LETNIE TATRY Z ZIMOWYM PAZUREM
SPIS TREŚCI
ToggleI znowu Tatry!
Jeszcze dobrze nie opadł kurz po naszym ostatnim tatrzańskim wypadzie, a my już pakowaliśmy plecaki na kolejne spotkanie z górami. Minęły może dwa miesiące, a tęsknota za szlakami, widokami i tą szczególną adrenaliną znów dała o sobie znać. Wpadliśmy po uszy. Tatry nas wciągnęły jak czarna dziura – raz wejdziesz i już nie zejdziesz taki sam.
Tym razem cel mieliśmy ambitny – Rysy. Najwyższy szczyt polskich Tatr. Myśleliśmy sobie: „mamy raki, mamy kaski, mamy nawet czekany – to chyba wystarczy?” Ale na miejscu szybko sprowadzono nas na ziemię. Już w drodze usłyszeliśmy w radiu, że szlak na Rysy tylko dla doświadczonych turystów, którzy umieją korzystać ze sprzętu zimowego. A my? No cóż… sprzęt mieliśmy, ale doświadczenie w posługiwaniu się nim – raczej z filmików na YouTube. Po rozmowach z innymi wędrowcami, którzy także musieli się obejść smakiem, uznaliśmy, że nie będziemy się rzucać z motyką na słońce. Rysy poczekają – jeszcze przyjdzie ich czas.
I tak powstał plan B. A może nawet lepszy niż A?
Dzień 1 - Rozruch w rytmie Siklawicy
Po sześciu godzinach w samochodzie człowiek ma dwie opcje: paść na łóżko lub iść „się przejść”. No to się przeszliśmy.
Na pierwszy ogień poszła Siklawica – lekka trasa na rozgrzewkę. Śniegu nie było ani grama, lato hulało w najlepsze, ptaszki ćwierkały, szlaki suche – żyć, nie umierać. Przeszliśmy kawałek dalej, żeby poczuć, że jesteśmy w górach, a nie na deptaku. Pogoda jak z reklamy – słońce, lekki wiaterek, zero burzowych chmur. Idealny dzień, by rozruszać nogi i przygotować się psychicznie na kolejne górskie podboje. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że od jutra zacznie się jazda bez trzymanki – nie jednak z trzymanką.
Przebieg szlaku:
- Dolina Strążyska, parking
- Polana Strążyska
- Siklawica
- Przełęcz w Grzybowcu
- Wielka Polana w Dolinie Małej Łąki
- Przysłop Miętusi
- Staników Żleb
- Nędzówka
- Gronik
- Za Bramką
- Dolina za Bramką
- Za Bramką
- Dolina Strążyska, parking
💦 Siklawica
To nie jest może Niagara, ale ma swój niepowtarzalny urok – wodospad spada tu z ponad 20 metrów, rozbijając się o skały z taką energią, że aż chlapie wokół chłodną mgiełką. Idealny na upalne dni, bo nawet jeśli nie wejdziesz pod samą wodę (co zresztą nie jest wskazane, bo kamienie śliskie jak na lodowisku), to poczujesz natychmiastowy efekt „klimatyzacji naturalnej”. Otoczona lasem i niemal ukryta w górskim zagajniku, Siklawica jest takim małym sekretnym zakątkiem, gdzie można złapać oddech, posłuchać szumu wody i pomyśleć: „No niezły, natura potrafi zrobić show!”
A jak przypadkiem zatrzymasz się na dłużej, możesz też spróbować powalczyć z mgiełką wodospadu – idealna zabawa dla dużych i małych poszukiwaczy ochłody!
Dzień 2 – Szpiglasowy Wierch zamiast Rysów: śnieg, łańcuchy i zachwyt
Skoro Rysy musiały poczekać, to padło na Szpiglasowy Wierch. Trasa z Morskiego Oka przez Dolinę Pięciu Stawów – czyli ta, z której w kwietniu musieliśmy się wycofać przez lawiny. Tym razem – sukces! Śnieg jeszcze zalegał miejscami, więc raki się przydały, ale już nie było śnieżnych pułapek.
To była dobra decyzja. Szlak piękny, umiarkowanie wymagający, z elementami „ekscytacji dla początkujących”, czyli łańcuchy, śliskie kamienie i podejścia, przy których serducho bije mocniej – ze stresu, nie z wysiłku.
