RYSY I INNE SZCZYTY POLSKICH TATR
SPIS TREŚCI
ToggleTatry po raz czwarty – we wrześniu jak w raju
To był nasz piąty górski wypad w tym roku, a czwarty w Tatry. Tak, dobrze czytacie – zapał nie słabnie, a nogi… cóż, czasem trochę tak.
Tym razem postawiliśmy na wrzesień, bo ponoć wtedy w Tatrach jest najlepiej – tak mówią ci bardziej doświadczeni. Tłumy mniejsze, bo wakacje się skończyły, a pogoda bardziej stabilna. Myślimy: brzmi idealnie! I faktycznie – cztery dni słońca, błękitnego nieba i tylko jeden komar. Cud!
Na początek w pierwszym dniu coś lekkiego, żeby mięśnie przypomniały sobie, z czym to się je. Sarnia Skała to takie górski „dzień dobry”, z ładnym widokiem na Giewont i nie za długim podejściem. W sam raz na rozgrzewkę i wyregulowanie kijków.
Kolejny dzień był dla nas najważniejszy. Rysy chodziły nam po głowie od dawna – a my im po grzbiecie, w końcu! Przygotowywaliśmy się solidnie, bo to najwyższy szczyt Polski i nie byle spacer.
Trasa długa, ale widokowo wynagradza wszystko. Turystów trochę było – w końcu to Rysy, nie dzika ścieżka w Bieszczadach – ale szło się w miarę płynnie. Czasem trzeba było chwilę zaczekać przy łańcuchach, ale emocje i widoki rekompensowały wszystko. Czuliśmy się jak zdobywcy – tylko bez flagi, ale z bananem na twarzy i potem na karku.
Na trzeci dzień Krzysiek stwierdził, że pora na coś „z widokiem i z rozmachem”. I faktycznie – Ciemniak, Krzesanica i Małołączniak . Piękne, przestrzenne, trawki już zaczęły rudzieć – jesień zaglądała zza skały.
W ostatni dzień coś spokojnego – Gęsia Szyja. Już kiedyś tam byliśmy zimą, teraz sprawdziliśmy ją w wersji letnio-jesiennej. Fajne zamknięcie górskiej przygody.
Sarnia Skała na dzień dobry
Trasa przyjazdu do Zakopanego z Poznania minęła nam sprawnie, choć swoje godziny w aucie trzeba było odsiedzieć. Plecy przyrosły do fotela, a nogi przypomniały sobie, że istnieją dopiero na parkingu w okolicy Doliny Strążyskiej. Wiadomo – przed Rysami trzeba się rozruszać, więc zaplanowaliśmy coś lekkiego, krótkiego i z widokiem. Padło na Sarnią Skałę.
Zaczęliśmy od Doliny Strążyskiej – pięknej, zielonej, spokojnej. Dolina charakteryzuje się uroczymi potokami, cieniem drzew, wygodną ścieżką i całkiem przyjaznym podejściem na rozgrzewkę.
Sama Sarnia Skała, choć niewysoka, okazała się całkiem popularnym kierunkiem. Sporo rodzin z dziećmi dzielnie podążało na szczyt – dla wielu maluchów to była chyba pierwsza „wspinaczka” w życiu. I rzeczywiście, końcówka szlaku zrobiła się całkiem konkretna: stromo, po skałach, a do tego podłoże dość wyślizgane przez ilość butów, które już tamtędy przeszły. Łatwo nie było, szczególnie jak człowiek się zagapi i złapie za „pewny” kamień… który postanawia zmienić adres.
Ale warto było – Panorama na Giewont, Tatry Bielskie, a nawet Babią Górę – wszystko jak na dłoni. W dolinach wciąż soczyście zielono, tylko gdzieniegdzie pojawiały się pierwsze, nieśmiałe oznaki nadchodzącej jesieni. Była chwila na zdjęcia, łyk wody i troszkę relaksu.
Zamiast wracać tą samą drogą, zrobiliśmy pętelkę i zeszliśmy Doliną Białego. To śliczna dolina z jasnym, wapiennym dnem i wartkim potokiem, który co chwila pokonuje kaskady. Ciszej, mniej ludzi, a przy tym zupełnie inny klimat niż w Strążyskiej – jakby ktoś zamienił scenerię z bajki w stylu „Czerwonego Kapturka” na „Opowieści z Narnii”.
