OD WIELKIEJ RACZY PO PILSKO - BESKID ŻYWIECKI

Żywiecki Park Krajobrazowy – górskie serce Beskidów

Na Szlaku z Wielkiej Rycerzowej do Rycerki
Na Szlaku z Wielkiej Rycerzowej do Rycerki

Żywiecki Park Krajobrazowy to takie miejsce, które szybko prostuje wyobrażenia o „łagodnych Beskidach”. Są tu widoki jak z pocztówki, ale żeby je zobaczyć, trzeba się trochę napracować – a czasem nawet trochę bardziej niż „trochę”.

Park powstał w 1986 roku i obejmuje sporą część Beskidu Żywieckiego, tuż przy granicy ze Słowacją. Krajobraz jest tu konkretny: doliny głęboko wcięte, podejścia potrafią przypomnieć o wszystkich mięśniach, o których człowiek wcześniej nie miał pojęcia, a grzbiety ciągną się tak, że zawsze kusi „jeszcze kawałek”.

W centrum parku dominuje Pilsko, od którego rozchodzą się górskie grzbiety.

Przyroda w parku zmienia się wraz z wysokością – od pól i zabudowań, przez gęste lasy bukowe i świerkowe, aż po kosodrzewinę na szczytach. Rośnie tu ponad tysiąc gatunków roślin, w tym takie, których nazwy brzmią bardziej jak zaklęcia niż rośliny. A jeśli chodzi o zwierzęta… cóż, w wyższych partiach żyją niedźwiedzie, wilki i rysie, więc to jedno z tych miejsc, gdzie szybko przypomina się, że jesteśmy tu tylko gośćmi z plecakiem pełnym kanapek, a nie głównymi bohaterami tej dzikiej przestrzeni.

Na dokładkę park ma kilka swoich perełek, jak Wodospad w Sopotni Wielkiej – największy w Beskidach, który udowadnia, że woda też potrafi zrobić wrażenie, oraz pobliską jaskinię, dla tych, którzy lubią zajrzeć trochę głębiej niż tylko na szczyty.

Mimo tej całej dzikości to miejsce bardzo przyjazne turystom. Przez park prowadzi Główny Szlak Beskidzki, są schroniska, w których herbata smakuje lepiej niż gdziekolwiek indziej, a zimą można zamienić mozolne podejścia na szybkie zjazdy.

Żywiecki Park Krajobrazowy lubi się najbardziej — za to, że potrafi zmęczyć, zachwycić i sprawić, że człowiek już na dole planuje kolejną trasę… chociaż nogi mówią wyraźne „daj nam chwilę”.

Cztery dni w Beskidzie Żywieckim

Widok z Hali Miziowej
Widok z Hali Miziowej

Zaplanowaliśmy urlop na kwiecień – dokładnie dwa dni plus weekend. Bo przecież gdy w końcu mamy wolne, szkoda byłoby spędzić je wyłącznie na kanapie, zastanawiając się, czy kawa lepiej smakuje przed czy po drzemce.

Plan był prosty: ” Tym razem w końcu zrealizujemy wędrówkę na Wielką Raczę”. Tę samą, którą chcieliśmy zdobyć już na początku roku. Wtedy jednak los (czytaj: brak miejsc w schronisku) pokrzyżował plany i zamiast tego wylądowaliśmy na Wielkiej Fatrze  (czytaj). I wiecie co? Absolutnie tego nie żałowaliśmy — wyszło pięknie, choć nie według pierwotnego planu.

Miesiące minęły jak z bicza strzelił. Treningi, dwa półmaratony, a potem jeszcze Święta Wielkanocne… I nawet nie było czasu na to klasyczne: „Kiedy znowu w góry?!”.

Ale w końcu przyszedł ten moment. Poniedziałek Wielkanocny – wróciliśmy od rodziny, brzuch jeszcze był pełen mazurka, a tu… zamiast leżakowania – pakowanie plecaków. Bo priorytety trzeba mieć jasno ustawione.

I tak oto nadszedł dzień wyjazdu. W czwartek o godzinie 3:00 pobudka.
Łatwo nie było — nie będziemy udawać, że wyskoczyliśmy z łóżka jak skowronki. Bardziej jak dwa lekko zdezorientowane niedźwiedzie wybudzone ze snu zimowego.

Ale wtedy odezwał się budzik z komunikatem: „Wstawaj, góry czekają!” — i to zadziałało lepiej niż najmocniejsza kawa.

O 4:00 byliśmy już w trasie. Kierunek: Beskidy, cel: Zwardoń i dalej — nasza długo wyczekiwana Wielka Racza.

A jak wyglądały kolejne dni na szlakach?
O tym opowiemy w poniższych rozdziałach

Z plecakiem na Wielką Raczę – beskidzki dzień pierwszy


9.04.2026


Kikula  

1087 m n.p.m.


Magura

1073 m n.p.m.


Obłaz

1043 m n.p.m.


Wielka Racza

1236 m n.p.m.


PASMO: BESKID ŻYWIECKI

ŁAŃCUCH: KARPATY


W drodze na Wielką Raczę
W drodze na Wielką Raczę

Podróż minęła szybko i sprawnie — aż podejrzanie sprawnie, jak na wyjazd o tak nieludzkiej porze. Do Zwardonia dotarliśmy ok. 10:00. Zaparkowaliśmy przy kościele, zarzuciliśmy plecaki na plecy i ruszyliśmy w stronę Wielkiej Raczy.

Naszym celem było schronisko na Wielkiej Raczy, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Czyli klasyka gatunku: wędrówka z całym dobytkiem na plecach — ciuchy, raczki, kosmetyki i jedzenie na dwa dni. Jednym słowem: mobilne gospodarstwo domowe.

Tym razem plan zakładał tylko jeden nocleg, więc teoretycznie miało być lżej niż ostatnim razem na Wielkiej Fatrze. Teoretycznie.