Mówią, że to najpiękniejszy szlak w polskich Tatrach – i coś w tym jest. Widoki nie dały o sobie zapomnieć: zielone zbocza, biel śniegu, granitowe skały i niebieskie stawy. Tatry w wersji moro – natura w kamuflażu.
Wejście z przełęczy dało mi popalić. Gdy tylko dotarłam na górę, przykleiłam się do słupka, jakby miał mnie ochronić przed grawitacją. Zejście? Raki, skały, trochę łańcuchów – strach ma wielkie oczy, a ja okazałam się całkiem sprawna. Krzysiek oczywiście jak kozica – zero stresu, pełna kontrola, a do tego jeszcze robił zdjęcia.
Potem zeszliśmy do Piątki (Dolina Pięciu Stawów Polskich) – i znowu bajka. Śnieg kontrastował z zielenią, a stawy mieniły się błękitem. Wielka Siklawa robiła efekt wow – śnieg topniał, woda rwała, część spływała pod śniegiem i wypływała dalej. Żywa ilustracja z podręcznika geografii. Można było stać i patrzeć godzinami. Ale my przecież wędrowcy – więc ruszyliśmy dalej.
Przebieg szlaku:
- Palenica Białczańska
- Droga Oswalda Balzera
- Wodogrzmoty Mickiewicza
- Schronisko PTTK przy Morskim Oku
- Morskie Oko
- Odejście na Szpiglasową Przełęcz
- Dolina za Mnichem
- Szpiglasowa Przełęcz
- Szpiglasowy Wierch
- Szpiglasowa Przełęcz
- Dolina Pięciu Stawów Polskich
- Siklawa
- Dolina Roztoki
- Wodogrzmoty Mickiewicza
- Droga Oswalda Balzera
- Palenica Białczańska

to taki tatrzański „twardziel” – szczyt, który nie daje satysfakcji za darmo. Pokazuje, że piękno i wyzwanie mogą iść w parze. Trasa prowadzi przez Dolinę Pięciu Stawów Polskich, gdzie natura rozpieszcza oczy jeziorami i szczytami, a potem zaczyna się prawdziwa zabawa: skały, łańcuchy, momentami wspinaczka – czyli to, co każdy górski fan uwielbia (albo przynajmniej próbuje polubić).
Nie ma tu miejsca na nudę, bo trzeba się naprawdę postarać, by nie zrobić „turystycznych koziołków”. A widoki? Z wierzchołka rozpościera się panorama, która powala na kolana nawet najbardziej zatwardziałych miłośników kanapy. Z jednej strony błękitne stawy, z drugiej strzeliste szczyty, a wszystko to pod czujnym okiem górskich orłów i… czasem kumulujących się chmur, które przypominają, że góry lubią sobie z nami pożartować.
Dla tych, którzy lubią poczuć trochę adrenaliny i jednocześnie nacieszyć się tatrzańskim pięknem – Szpiglasowy Wierch to pozycja obowiązkowa. Idealny kompromis między „czy dam radę?” a „wow, ale tu jest pięknie!”. Jeśli złapiesz oddech na którymś z łańcuchów, to znak, że jesteś już naprawdę blisko – i lepiej nie spiesz się, bo taki widok trzeba celebrować jak dobry moment w życiu!
Dzień 3 – Karb i... Kościelec: czyli jak się daje wciągnąć na szczyt
Ten dzień to był totalny spontan. Zupełnie nie planowaliśmy atakować żadnego poważnego szczytu – chcieliśmy po prostu pospacerować, nacieszyć się widokami, powdychać górskiego powietrza bez stresu. Planowaliśmy dojść najwyżej na Karb. No właśnie… „najwyżej”.
Droga od Czarnego Stawu Gąsienicowego była dla mnie przyjazna – prowadziła tzw. zimowym obejściem przez ogromne głazy i miejscami śnieg, który jeszcze nie zniknął. Szło się umiarkowanie ciężko, ale dałam radę. Po drodze widoki rekompensowały wszystko. Słońce, granatowa tafla stawu, szczyty dookoła jak z bajki.