Przebieg szlaku:
- Dolina Strążyska, parking
- Polana Strążyska
- Czerwona Przełęcz
- Sarnia Skała
- Czerwona Przełęcz
- Dolina Białego
- Dolina ku Dziurze
- Dolina Strążyska, parking

to reglowy szczyt w Tatrach Zachodnich (1377 m n.p.m.), położony nad Doliną Strążyską. Choć niski, to popularny – świetny punkt widokowy na Giewont i Zakopane. Szczyt skalisty, dostępny łatwym szlakiem. Na końcówce podejście dość strome i śliskie – więc lepiej patrzeć pod nogi niż na sarny.
Rysy – najwyżej, jak się da w Polsce
Rysy planowaliśmy zdobyć już w czerwcu tego roku, ale sporo zalegającego po zimie śniegu skutecznie ostudziło nasze ambicje. Postanowiliśmy poczekać – i dobrze! Wrzesień okazał się strzałem w dziesiątkę.
Dzień drugi zaczął się bardzo, bardzo wcześnie. Pobudka jeszcze przed świtem, by wystartować z Palenicy około 5:00 rano. Chcieliśmy zdążyć zanim na Morskie Oko ruszy górska kawalkada. Było jeszcze ciemno, nad głowami świecił uroczy księżycowy rogal, a szlak był cichy i spokojny.
Po drodze zagadał do nas bardzo sympatyczny, młody człowiek, mniej więcej w wieku naszego syna – i jak się okazało, towarzyszył nam aż do samego końca tej przygody. Miłe zaskoczenie i świetne towarzystwo.
Dotarliśmy do schroniska przy Morskim Oku, gdzie niebo zaczęło się rozjaśniać. Szybka przerwa na coś do przegryzienia i ruszyliśmy dalej – w kierunku Czarnego Stawu pod Rysami. I tu już wiedzieliśmy, że ta poranna pobudka to był świetny pomysł. Na trasie – może kilka osób. Spokój, cisza, energia jeszcze dopisywała, a kamienny szlak, aż zapraszał do maszerowania. Uwielbiam te ułożone, równe kamienie prowadzące nad staw – aż chce się iść.
Potem rozwidlenie: jedna strona na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem (jeszcze nie tym razem!), druga – na Rysy. No wiadomo, gdzie poszliśmy! Kijki do plecaka, kask na głowę, rękawiczki na dłonie – i ruszamy dalej.
Od tego momentu ludzi było już więcej, ale wciąż dużo lepiej niż latem. A’ propos – mała dygresja: kilka dni wcześniej oglądałam filmik z soboty, gdzie turyści na podejściu tworzyli coś na kształt meksykańskiej fali, tylko w wersji „stojącej”. Kolejka na szczyt praktycznie się nie poruszała… Szacunek dla tych, którzy zachowali cierpliwość i dystans (dosłownie i w przenośni).
Sam szlak nie był aż tak technicznie trudny – sporo łańcuchów, ale wszystko do ogarnięcia. Rysy uznawane są za trzeci najtrudniejszy szlak w Polsce, głównie ze względu na tłumy i przypadkowe zrzuty kamieni. Dlatego warto:
✅ wychodzić wcześnie,
✅ mieć kask na głowie,
✅ chować butelki i inne luzem wiszące sprzęty – by nie spadły komuś na głowę jak nieproszony meteoryt.
Dla mnie osobiście najtrudniejszy moment to wąska grań na Przełączce pod Rysami, z ekspozycją po obu stronach. Ale jak to często bywa – co z daleka wygląda groźnie, z bliska okazuje się całkiem przyjazne (no, prawie).
A potem… już tylko chwila i byliśmy na szczycie. Niesamowite uczucie – wielka radość, ogromna satysfakcja i te WIDOKI! Po słowackiej stronie widać dalszy wierzchołek Rysów – tam też można wejść, od słowackiej strony szlak jest łatwiejszy. Wielu wybiera tę opcję, szczególnie ci, którzy zbierają szczyty do Korony Gór Polski, ale wolą mniejsze dawki adrenaliny.