Kiedy planowaliśmy ten wyjazd, mieliśmy w głowie obrazek rodem z folderu turystycznego: kwiecień, wiosna, słońce, ptaszki, lekki wiaterek… No cóż. Góry postanowiły mieć własną wizję i zatrzymały się gdzieś na etapie zimy. Śnieg, chłód i klimat raczej „wróć do auta”, niż „chodź na spacer”.

Po doświadczeniach z Wielkiej Fatry byliśmy już mądrzejsi. Ustaliliśmy wtedy, że wędrówki od schroniska do schroniska — owszem — ale tylko w ciepłych warunkach. Takich, w których człowiek nie musi nosić na plecach ciężaru zimowego odzienia. Pamięć o bolących ramionach i plecach była wciąż bardzo żywa.

Ale na przekór – pogoda zimowa… jak trasa zaplanowana, to odwrotu nie było. Ruszyliśmy.

 

Szlak na Wielką Raczę od Zwardonia
Szlak na Wielką Raczę od Zwardonia

Na szczęście szlak na Wielką Raczę z Zwardonia nie jest szczególnie długi, a przewyższenie nie przyprawia o zawrót głowy. Choć — nie będę udawać — kilka stromszych podejść się znalazło. A samo końcowe wejście na szczyt okazało się całkiem wymagające i wcale nie takie krótkie, jakby się wydawało na początku.

Subiektywnie? Trochę powalczyłam. Kolana również zgłosiły swoją obecność i przypomniały, że jednak wszystko czują.

Na szczęście, mimo zimowej aury i zalegającego śniegu, temperatura była na plusie. Do tego momentami wychodziło słońce i — co najważniejsze — było bezwietrznie. A to w górach robi ogromną różnicę.

Podsumowując: szlak może nie należał do tych z kategorii „wow, zapiera dech w piersiach”, ale był całkiem przyjemny i do przejścia bez większego wysiłku.

Do celu dotarliśmy dość szybko. Zakwaterowanie, chwila odpoczynku i coś na ząb. W schroniskowym menu niestety brak opcji wegańskich, ale na szczęście byłam przygotowana — własny prowiant uratował sytuację.

Plan na resztę dnia był prosty: zachód słońca przy punkcie widokowym obok schroniska PTTK na Wielkiej Raczy.

Niestety… chmury miały inne plany. Zamiast spektaklu kolorów na niebie — tylko delikatne, różowawe chmurki i bardzo spokojny widok. A że temperatura kręciła się w okolicach zera, to długo się nie zastanawialiśmy i tuż po „teoretycznej” godzinie zachodu słońca wróciliśmy do pokoju.

Dzień zakończyliśmy dokładnie tak, jak trzeba: spokojną rozmową i snem, który przyszedł szybciej niż my zdążyliśmy pomyśleć „jeszcze tylko chwilę posiedzimy”.

Przebieg szlaku:

  • Zwardoń (parking przy Kościele)
  • Przełęcz Zwardońska
  • Byłe schronisko PTTK Dworzec Beskidzki
  • Zwardoń, Beskidek
  • Schronisko Chata pod Skalanką
  • Chatka Skalanka
  • Przełęcz Graniczne
  • Kikula
  • Magura
  • Obłaz
  • Schronisko PTTK na Wielkiej Raczy
  • Wielka Racza

⛰️Kikula

to szczyt położony w głównym grzbiecie granicznym między Polską a Słowacją. Biegnie tędy Wielki Europejski Dział Wodny. Kikula leży pomiędzy Beskidem Wrzeszczowskim a Magurą i jest najbardziej na zachód wysuniętym szczytem Beskidu Żywieckiego.

Góra jest w całości porośnięta lasem, choć po wichurze z 2004 roku na słowackich stokach pojawiło się więcej otwartej przestrzeni. Przez wierzchołek przebiega kilka szlaków, w tym czerwony szlak graniczny, co sprawia, że jest to ważny punkt na mapie wędrówek w tej części Beskidów.

Ciekawa jest sama nazwa – pochodzi z języka wołoskiego i oznacza „zarośniętą górę”, co bardzo dobrze oddaje jej charakter. Dawniej pod szczytem istniało schronisko turystyczne, dziś już nieczynne, ale przypominające o dawnych czasach górskiej turystyki w tym rejonie.

⛰️Magura

to szczyt położony w głównym grzbiecie granicznym między Polską a Słowacją, w sąsiedztwie Kikuli i Małego Przysłopu. Jak w wielu miejscach w tej części Beskidów, biegnie tędy także Wielki Europejski Dział Wodny.

Magura jest dziś w dużej mierze zalesiona, ale na jej stokach widać ślady dawnych hal pasterskich. Dodatkowo silne wiatry w 2004 roku przerzedziły lasy po stronie słowackiej, dzięki czemu miejscami pojawiły się widoki.

Przez szczyt prowadzi czerwony szlak graniczny, co czyni go częścią dłuższych wędrówek wzdłuż granicy. Sama nazwa „Magura” pochodzi z języka wołoskiego i oznacza samotną, wyniosłą górę – i choć dzisiaj nie jest ona całkowicie odsłonięta, nadal zachowuje swój spokojny, trochę surowy charakter.

⛰️Obłaz

nazywany też Upłazem, to szczyt położony w głównym grzbiecie granicznym między Polską a Słowacją, pomiędzy Wielkim Przysłopem a Wielką Raczą. Jak wiele tutejszych wzniesień, leży na trasie Wielkiego Europejskiego Działu Wodnego.

Wierzchołek znajduje się dokładnie na granicy, a jego stoki mają dwa różne oblicza. Po polskiej stronie dominuje las i spokojny, bardziej zamknięty krajobraz. Po stronie słowackiej jest bardziej otwarcie – pojawiają się polany i leśne drogi, które nadają tej części terenu nieco inny charakter.