I wtedy go zobaczyliśmy. On. Monumentalny, ciemny, surowy. Kościelec. A pod nogami tabliczka z napisem „Kościelec – 45 minut”. Krzysiek spojrzał na mnie jak dziecko na nową zabawkę: Spróbujemy. A ja? Tak niechętnie. Po przemyśleniach (no bo szybko nie będzie takiej okazji), z bijącym sercem i pełną gamą emocji – od ekscytacji po wewnętrzną panikę – powiedziałam: Dobra. Idziemy.
Na początku było w miarę – kamienie, skały, trochę stromizn. Ale szybko zrobiło się poważnie. Pierwszy trudny fragment – ciasny, stromy komin, który wymuszał wspinaczkę. Adrenalina tak mi buzowała, że miałam wrażenie, jakbym zaraz miała lewitować. Przez głowę przelatywało mi jedno pytanie: Jak ja stąd potem zejdę?! Ale w głowie nie było odwrotu – wspinałam się dalej.
Następnie – szeroka, niemal płaska, skośna płyta skalna. Na pozór łatwa, ale na niej tylko wąska krawędź do postawienia stopy.
Ostatni trudny fragment był tuż przed szczytem. Znów trzeba było się wspinać rękami. Ale kiedy w końcu stanęliśmy na górze – było warto. Widoki cieszyły oko i serce. Zero wiatru. Ciepło. Cisza. Tylko my i szczyty dookoła. Zrobiliśmy zdjęcia, ale żadne z nich nie oddaje tego, co czuliśmy tam na górze. Triumf, ulga, zachwyt.
Tyle że… trzeba było jeszcze zejść.
I wtedy zaczęło się naprawdę. Zejście tym samym szlakiem, który wcześniej tak mnie przerażał, teraz urósł w moich oczach do rangi toru przeszkód. I tak pierwsze kroki na zejściu – dla osób z długimi nogami to żaden problem. Ale ja? Próbowałam dosięgnąć skały, napinałam każdy mięsień. Czułam, jak moje nogi się wydłużają z wysiłku. I wtedy Krzysiek, mój osobisty ratownik TOPR, złapał moją nogę i lekko naciągnął ją na właściwy punkt. Udało się! A potem zobaczyłam, że nie tylko ja mam problem – dwie dziewczyny, które mijały nas po drodze, także zesztywniały ze strachu. Krzysiek z klasą pomógł również im – spokojny, cierpliwy, konkretny. Mój bohater.
Zejście z komina poszło lepiej niż się spodziewałam. Dalej trasa prowadziła już w dół, nieco stromo, ale bez większych trudności. Tylko jedno miejsce wymagało jeszcze ostrożności – niewielki płat śniegu i lodu, gdzie można było się poślizgnąć – ale przeszliśmy bez problemu.
Kościelec dał mi w kość. Bałam się. Walczyłam ze sobą. Ale też poczułam, że mogę więcej, niż myślałam. Nie jest to szczyt dla każdego – i dziś już wiem dlaczego.
Leży dokładnie przy głównej trasie prowadzącej na Kasprowy Wierch, więc kusi turystów swoją dostępnością – taka „łatwa zdobycz w spontanie”. A tymczasem to jedno z najtrudniejszych wejść w polskich Tatrach – Kościelec figuruje na liście 10 najtrudniejszych szczytów w Polsce, a jego położenie tylko pozornie czyni go „łatwym celem”.
Nie ma żadnych sztucznych zabezpieczeń. Tu liczy się doświadczenie, pewność w ruchu i brak lęku wysokości. I ogromny respekt wobec gór.
Ja – choć z duszą na ramieniu – weszłam i zeszłam. A teraz, z bezpiecznej perspektywy… jestem z siebie dumna. I zastanawiam się, czy kolejny raz powtórzyłabym zdobywanie tego szczytu.