Zrobiliśmy kilka zdjęć, coś przekąsiliśmy, uzupełniliśmy płyny… i trzeba było wracać tą samą drogą. Po drodze – coraz więcej turystów, częstsze postoje przy mijankach, coraz trudniej utrzymać tempo. Ale nadal do zniesienia.
Zejście przy łańcuchach przypomniało mi niestety o złamanym żebrze sprzed ponad roku – trochę się odezwało, ale dało się przeżyć. Chwila na zdjęcia z Buli pod Rysami – z cudownym widokiem na Czarny Staw i Morskie Oko ułożone jakby w kaskady.
Potem już tylko zejście do schroniska, a na koniec – asfaltowa klasyka do Palenicy.
Mimo tej końcówki, cała trasa przebiegła sprawnie i bezpiecznie. A w duszy grała…
🎶 „We are the champions”… tylko w wersji podhalańskiej.
Przebieg szlaku:
- Palenica Białczańska
- Droga Oswalda Balzera
- Wodogrzmoty Mickiewicza
- Schronisko PTTK przy Morskim Oku
- Morskie Oko
- Czarny Staw Pod Rysami
- Bula Pod Rysami
- Rysy
- Powrót tym samym szlakiem kończąc z drugiej strony Morskiego Oka przy wodospadzie: Dwoista Siklawa

Rysy to szczyt w Tatrach Wysokich, który liczy sobie 2499 m n.p.m. (choć najwyższy, środkowy wierzchołek ma 2503 m i leży po słowackiej stronie). Ta trójwierzchołkowa góra jest jednocześnie najwyższym punktem Polski, a także naturalną granicą między Polską a Słowacją.
Nazwa „Rysy” nie wzięła się znikąd — chodzi o charakterystyczne, głębokie i wyraźne rysy czyli szczeliny i żleby, które przecinają stoki góry. Te naturalne „rynny” sprawiają, że Rysy wyglądają trochę jak Tatrzański szczyt z pazurem, czyli surowo i majestatycznie.
Podejście od polskiej strony to prawdziwy survival z łańcuchami, stromiznami i technicznymi momentami, w tym ciasnymi żlebami, które z pewnością podkręcą tętno każdemu miłośnikowi górskich emocji.
Geograficznie Rysy to ważny punkt na granicy Polski i Słowacji.
Na słowackiej stronie szlak jest bardziej łagodny i dłuższy, więc jeśli wolisz zdobywać szczyty w stylu bardziej „spacerowym”, a mniej w „ekstremalnym”, tam jest Twój kierunek — piękne widoki gwarantowane, a adrenalina trochę mniejsza.
Przyroda wokół Rysów jest dzika i surowa — kamienne żleby, rzadkie roślinki i kozice, które nie zawsze chcą się pokazać, ale jak już się pojawią, to robią niezłe show.
Rysy to szczyt dla tych, którzy chcą poczuć górskie wyzwanie, ale też nacieszyć oczy surowym pięknem tatrzańskiej przyrody.
Wędrówka na 3/4 Czerwonych Wierchów
Po zdobyciu Rysów człowiek chciałby może dzień leniwy, z kawką i ciasteczkiem… ale nie Krzysiek. Krzysiek zaplanował Czerwone Wierchy – na szczęście w wersji 3/4, bo Kopę Kondracką świadomie ominęliśmy. Rozsądek zwyciężył – bo szlak długi, a Rysy w nogach jeszcze mocno siedziały.
Wystartowaliśmy z Kirów, na początku przyjemnie, łagodnie, aż człowiek mógł mieć złudzenie, że tak będzie do końca. No, nie było. Jak tylko weszliśmy w konkretniejsze podejścia, zaczęło się robić ciepło – i to nie tylko w sercu. Mi szło się ciężko, nogi przypominały, co robiły dzień wcześniej. Krzysiek? On jak zwykle – szedł jakby miał silnik elektryczny i doładowanie z termosu. Zero zmęczenia. Nic. Taki model. Pewnie z tytanu.
By nie myśleć o zmęczeniu ja tymczasem skupiałam się na widokach, które naprawdę były przepiękne – zachodnie szczyty, szerokie grzbiety, cisza i przestrzeń. I tak, swoim- moim tempem, dotarliśmy na pierwszy szczyt – Ciemniak.