Przez Obłaz przebiega czerwony szlak graniczny, a jego zboczami prowadzi także żółty szlak w kierunku Wielkiej Raczy. To miejsce raczej „po drodze” niż cel sam w sobie, ale właśnie takie odcinki często tworzą przyjemną, spokojną część górskiej wędrówki.

⛰️Wielka Racza

to najwyższy szczyt w Grupie Wielkiej Raczy i jedno z bardziej rozpoznawalnych miejsc w tej części Beskidów. Leży na granicy polsko-słowackiej, a dodatkowo przebiega tędy Wielki Europejski Dział Wodny, co czyni ją ważnym punktem nie tylko na mapie turystycznej, ale i geograficznej.

Choć większość stoków porasta las, sam wierzchołek jest przyjemnie otwarty – znajduje się tu naturalna hala, z której rozciągają się szerokie widoki, m.in. na Małą Fatrę. Dodatkowo stoi tu platforma widokowa, która jeszcze bardziej ułatwia podziwianie panoramy.

Na szczycie znajduje się schronisko PTTK, dzięki czemu Wielka Racza jest częstym celem wycieczek. Zimą okolica przyciąga także narciarzy – po słowackiej stronie działa rozbudowany ośrodek narciarski.

To miejsce ma też bogatą historię – od pasterskich tradycji wołoskich, przez dawne spory o granice, aż po czasy, gdy w jej lasach ukrywali się zbójnicy. Dziś to przede wszystkim popularny i lubiany kierunek wędrówek, który łączy widoki, historię i górski klimat.

Przez Halę Rycerzową do pociągu — beskidzki dzień drugi


10.04.2026


Jaworzyna

1173 m n.p.m.


Kilula

1105 m n.p.m.


Majcherowa

1111 m n.p.m.


Wielka Rycerzowa 

1226 m n.p.m.


Mała Rycerzowa 

1207 m n.p.m.


Hutyrów

744 m n.p.m.


PASMO: BESKID ŻYWIECKI

ŁAŃCUCH: KARPATY


Widok z Hali Rycerzowej
Widok z Hali Rycerzowej

Ciąg dalszy tzw. Worka Raczańskiego — czyli więcej w nogach i  więcej widoków.

Dzień przywitał nas naprawdę spektakularnie. Skoro nie udał się zachód słońca dnia poprzedniego, to góry postanowiły się zrehabilitować i zafundowały nam przepiękny wschód słońca na Wielkiej Raczy.

I powiem szczerze — dla mnie to był taki pierwszy prawdziwy raz. Kilka razy w życiu próbowałam „upolować” wschód słońca, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. A to chmury, a to zmęczenie, a to klasyczne „jeszcze 5 minut”. Tym razem się udało.

Widok? Niesamowity. Trochę jak zachód słońca… tylko odwrotnie.
Słońce powoli wyłaniało się zza czerwieniejącego nieba, rozlewając światło po okolicznych szczytach. Bajka.

Brrr… zimno było konkretnie — temperatura na solidnym minusie, ręce marzły szybciej niż zdążyliśmy zrobić zdjęcie. Ale było warto. Zdecydowanie warto było wstać wcześniej dla takich widoków.

Po tym porannym spektaklu przyszedł czas na klasykę: śniadanie, ogarnięcie się (czyli próba doprowadzenia się do stanu używalności) i ruszyliśmy dalej.

Plan na ten dzień był ambitny — powrót do samochodu, ale nie tą samą trasą. Kierunek: Rycerka PKP, a stamtąd pociągiem do Zwardonia.

Oczywiście ponownie z plecakami na plecach. Co prawda trochę lżejszymi (ubyło jedzenia), ale nadal wystarczająco ciężkimi i przypominaliśmy to sobie  przy każdym podejściu.

Hala Rycerzowa
Hala Rycerzowa

Na szlak ruszyliśmy chwilę po 7:00. Pogoda? Idealna.
Temperatura na plusie, pełne słońce i zero wiatru — czyli dokładnie to, co lubimy najbardziej.

Trasa okazała się naprawdę piękna, choć niepozbawiona wyzwań. Liczne podejścia i zejścia, momentami błoto, momentami zmarznięty, za chwilę roztopiony śnieg — taki beskidzki mix, który trzyma w czujności.

Jak to w Beskidach — sporo odcinków leśnych, ale na szczęście szlak ani przez chwilę się nie nudził. Był urozmaicony i co jakiś czas odsłaniał widoki na okoliczne szczyty, które skutecznie wynagradzały wysiłek.

Główne punkty dnia to Przełęcz Przegibek oraz Hala Rycerzowa wraz ze szczytem.

Ta druga… zrobiła robotę. Rozległa przestrzeń, jeszcze bez tej soczystej, wiosennej zieleni (trawa raczej w wersji „zaraz po zimie, proszę nie oczekiwać cudów”), ale widoki — absolutnie obłędne.

Dobra przejrzystość powietrza pozwoliła nam nacieszyć oczy beskidzkimi szczytami, a w oddali można było dostrzec m.in. Babią Górę, a także majestatycznie prezentujące się, ośnieżone Tatry.

I w takich okolicznościach człowiek mógłby leżeć i… no właśnie — nic nie robić. Po prostu patrzeć.

W ramach odpoczynku zajrzeliśmy też do schronisk: na Przegibku oraz na Hali Rycerzowej. W tym drugim — dla zainteresowanych — w menu była wegańska zupa pomidorowa, co w górach zawsze brzmi jak luksus.

Trasa okazała się dość długa i momentami dała nam w kość, ale widoki na Hali Rycerzowej były zdecydowanie nagrodą wartą tego wysiłku.

Z hali czekało nas jeszcze długie zejście do stacji w Rycerce. Na pociąg czekaliśmy około 40 minut — idealny czas, żeby usiąść, zdjąć plecak i przez chwilę poudawać, że nogi nie istnieją.

Potem już tylko 17 minut jazdy i… Zwardoń. A tam — jak wierny pies — czekał na nas nasz samochód.