Przebieg szlaku:
- Kuźnicka Polana
- Kuźnice
- Potok Bystra
- Przełęcz między Kopami (Karczmisko)
- Betlejemka
- Hala Gąsienicowa, Stacja IMGW
- Czarny Staw Gąsienicowy
- Karb
- Kościelec
- Karb
- Zielony Staw Gąsienicowy
- Kolejka krzesełkowa Gąsienicowa, stacja dolna
- Hala Gąsienicowa
- Schronisko PTTK Murowaniec
- Betlejemka
- Przełęcz między Kopami (Karczmisko)
- Odejście na Nosalową Przełęcz
- Potok Bystra
- Kuźnice
- Kuźnicka Polana
🌄Karb
niby mała przełęcz, a potrafi zaskoczyć. Z jednej strony Czarny Staw Gąsienicowy, z drugiej – wyniosły Kościelec. Karb leży gdzieś pomiędzy „jeszcze dam radę” a „kto mnie tu w ogóle wciągnął?”, ale spokojnie – to tylko kilkaset metrów podejścia i trochę sapania na zakosach. A potem… nagroda!
Widoki z Karbu to prawdziwy tatrzański klasyk. Czarny Staw błyszczy jak tafla szkła, a okoliczne szczyty układają się w krajobraz jak z folderu turystycznego. Idealne miejsce na szybki odpoczynek, łyk herbatki z termosu i chwilę zadumy w stylu: „No dobra, było warto”.
Warto tylko uważać, bo czasem potrafi tam solidnie zawiać. Ale jak już się wdrapiesz, usiądziesz na kamieniu i spojrzysz w dół, to możesz sobie pogratulować. Karb to taka mała, kamienna satysfakcja na trasie – niepozorna, a cieszy jak pierwszy łyk kawy po nieprzespanej nocy.

Zwany jako polski Matterhorn. Z daleka wygląda jak potężny ołtarz, czyli miejsce, gdzie nawet skały wyglądają jakby miały coś ważnego do powiedzenia. Podejście na Kościelec to już nie spacerek na niedzielę – to raczej „górska szkoła przetrwania”.
Jeśli masz ochotę na trochę wyższy poziom wędrowania, Kościelec to miejsce, gdzie trzeba włożyć nie tylko buty trekkingowe, ale i solidną dawkę skupienia. Zapomnij o sztucznych ułatwieniach — tu nie ma wind, schodów ani rolkowych ścieżek, tylko naturalna skała i… Twoje umiejętności.
Dla tych, którzy nie boją się wyzwań, Kościelec to prawdziwy triumf — zdobywasz nie tylko szczyt, ale i poczucie, że naprawdę jesteś częścią górskiej przygody. A dla tych, którzy jeszcze się wahają — Kościelec mówi wprost: „Nie przychodź tu, jeśli lubisz wygodę, ale jeśli chcesz poczuć prawdziwą moc Tatr, czekam!”
Podsumowując: Kościelec to szczyt, który wymaga szacunku, szczyptę odwagi i odrobinę górskiego szaleństwa — ale nagroda? Widoki i satysfakcja, które zostają na długo, nawet po zejściu.
Dzień 4 - Podziemne Tatry i… niepluszowa niespodzianka
Po emocjach z poprzednich dni postanowiliśmy zejść pod ziemię. Dosłownie. Na koniec wybraliśmy coś innego – jaskinie. Tatry to przecież nie tylko szczyty i przełęcze, ale też tajemnicze, ciemne wnętrza.
Szczerze? Bałam się. Klaustrofobia to nie żarty, a po obejrzeniu kilku filmów o grotołazach miałam już czarne wizje przeciskania się przez wąskie gardła, gdzie człowiek z ledwością oddycha. Ale na szczęście – tym razem – strach znów miał wielkie oczy. Przeszliśmy przez kilka jaskiń, żadnych ekstremalnych ciasnot, raczej ciekawostki natury, które można spokojnie zobaczyć bez potrzeby przeciskania się jak robak przez szczelinę.
A potem – niespodzianka. Miła czy niemiła? Raczej ta druga… W Wąwozie Kraków, niedaleko jaskini, spotkaliśmy niedźwiedzia. Na szczęście w bezpiecznej odległości, a on – zajęty czymś, co znalazł do przekąszenia – nie zwrócił na nas szczególnej uwagi. Ale emocje? Ohoho! Nagle człowiek czuje się jak najmniejszy element tatrzańskiego łańcucha pokarmowego…
Wrażeń nie brakowało. Góry pokazały nam różne swoje oblicza – od łagodnych dolin, przez zaśnieżone granie, aż po tajemnicze jaskinie i dziką przyrodę. Ten dzień był spokojniejszy, ale nie mniej wyjątkowy.