Dalej w zasięgu wzroku majaczyła Krzesanica. Wydawało się, że to rzut beretem – ale to tylko optyczna ściema. Między tymi dwoma szczytami spory kawałek do przejścia, ale pokonaliśmy go dzielnie. Na szczycie – charakterystyczne kamienne kopczyki porozrzucane jakby przez naturę… a jednak to dzieło turystów. Nadają temu miejscu swoistego uroku.
Potem ruszyliśmy na trzeci szczyt: Małołączniak. Tu już przywitała nas klasyczna, zrudziała trawa, ta, której kolor dał nazwę całym Czerwonym Wierchom. Jeszcze nie były całkiem czerwone – na to przyjdzie czas w październiku, kiedy całe grzbiety robią spektakularne górskie show, jakby natura robiła ukłon przed zakończeniem sezonu.
Po leżakowaniu na trawie, padło pytanie: „Robimy jeszcze Kopę Kondracką?”
Moja odpowiedź: „Nie tym razem!”
I to była bardzo świadoma decyzja – nie chciałam powtórki z długiej, wykańczającej trasy sprzed dwóch miesięcy, kiedy zaliczyliśmy 10 szczytów Tatr Zachodnich (serdecznie zapraszamy do tamtego wpisu). Poza tym – czas naglił, słońce już schodziło niżej.
Zejście zaplanowaliśmy przez równie malowniczą Rówień Kobylarz, a potem trzeba było przejść przez Kobylarzowy Żleb, a tam – niespodzianka w postaci łańcuchów. A raczej – wyślizgana skała i trochę żelaznej biżuterii ku pomocy.
Przyznam: nie lubię takich fragmentów. Śliskie skały, zejście w dół, wszystko błyszczy się jak lodowisko… To nie moja bajka. Może to przesadna ostrożność, ale odkąd będąc nastolatką skręciłam poważnie kolano (dygresja: operacja była skuteczna i teraz to kolano ma się lepiej niż drugie), mam do takich miejsc ograniczone zaufanie.
Więc jak zeszłam? Pośladkiem.
Tak jest. Na własnym tyłku, powolutku, bez pośpiechu, z godnością… no, prawie. Ale lepiej się poślizgnąć kontrolowanie niż bez planu.
Potem już znana nam Przełęcz Przysłop Miętusi, a dalej zejście do Kirów.
I co czujemy po tej wędrówce? Wdzięczność. Satysfakcję. Zachwyt. I zmęczenie, takie dobre zmęczenie.
Ten dzień był dla mnie testem wytrwałości, cierpliwości i umiejętności cieszenia się drogą – nawet jeśli nogi protestowały. Czerwone Wierchy zachwycają – swoją przestrzenią, łagodnością grzbietów, kolorem traw i ogromem nieba nad głową.
Zeszliśmy z gór zmęczeni, ale szczęśliwi. A ja jeszcze długo nie mogłam zasnąć, bo w głowie dalej miałam tamte panoramy i lekki wiatr, który tańczył z trawą na Małołączniaku.
Przebieg szlaku:
- Kiry
- Cudakowa Polana
- Zahradziska
- Chuda Przełączka
- Ciemniak
- Krzesanica
- Małołączniak
- Kobylarz
- Przysłop Miętusi
- Zahradziska – Kiry

to jeden z Czerwonych Wierchów (2096 m n.p.m.), Tatry Zachodnie. Choć nazwa brzmi ponuro, szczyt to całkiem przyjazny, rozległy wierzchołek z trawiastym charakterem. W jego masywie znajduje się Jaskinia Wielka Śnieżna – najgłębsza w Polsce.
Ciemniak to najniższy z czwórki Czerwonych Wierchów, ale z Kirów i tak trzeba się nieźle napocić, by go zdobyć.

to najwyższy z Czerwonych Wierchów – 2122 m n.p.m. Nazwa pochodzi od „krzesania skały” – czyli pionowej, urwistej ściany po południowej stronie. Typowy dla Tatr Zachodnich, zbudowany z wapieni.
Panoramy 360 stopni i dużo wiatru.

to trzeci z Czerwonych Wierchów (2096 m n.p.m.). Nazwa pochodzi od Doliny Małej Łąki. Szczyt szeroki, trawiasty, z pięknymi widokami na Tatry Wysokie i Zachodnie. Jesienią – jak pozostałe Wierchy – przybiera brunatno rdzawy odcień dzięki roślinie podobnej do trawy sit skucina, od której nazwano całe pasmo.