Następnie ruszyliśmy do noclegu w Rajczy. Dotarliśmy dość późno, więc plan był prosty: jedzenie, szybkie ogarnięcie się i spać.

Organizm trzeba było zregenerować — w końcu kolejny dzień zapowiadał następne przygody.

Przebieg szlaku:

  • Schronisko PTTK na Wielkiej Raczy
  • Pod Małą Raczą
  • Przełęcz pod Orłem
  • Przełęcz Śrubita
  • Jaworzyna
  • Kikula
  • Przełęcz pod Banią
  • Przełęcz Przegibek
  • Schronisko PTTK na Przełęczy Przegibek 
  • Przełęcz Przegibek
  • Nad Przełęczą Przegibek
  • Majcherowa
  • Wielka Rycerzowa
  • Przełęcz Halna
  • Bacówka PTTK Na Rycerzowej 
  • Przełęcz Halna
  • Mała Rycerzowa  
  • Młada Hora
  • Hutyrów
  • Rycerka

⛰️Jaworzyna

leży sobie spokojnie między Bugajem a Kikulą, dokładnie tam, gdzie biegnie granica polsko-słowacka… czyli jednym krokiem możesz być w Polsce, a drugim już „na zagranicznych wakacjach” .

Co więcej — przez jej grzbiet przechodzi też Wielki Europejski Dział Wodny. 

Sama Jaworzyna jest dość skromna — w większości porośnięta lasem, więc nie liczcie na spektakularne panoram.  Kiedyś była tu spora polana pasterska.

Za to ciekawostka dla uważnych: idąc czerwonym szlakiem w stronę Kikuli, traficie na graniczną przecinkę, gdzie po jednej stronie rośnie naturalny las bukowy, a po drugiej — świerkowy. Dwa światy.

A jeśli dobrze się rozejrzeć przy zejściu na przełęcz w stronę Kikuli— można podejrzeć m.in. Wielką Rycerzową z Halą Rycerzową, a przy dobrej widoczności nawet masyw Pilska.

⛰️Kikula  

to szczyt w grupie Wielkiej Raczy 1105 m n.p.m.— choć równie często spotkasz wysokość 1119 m n.p.m.

To miejsce ma jednak swoją „wagę”: przebiega tędy Wielki Europejski Dział Wodny oraz granica polsko-słowacka.

Leży między Jaworzyną a Przełęczą pod Banią, ale sama Kikula jest raczej skromna: cała porośnięta lasem, bez spektakularnych panoram. Nazwa zresztą nie kłamie — pochodzi z języka wołoskiego i oznacza po prostu… zarośniętą górę.

I najważniejsze: to ta druga Kikula w okolicy. Tak, są dwie. Beskidy najwyraźniej uznały, że jedna to za mało — i zrobiły turystom mały test z orientacji.

⛰️Majcherowa

to szczyt leżący w głównym grzbiecie granicznym między Polską a Słowacją, pomiędzy Majowem a Wielką Rycerzową. Znajduje się na trasie Wielkiego Europejskiego Działu Wodnego i należy do Grupy Wielkiej Raczy.

Dziś Majcherowa jest całkowicie zalesiona, więc nie oferuje widoków ze szczytu. Dawniej jednak na jej grzbiecie znajdowała się polana – Polana Majcherowa – i to właśnie od niej pochodzi nazwa góry. 

Od strony polskiej z Majcherowej opada krótki grzbiet, który rozdziela doliny dwóch potoków, a jego fragment obejmuje leśny rezerwat przyrody Dziobaki. To obszar chroniony, gdzie zachował się naturalny fragment beskidzkiej przyrody.

Przez szczyt prowadzi czerwony szlak graniczny, natomiast nieco niżej, po polskiej stronie, biegnie szlak niebieski. Ten drugi ma ciekawą historię – powstał w czasach, gdy nie można było swobodnie wędrować wzdłuż granicy, więc poprowadzono go niżej, z dala od niej.

⛰️Wielka Rycerzowa

to szczyt w Beskidzie Żywiecko-Kisuckim, położony na granicy Polski i Słowacji. Przez jego wierzchołek przebiega Wielki Europejski Dział Wodny, czyli granica między zlewiskami Bałtyku i Morza Czarnego.

Znajduje się w głównej grani między Majcherową a Przełęczą Przysłop i stanowi ważny węzeł, od którego odchodzą boczne grzbiety m.in. w kierunku Małej Rycerzowej oraz dalej w stronę doliny Soły. W okolicy rozciąga się sieć dolin i potoków, co dobrze pokazuje zróżnicowaną rzeźbę tego terenu.

Wierzchołek jest częściowo zalesiony, dlatego widoki z samego szczytu są ograniczone i raczej wycinkowe. Zobaczyć można m.in. Wielką Raczę czy fragmenty pasma słowackiej Małej Fatry. Dużo lepsze panoramy rozciągają się z Hali Rycerzowej przy Przełęczy pod Rycerzową, skąd widać m.in. Beskid Śląski, pasmo Pilska, a przy dobrej pogodzie także Babią Górę, oraz Tatry.

Szczyt leży na terenie miejscowości Soblówka w województwie śląskim. Dawniej znany był pod nazwą Bukowina, a jego obecna nazwa pochodzi od pobliskich miejscowości Rycerka Dolna i Górna, które miały historyczne powiązania z własnością rycerską.

⛰️Mała Rycerzowa

to szczyt w Beskidzie Żywiecko-Kisuckim, należący do Grupy Wielkiej Raczy. Dawniej występował pod nazwą „Rycerzowa”.

Leży na bocznym grzbiecie odchodzącym od Wielkiej Rycerzowej i biegnącym dalej w stronę doliny Soły. W całości znajduje się po stronie polskiej i stanowi część rozbudowanego systemu grzbietów, od którego odchodzą kolejne odnogi, m.in. w kierunku Muńczoła.

Sam wierzchołek Małej Rycerzowej jest natomiast zalesiony, więc widoki są ograniczone.