Przebieg szlaku:
- Kiry
- Cudakowa Polana
- Wyżnia Kira Miętusia
- Lodowe Źródło
- Skała Sowa
- Polana Pisana
- Jaskinia Mylna
- Jaskinia Raptawicka
- Wąwóz Kraków
- Jaskinia Smocza Jama
- Polana Pisana- Kiry ( powrót)
🦇 Jaskinia Raptawicka
Najpierw trzeba pokonać wyślizgane skały, pomagając sobie łańcuchami – to już małe wyzwanie dla równowagi. Potem czeka zejście po metalowej drabinie, które podkręca emocje.
Tuż przy wejściu stoi niewielka kapliczka — świadek wielu lat i historii tego miejsca. Wnętrze jaskini jest przestronne i idealne dla początkujących, oferując pierwsze doświadczenia podziemnego świata.
🔦Jaskinia Mylna
Królowa tatrzańskich jaskiń turystycznych — mierzy około 1300 metrów, z czego do zwiedzania udostępniono około 300. Wnętrze jest chłodne (około 5°C), ciemne i miejscami bardzo wąskie, na pewnym znajduje się odcinku przejście z łańcuchami. Potrzebna jest latarka, dobry humor i odrobina odwagi, bo czeka tu labirynt wąskich przesmyków, stromych kominków i skalnych szczelin, które niejednego przyprawiły o dreszcz emocji.
Jaskinia ma też mroczną historię — pewien ksiądz, który badał jej zakamarki, zaginął tam na długo, a jego ciało odnaleziono dopiero po dwóch latach. Ta tajemnica tylko dodaje temu miejscu niepowtarzalnego charakteru. Idealne miejsce dla tych, którzy szukają niecodziennych wrażeń i chcą odkryć bardziej tajemnicze oblicze Tatr.
🐉 Jaskinia Smocza Jama
Wejście przez pionową, metalową drabinkę – to już nielada wyzwanie. Jaskinia jest krótka (ok. 30 m), ale klimatyczna: wilgotna, chłodna, z oddechem historii i legend. Mówi się, że to miejsce dawnych zbójników i smoków (czyli idealne dla fanów fantastyki i tajemnic). Warto tu zajrzeć, żeby poczuć ducha gór i posłuchać, jak szumią podziemne opowieści.
Kilka praktycznych wskazówek na wyprawę do jaskiń:
Latarka lub czołówka koniecznie, najlepiej z zapasowymi bateriami.
Ciepłe ubranie — temperatura w jaskiniach to około 4-6°C przez cały rok, więc nawet latem przyda się coś na chłód.
Solidne buty z dobrą podeszwą, bo bywa ślisko i kamienisto.
Nie zapomnij o kasku, jeśli planujesz wejścia do bardziej wymagających jaskiń lub wspinaczkę po metalowych klamrach.
I najważniejsze: odwaga i otwarty umysł na podziemne niespodzianki!
Podsumowanie
Nie zdobyliśmy Rysów – i dobrze. Zdobyliśmy Szpiglas, Kościelec, pokonaliśmy własne lęki i udowodniliśmy sobie, że jeszcze wiele przed nami. Latem w Tatrach można się opalać, zjeżdżać na tyłku po śniegu, cieszyć wodospadem i… rozciągać kończyny do granic możliwości.
Każdy dzień był inny, ale wspólny mianownik był jeden – zachwyt. Wracamy bogatsi o doświadczenia i z planem: Rysy jeszcze poczekają, ale nie za długo.
Co dalej?
Już wkrótce zapraszamy na kolejną górską opowieść w Tatrach Zachodnich! Będzie i sielsko. A wisienka na torcie będzie Świnica – szczyt w wysokich tatrach z charakterem. Sprawdźcie, czy znowu daliśmy się zaskoczyć górom i… sobie samym!
Nie przegap żadnych relacji!
🔗 Wskakuj do nas na FacebookaDzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.
Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.
👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.









































