Szczyt nie tak mały, jak sugeruje nazwa – ale bardzo malowniczy.
Gęsia Szyja na zakończenie
Ostatni dzień przed powrotem do Poznania. Ciało już trochę zmęczone, ale dusza wciąż w górach. Na zakończenie zaplanowaliśmy krótszą, niewymagającą trasę na Gęsią Szyję – taki górski deser w tatrzańskiej uczcie.
Tak, na Gęsiej Szyi już byliśmy, kilka miesięcy wcześniej – w zupełnie innej scenerii, bo zimowej.
Tym razem startowaliśmy tuż za Palenicą, w kierunku Rusinowej Polany. Dalej szlak na sam szczyt ten sam, ale jakby inny – zero śniegu, za to kolory jak z pocztówki, zapachy lasu i twarda ziemia zamiast śliskiej bieli. No i cieplej – kurtka została w plecaku! Jakby ktoś zdjął filtr z poprzedniego obrazu i dodał wersję letnio-jesienną.
Widoki ze szczytu? Nadal niesamowite. Tatry jak na dłoni, panorama w całej okazałości, a Gęsia Szyja – jak zawsze – dumnie wystająca i charakterystyczna.
Chwila wspomnień – jak to kiedyś, po nieudanej próbie dotarcia do Doliny Pięciu Stawów, zawędrowaliśmy następnego dnia tu na Gęsią Szyję… opaleni jak raczki. Śnieg iskrzył się wtedy jak diamenty, a odbite światło w połączeniu z brakiem na twarzy kremu z filtrem zrobiło swoje.
Po rozmyślaniach: zejście? Mozolne. Czterodniowe zmęczenie już dawało o sobie znać. Dlatego wybraliśmy trasę przez Polanę pod Wołoszynem, potem lasem wzdłuż potoku Waksmundzkiego, przez mały mostek, gdzie woda szumiała uspokajająco, jakby żegnała nas w swoim własnym tatrzańskim języku. To był cichy fragment szlaku, z cieniem drzew, miękkim podłożem i świadomością, że to już koniec tej przygody.
Przebieg szlaku:
- Palenica Białczańska
- Czerwone Brzeżki
- Rusinowa Polana
- Gęsia Szyja
- Rówień Waksmundzka
- Polana Pod Wołoszynem
- Droga Oswalda Balzera
- Palenica Białczańska

to szczyt o wysokości 1489 m n.p.m., w reglowej części Tatr Wysokich. Charakterystyczne skalne wychodnie na wierzchołku nazywane są Waksmundzkimi Skałkami. Świetny punkt widokowy na Tatry Bielskie, Wysokie i Rusinową Polanę.
Trasa łatwa, idealna na rozgrzewkę lub relaks po cięższych wyzwaniach. Nazwa? Podobno od kształtu grani przypominającej… wiadomo co.
Podsumowanie
Zmęczone nogi, zdjęcia, lekka opalenizna, głowa pełna widoków i poczucie, że Tatry zawsze zostawiają człowieka trochę innym, niż był wcześniej. Cztery dni pełne emocji, wyzwań i zachwytu. Zdobyliśmy szczyty, przeszliśmy doliny, zjedliśmy trochę batonów i wypiliśmy sporo wody.
Wracaliśmy do domu z poczuciem spełnienia – i z listą kolejnych miejsc do odwiedzenia, bo wiadomo – góry się nie kończą, tylko chwilowo odpoczywają w pamięci.
Co dalej?
W kolejnym wpisie zabierzemy Was w nieco inną scenerię — asfalt, tłumy kibiców i… maratoński pot. Krzysiek właśnie po raz drugi zmierzył się z maratonem w Poznaniu! Jak poszło? Czy wyprzedzał ludzi pod górkę z uśmiechem? Sprawdźcie sami — a w góry na pewno jeszcze wrócimy!
Nie przegap żadnych relacji!
🔗 Wskakuj do nas na FacebookaDzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.
Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.
👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.































