Szczyt pełni też rolę zwornika dla krótkiego grzbietu Jaworzynki. W jego otoczeniu znajdują się trzy grzbiety i trzy doliny, którymi spływają potoki: Dziobaki, Danielka i Cicha.

⛰️Hutyrów

to niewysoki, spokojny szczyt położony w okolicach Rycerki, który najczęściej… po prostu się mija. Leży niedaleko czerwonego szlaku prowadzącego w stronę Rycerzowej i Soli, więc pojawia się gdzieś „po drodze”, bez większego rozgłosu.

To miejsce typowo beskidzkie – zalesione, ciche i bez spektakularnych widoków, ale dobrze wpisujące się w klimat dłuższej wędrówki. Nie jest celem samym w sobie, raczej fragmentem trasy, który pomaga spokojnie „nabierać kilometrów” przed dalszym podejściem.

Ciekawostką jest to, że nazwa Hutyrów bywa odnoszona nie tylko do samego wzniesienia, ale też do okolicznych przysiółków. To jeden z tych punktów na mapie, które nie przyciągają tłumów, ale tworzą tło dla bardziej znanych szczytów w tej części Beskidu Żywieckiego.

Pętla z Żabnicy przez hale i szczyty – beskidzki dzień trzeci


11.04.2026 


Redykalny Wierch

1144 m n.p.m.


Boraczy Wierch

1248 m  n.p.m.


Lipowski Wierch

1324 m n.p.m.


Martoszka (wypiętrzenie grzbietu Romanki)

1187 m n.p.m.


Romanka

1366 m n.p.m.


Suchy Groń

870 m n.p.m.


PASMO: BESKID ŻYWIECKI

ŁAŃCUCH: KARPATY


Widok z Hali Rysianka
Widok z Hali Rysianka

Sobota. Plan dnia? Krzysiek, jako głównodowodzący trasą, zaplanował pętelkę w Żabnicy (wyjście i powrót)

Cel: Hala Boracza → Hala Lipowska → Hala Rysianka → Romanka.

Brzmiało ambitnie. I — jak się później okazało — całkiem słusznie, bo gdzieś wyczytał, że to jedna z najpiękniejszych tras w Beskidzie Żywieckim. No to wiadomo — trzeba było sprawdzić na własnych nogach i własnymi oczami.

Już od pierwszych kroków zrobiło się klimatycznie. Szliśmy wzdłuż strumienia płynącego kaskadowo, który przyjemnie szumiał i towarzyszył nam na początkowym, asfaltowym podejściu. Taki spokojny rozruch, zanim zacznie się „prawdziwa zabawa”.

Potem odbiliśmy już na konkretny szlak leśny w stronę schroniska na Hali Boraczej. Tam krótki postój, łyk oddechu i ruszyliśmy dalej — w stronę coraz ładniejszych widoków i Hali Lipowskiej.

Pogoda? Nadal jak na zamówienie. Słońce świeciło, niebo czyste, a my mogliśmy spokojnie chłonąć górskie krajobrazy.

I wtedy zaczęło się robić naprawdę widokowo. Polany na zboczach, szczególnie te odsłonięte po prawej stronie, ukazywały majestatyczne pasma górskie, które w słońcu prezentowały się… no cóż, jak z pocztówki.

Ten klimat towarzyszył nam aż do Hali Lipowskiej i Hali Rysianka. A tam — niespodzianka.

Kwiecień zrobił swoje i hala zamiast zielonego dywanu zamieniła się w… fioletowe morze krokusów. Albo może bardziej: miękki, kwiatowy dywan utkany z tysiąca drobnych punktów. Widok naprawdę niecodzienny i robiący wrażenie.

Na halach znajdują się blisko dwa schroniska, ale… popularność tego miejsca zrobiła swoje. Nawet o tej porze roku było tam tłoczno, więc o wejściu do środka nie było mowy. Zresztą na całym szlaku spotykaliśmy sporo turystów.

Zrobiliśmy więc klasykę: własny prowiant na świeżym powietrzu — i to w takich okolicznościach przyrody smakuje zawsze najlepiej.

Mała wskazówka dla zainteresowanych: podobno pierwsze schronisko od strony Żabnicy (czyli na Hali Lipowskiej) jest zdecydowanie mniej zatłoczone i jest mniejsza kolejka do baru.

Nie zabawiliśmy jednak długo, bo słońce zaczęło się chować i trzeba było ruszać dalej w stronę Żabnicy przez szczyt Romanka.

Widok z hali - Beskid Żywiecki
Widok z hali

Dalsza część trasy to jeszcze trochę widoków, a potem już w dużej mierze marsz przez las. Dotarliśmy do Romanki, skąd czekało nas zejście… i to jakie.

Strome, długie i wymagające. A przynajmniej takie się wydawało — może dlatego, że nogi już miały swoje zdanie na ten temat.

Do tego śnieg: miejscami zmrożony, miejscami topniejący. Trzeba było bardzo uważać, żeby nie zamienić zejścia w niekontrolowany zjazd. Niektóre odcinki były wąskie i bardzo niebezpieczne, więc koncentracja wskazana.

Na taką porę roku zdecydowanie polecam raczki — serio, mogą uratować nie tylko komfort, ale i… godność.

Z ulgą dotarliśmy w końcu na łagodniejszy, prawie płaski teren i daliśmy nogom chwilę wytchnienia.

Ale żeby nie było za łatwo — tam z kolei czekało na nas błoto. I to w wersji „nie przejdziesz suchą nogą, nawet nie próbuj”.

Ale wiecie co? Dla nas to była czysta frajda. Trochę jak powrót do dzieciństwa, kiedy człowiek bez wyrzutów sumienia taplał się w błocie i był z tego dumny.

Na koniec jeszcze obowiązkowe czyszczenie butów w strumieniu — naturalna myjnia górska działa bez zarzutu.

