młoda pozująca do ślubnej sesji. Widać, że to miejsce działa na wszystkich – i turystów, i fotografów, i owce, które, nie zważając na tłumy, spokojnie zajmowały się obiadem z trawy.

Rusinowa Polana
Rusinowa Polana

Ale my mieliśmy w planach zejście do Doliny Filipka. Ruszyliśmy więc w stronę Wiktorówek, gdzie stoi Kaplica Matki Bożej Jaworzyńskiej Królowej Tatr. Dalej minęliśmy Filipczański Potok i spokojnym krokiem szliśmy szeroką, kamienistą ścieżką wśród lasu. Dolina Filipka nie jest może tak znana jak Rusinowa, ale ma w sobie mnóstwo uroku i przede wszystkim ciszę – idealne miejsce, by spacerować i przez chwilę poczuć, że czas płynie wolniej.

Cała trasa zajęła nam około 3,5 godziny, przy spokojnym tempie i częstych przystankach na zdjęcia. To odcinek, który świetnie sprawdzi się także na spacer z dziećmi – szlak jest łagodny, a po drodze czekają atrakcje: kaplica, owce i polana z widokiem. Łącznie pokonaliśmy około 20 km i 500 m przewyższenia.

Po takim relaksie pozostało już tylko spakować się do samochodu i ruszyć w stronę Poznania. Siedem godzin później byliśmy w domu, a w nocy śniły nam się góry – tym razem wyjątkowo w rozdzielczości Full HD.

Przebieg szlaku:

  • Palenica Białczańska – parking
  • Czerwone Brzeżki
  • Rusinowa Polana 
  • Sanktuarium na Wiktorówkach
  • Dolina Filipka
  • Powrót tym samym szlakiem

🌄Dolina Filipka 

w Tatrach, mało popularna a szkoda!  Ma  dwa odgałęzienia: Żleb za Skałką  i Dolinę Złotą.

Otaczają ją szczyty z fantazją nazwane: Gęsia Szyja, Suchy i Ostry Wierch, Zadnia Kopa Sołtysia i Filipczański Wierch. Miejsce jest przyrodniczo bogate – rosną tu limby, złotogłów,  a w 1954 r. odkryto gniazdo rzadkiego drozda skalnego. Spotkać można też jelenie, dzięcioły i – tak, zgadliście – niedźwiedzie.

Na zboczach kryją się formacje skalne i siedem jaskiń (niedostępnych dla turystów). Dawniej część doliny Filipki obejmowała Hala Filipka z Polaną Filipczańską – i to właśnie od hali wzięła się nazwa doliny.

Podsumowanie

Maj w Tatrach okazał się prawdziwym sprawdzianem kondycji i wytrzymałości. Zmienna pogoda i trudniejsze fragmenty szlaku pokazały, że warto iść z rozwagą – a w nagrodę otrzymujemy piękne widoki i wspomnienia.

Co dalej?

A w następnym wpisie zabierzemy Was na słowacki Szíp – kolejna górska przygoda już tuż, tuż!

Nie przegap żadnych relacji!

🔗 Wskakuj do nas na Facebooka
🌿 Nasze relacje to opowieści, nie zachęta do podejmowania ryzyka.

Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.

Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.

👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego działania oraz w celach analitycznych
odrzuć
akceptuj