I tak, krok po kroku, wróciliśmy do Żabnicy, zamykając naszą pętelkę.

Podsumowując: trasa częściowo bardzo widokowa, choć w dużej mierze prowadząca przez las. Myślę, że latem — kiedy wszystko jest zielone — może być jeszcze bardziej efektowna.

Ale jak to w górach bywa: coś za coś – sezon letni = więcej turystów. A my mieliśmy całkiem przyjemny balans.

Przebieg szlaku:

  • Żabnica, Skałka parking
  • Hala Boracza
  • Schronisko PTTK Na Hali Boraczej
  • Hala Boracza
  • Polana Cukiernica
  • Nad Halą Cukiernica
  • Hala Redykalna
  • Redykalny Wierch
  • Hala Bacmańska
  • Boraczy Wierch
  • Hala Bieguńska
  • Pod Lipowskim Wierchem
  • Lipowski Wierch
  • Schronisko PTTK Hala Lipowska
  • Schronisko PTTK Na Rysiance
  • Hala Rysianka
  • Przełęcz Pawlusia
  • Hala Pawlusia
  • Martoszka                                                                                            (wypiętrzenie grzbietu Romanki)
  • Romanka
  • Suchy Groń
  • Stacja Turystyczna Słowianka
  • Żabnica, Skałka parking

⛰️Redykalny Wierch

to taki szczyt, który nie robi wokół siebie wielkiego zamieszania, ale bardzo przyjemnie się go odwiedza. Ma 1144 m wysokości, więc podejście jest w sam raz – nogi trochę popracują, ale bez zbędnych dramatów i pytań „po co mi to było”.

Największy urok kryje się w okolicach Hali Redykalnej, gdzie pojawiają się szerokie widoki i przestrzeń, która aż zachęca, żeby na chwilę przystanąć. Przy dobrej pogodzie można nawet podejrzeć Tatry, a wtedy każdy przez moment czuje się jak znawca górskich panoram.

Przebiegający tędy Główny Szlak Beskidzki sprawia, że wiele osób trafia tu „po drodze”, ale to zdecydowanie jeden z tych przystanków, które zapadają w pamięć. 

⛰️Boraczy Wierch

to szczyt, który spokojnie siedzi sobie w grzbiecie między Rysianką a Redykalnym Wierchem i nie robi wokół siebie wielkiego szumu.

Szczyt jest w większości zalesiony, więc nie licz na spektakularne widoki dokładnie z wierzchołka. Na szczęście natura szybko to wynagradza – na stokach czekają polany: Hala Bacmańska, Hala Gawłowska i Hala Bieguńska, gdzie robi się przestronnie i znacznie bardziej „widokowo”. Czyli klasyczny beskidzki układ: trochę lasu, trochę podejścia, a potem nagroda.
Ciekawostką jest też źródło wody siarkowej w okolicy potoku o wdzięcznej nazwie… Śmierdzący Potok. Brzmi groźnie, ale podobno ma właściwości lecznicze – czyli coś za coś.
Przez Boraczy Wierch przebiega granica między Żabnicą a Złatną, więc można stanąć jedną nogą „tu”, drugą „tam” i poczuć się jak zdobywca dwóch miejsc naraz. A sama nazwa? Też miała swoje przygody – kiedyś funkcjonowała jako Boracza, potem ktoś namieszał z nazwą Motyków Wierch, aż w końcu w 1981 roku oficjalnie ustalono: zostaje Boraczy Wierch. I tak już zostało – bez dalszych eksperymentów.

⛰️Lipowski Wierch 

to jeden z wyższych szczytów Grupy Lipowskiego Wierchu i Romanki, położony w bocznym grzbiecie Beskidu Żywieckiego. Grzbiet ten łączy okolice Rysianki z Redykalnym Wierchem i jednocześnie rozdziela doliny Żabniczanki i Bystrej.

Choć Lipowski Wierch jest wysoki i rozległy, sam wierzchołek jest mało wyraźny i zalesiony. Nie daje widoków, bo porasta go górnoreglowy las świerkowy. Dużo ciekawsze są okolice poniżej – szczególnie Hala Lipowska, gdzie znajduje się schronisko PTTK i rozległa polana widokowa.

Masyw ma też interesującą budowę geologiczną – występują tu m.in. formy osuwiskowe, szczeliny i młaki, a całość jest objęta ochroną przyrodniczą w ramach rezerwatu Lipowska.

Nazwa szczytu pochodzi od lip, które kiedyś mogły porastać jego stoki. Dziś Lipowski Wierch jest przede wszystkim ważnym punktem na szlaku graniowym – niepozornym na samej górze, ale bardzo atrakcyjnym w jego dolnej, halnej części.

⛰️Zamkowski Wierch ( Martoszka)

to taki trochę „szczyt-nie szczyt” w grzbiecie Romanki. Leży sobie spokojnie między przełęczą Pawlusia a Romanką.

Oficjalnie nazywa się Zamkowski Wierch, ale historycznie funkcjonuje jako Martoszka. 

Widokowo jest tu całkiem ciekawie.
Z jednej strony (tej od Sopotni) znajdziesz trawiaste hale, jak Hala Łyśniowska, a z drugiej (od Żabnicy) więcej lasu, choć niżej pojawia się Hala Wieprzska. 

Tędy biegnie granica między Żabnicą a Sopotnią Wielką.

Podsumowując: Zamkowski Wierch to nie jest miejsce, które krzyczy „tu musisz wejść!”. Ale jeśli już idziesz grzbietem Romanki, to właśnie takie „po drodze” miejsca często robią klimat całej trasy.

⛰️Romanka 

to najwyższy szczyt Grupy Lipowskiego Wierchu i Romanki oraz jedna z bardziej „poważnych” gór w tej części Beskidów. Wyróżnia się dużą różnicą wysokości względem dolin – od okolic Cięciny i Wieprza wchodzi się niemal na tysiąc metrów w górę, co już robi wrażenie.

Masyw Romanki jest mocno rozbudowany – od szczytu odchodzą grzbiety m.in. w stronę Skały i Kotarnicy, a w jej zbocza wcinają się doliny trzech potoków. Wierzchołek jest jednak zalesiony i nie oferuje widoków, bo porasta go górnoreglowy las świerkowy. Ten las bywa trudny i surowy, silnie narażony na wiatr i warunki pogodowe, dlatego jego wygląd jest miejscami bardzo „dziki” i naturalny.

To także obszar cenny przyrodniczo – od lat 60. XX wieku funkcjonuje tu rezerwat chroniący fragmenty pierwotnych lasów karpackich. Spotkać tu można wiele gatunków zwierząt typowych dla Beskidów, w tym jelenie, wilki, rysie, a nawet niedźwiedzie.

Romanka ma również bogatą historię turystyczną i wojenną – działały tu dawne szlaki z końca XIX wieku, istniało schronisko narciarskie, a w czasie II wojny światowej tereny te wykorzystywali partyzanci. Dziś przez masyw prowadzi kilka szlaków, ale sam wierzchołek pozostaje spokojny, leśny i bez panoramicznych widoków – bardziej „górski w środku” niż „widokowy na zewnątrz”.

⛰️Suchy Groń

to niewielkie, niepozorne wzniesienie, które trochę jak cichy bohater – jest, robi swoje, ale nie domaga się oklasków. Leży na grzbiecie łączącym Romankę ze Skałą i co ciekawe… na niektórych mapach nawet nie dorobił się własnej nazwy. 

Największym atutem tego miejsca jest polana Kupczykowa, która rozciąga się szeroko na jego stokach. To właśnie tu robi się jasno, przestronnie i bardzo przyjemnie, a do tego pojawiają się zabudowania Żabnicy – więc zamiast dzikiej pustki mamy swojski, górski klimat. Z jednej strony widoki i otwarta przestrzeń, z drugiej – świadomość, że cywilizacja jednak gdzieś tu zagląda.
Sam wierzchołek i okolice są częściowo bezleśne, co w Beskidach zawsze jest miłą odmianą, bo oznacza jedno: można coś zobaczyć, a nie tylko zgadywać, co kryje się za drzewami. Z kolei druga strona góry, opadająca w stronę doliny Sopotnianki, jest już bardziej klasyczna – zielona, leśna i spokojna.
Przez Suchy Groń przebiegają szlaki turystyczne, więc raczej nie trafia się tu przypadkiem. Ale to właśnie takie miejsca często okazują się najprzyjemniejsze – bez tłumów za to z widokiem i spokojem, który robi całą robotę.

Pilsko – szybkie podejście i panorama na szczyty – beskidzki dzień czwarty


12.04.2026


Góra Pięciu Kopców 

1534 m n.p.m.


Pilsko

1557 m n.p.m.


PASMO: BESKID ŻYWIECKI

ŁAŃCUCH: KARPATY


Na szczycie Pilsko
Na szczycie Pilsko

Tak się złożyło, że na dzień powrotu nie mieliśmy przygotowanego „idealnego” szlaku. Krzysiek co prawda coś kombinował w pobliskim rejonie, ale wyszła z tego trasa raczej z tych ambitnych… a my na powroty mamy swoją filozofię: krótko, przyjemnie i bez presji, bo przecież przed nami jeszcze długa droga do domu i brutalny powrót do rzeczywistości (czytaj: pobudka do pracy o świcie).

I wtedy pojawiła się Magda, towarzyszka wędrówek – cała na biało (a właściwie na górsko) – z propozycją: Pilsko.
No i zaczęło się moje marudzenie. Bo dla mnie Pilsko to jeden z najpiękniejszych szczytów, do którego mam ogromny sentyment. Byliśmy tam 8 lat temu (tutaj) i była to jedna z tych tras, które zapisują się w sercu na długo – długa, urozmaicona, letnia… taka idealna. A tu? Krótka wersja. I to jeszcze w wiosenno-zimowym wydaniu.

No ale… dałam się namówić. I wiecie co? Dobrze zrobiłam.

Zaparkowaliśmy przy Przełęczy Glinne ( parking bezpłatny) i od razu weszliśmy w las. Szlak od początku prowadził pod górę – najpierw łagodnie, później trochę bardziej konkretnie. Pojawiły się kamienie, błoto po topniejącym śniegu i w końcu sam śnieg, który towarzyszył nam już praktycznie do samego szczytu.

Ja nie kombinowałam – założyłam raczki i od razu życie stało się prostsze. Zamiast walczyć o każdy krok, można było po prostu iść i… cieszyć się chwilą.

Co jakiś czas, oglądając się za siebie (a warto było!), między drzewami zaczęły pojawiać się widoki. A kiedy wyszliśmy wyżej na hale – zrobiło się naprawdę magicznie. Na horyzoncie dumnie prezentowała się Babia Góra – królowa Beskidu Żywieckiego. I powiem Wam jedno:
to był jeden z tych momentów, kiedy częściej patrzy się za siebie niż przed siebie.

Im wyżej, tym stromiej i coraz więcej śniegu. Podejście na sam szczyt nie było najłatwiejsze, ale spokojne tempo zrobiło swoje – bez spiny, bez zadyszki, za to z uśmiechem. No i pogoda… słońce zrobiło całą robotę.

W drodze do schroniska na Hali Miziowej
W drodze do schroniska na Hali Miziowej

Na szczycie – petarda. Otwarta przestrzeń i widoki 360 stopni, które naprawdę robią wrażenie. Jedyny minus? Tym razem nie było widać naszych ukochanych Tatr… ale i tak było na co patrzeć.

Po nacieszeniu oczu ruszyliśmy w stronę Hali Miziowej… i tu zaczęła się zabawa. skróciliśmy sobie odcinek i zeszliśmy nieczynnym już, ale dobrze zaśnieżonym stokiem zjazdowym.
Zejście było bardzo, bardzo strome. Serio – takie, że człowiek zaczyna rozważać różne techniki: od kontrolowanego ślizgu po eleganckie „zjazdy na czterech literach”. Ja jednak, uzbrojona w kijki zeszłam bez żadnych spektakularnych fikołków, a Krzysiek ich nie potrzebował.

Na hali szybki odpoczynek i ruszyliśmy dalej w dół czerwonym szlakiem. I powiem tak – dzięki raczkom zejście było zaskakująco przyjemne. Nawet na tyle, że sporą część trasy… zbiegłam, próbując dotrzymać kroku Krzyśkowi.

W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie nasza trasa połączyła się z podejściem, gdzie wchodziliśmy na górę. Dalej już – zejście (tym razem przez bardziej błotnisty niż rano odcinek) do parkingu.

Zrobiliśmy ten szlak szybciej niż pokazywała mapa.

Ale najważniejsze jest coś innego.
To był dla mnie najbardziej relaksacyjny dzień całego wyjazdu. Bez ciśnienia, bez zmęczenia, za to z głową, która w końcu się wyciszyła.

Czasem właśnie takie „krótkie i niepozorne” trasy okazują się najlepsze.
Bo nie zawsze chodzi o kilometry, przewyższenia i rekordy.

Czasem chodzi po prostu o to, żeby:
iść, oddychać… i na chwilę zostawić wszystko za sobą. 

Przebieg szlaku:

  • parking, Przełęcz Glinne 
  • Las Suchowarski, (dalej niebieskim szlakiem)
  • Góra Pięciu Kopców
  • Pilsko granica
  • Pilsko
  • Góra Pięciu Kopców
  • Hala Słowikowa
  • Pod Kopcem
  • Hala Miziowa, Schronisko PTTK Na Hali Miziowej  
  • (szlakiem czerwonym do Lasu Suchowarskiego)
  • Przełęcz Glinne, parking

⛰️Góra Pięciu Kopców

to rozległe, płaskie wypłaszczenie na północnym grzbiecie Pilska i jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w tej części Beskidów. Leży na głównym grzbiecie granicznym, którym biegnie również Wielki Europejski Dział Wodny, choć – co ciekawe – nie jest najwyższym punktem okolicy, mimo że to właśnie tędy prowadzi główna grań.

To miejsce ma formę szerokiej platformy szczytowej, częściowo porośniętej kosodrzewiną, częściowo halami i rumowiskiem skalnym. Dzięki temu jest bardziej otwarte niż wiele innych beskidzkich szczytów i oferuje dobre widoki, szczególnie w stronę północną.

Przez Górę Pięciu Kopców prowadzą szlaki turystyczne i jest to ważny węzeł na trasach w rejonie Pilska. Co istotne, przez długi czas po II wojnie światowej był to najwyższy punkt dostępny dla turystów po polskiej stronie, ponieważ samo Pilsko leżało w strefie przygranicznej i było zamknięte.

Pomiędzy Górą Pięciu Kopców a Pilskiem znajduje się jedno z najwyżej położonych źródeł w Beskidach, które wypływa z kosodrzewiny i szybko znika w terenie. Poniżej rozciągają się hale pasterskie i schronisko na Hali Miziowej, które stanowią główną bazę w tym rejonie.

⛰️Pilsko

to drugi najwyższy szczyt tego regionu, zaraz po Babiej Górze i jeden z najbardziej charakterystycznych masywów w Beskidach. Choć często nazwą „Pilsko” obejmuje się cały masyw, sam główny wierzchołek znajduje się już po stronie słowackiej, a na granicy biegnie nieco niższa Góra Pięciu Kopców.

Szczyt leży na głównym grzbiecie, którym przebiega granica polsko-słowacka oraz Wielki Europejski Dział Wodny. Kopuła szczytowa jest szeroka i płaska, porośnięta kosodrzewiną i trawami, przez co w złych warunkach pogodowych może być trudna orientacyjnie.

Pilsko słynie z rozległych widoków – przy dobrej pogodzie widać stąd Beskidy, Tatry, a nawet dalsze pasma gór. U jego podnóża, po stronie polskiej, znajduje się Hala Miziowa z dużym schroniskiem PTTK i węzłem szlaków, co czyni to miejsce jednym z głównych punktów wypadowych.

Masyw jest też ważny przyrodniczo – występują tu rzadkie gatunki roślin i rozległe strefy kosodrzewiny, a część obszaru objęta jest rezerwatami po obu stronach granicy. Pilsko ma również długą historię turystyczną i narciarską – zimą działa tu jeden z większych ośrodków narciarskich w Polsce.

To góra duża, wyraźna, z przestrzenią, widokami i zmienną pogodą, która potrafi całkowicie odmienić odbiór szczytu.

Podsumowanie

Cztery dni w górach minęły zdecydowanie za szybko, ale dały nam wszystko, czego było nam trzeba – ruch, piękne widoki i totalne oderwanie od codzienności.

Każdy dzień był inny: trochę wysiłku, trochę przygody i sporo śmiechu. Były momenty wymagające, ale jeszcze więcej takich, dla których warto było iść dalej.

Najlepsze?
Spokój w głowie i przekonanie, że takie wyjazdy to najlepsza forma resetu.

I dokładnie po to się chodzi w góry. 🏔️

Co dalej?

Przed nami Półmaraton Poznań – więc zmieniamy górskie szlaki na asfalt i łapiemy biegowy rytm. Chwila regeneracji i znów stajemy na starcie, gotowi na kolejną przygodę.

Nie przegap żadnych relacji!

🔗 Wskakuj do nas na Facebooka

Zobacz wersję ruchomą naszej wędrówki

skróty:

całe filmy:

🌿 Nasze relacje to opowieści, nie zachęta do podejmowania ryzyka.

Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.

Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.

👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego działania oraz w celach analitycznych
odrzuć
akceptuj