GÓRY CHOCZAŃSKIE: WIELKI CHOCZ, SESTRČ I ZAMEK LIPTOWSKI
SPIS TREŚCI
ToggleGóry Choczańskie – mniej turystów, więcej górskich wyzwań
Góry Choczańskie (Chočské vrchy) to niewielkie pasmo górskie na Słowacji, położone w Karpatach Zachodnich. Rozciągają się na długości około 18 km, więc na mapie nie zajmują wiele miejsca, ale spokojnie – nie trzeba być wielkimi górami, żeby dać człowiekowi w kość!
Zamiast jednego długiego grzbietu znajdziemy tu kilka oddzielnych masywów, skaliste szczyty i głębokie doliny. Nie brakuje też wapiennych skał, dolomitów, jaskiń i ciekawych form krasowych. Do najbardziej znanych miejsc należą Dolina Prosiecka i Dolina Kwaczańska, które przyciągają miłośników górskich wędrówek.
Góry Choczańskie sąsiadują między innymi z Tatrami Zachodnimi i Wielką Fatrą.
Krótko mówiąc: małe pasmo, sporo skalistego charakteru i całkiem konkretne górskie wyzwania.
Góry Choczańskie mogą być więc świetną propozycją dla osób, które lubią górskie wędrówki z dala od największych i najbardziej znanych tatrzańskich szlaków. A jeśli ktoś szuka konkretnego celu, jest nim oczywiście Wielki Chocz – najwyższy punkt całego pasma
WRACAMY NA SŁOWACKIE SZLAKI!
Minęły dwa miesiące, a my znowu na szlaku! Ostatnio coraz częściej zaglądamy na Słowację, bo wciąż szukamy miejsc, których jeszcze nie znamy. Sporo szlaków w Polsce mamy już za sobą. I żeby nie było, polskie góry bardzo lubimy, bo są piękne i potrafią nieźle zaskoczyć. Ale Słowacja ma znacznie więcej górskich przestrzeni, a do tego jest tuż za naszą granicą. Grzechem byłoby nie skorzystać!
Tym razem zaplanowaliśmy czterodniowy wypad. Na początek czekał nas dzień na rozruch, który okazał się nieco bardziej wymagający, niż zakładaliśmy. Zaczęliśmy od Gór Choczańskich i już pierwszego dnia przekonaliśmy się, że słowackie szlaki potrafią dać w nogi. Na szczęście nie zniechęciło nas to do dalszego odkrywania okolicy.
A na zakończenie? Znów Góry Choczańskie, ale tym razem w zupełnie innym wydaniu. Ostatni dzień okazał się dokładnie taki, jakiego potrzebowaliśmy na pożegnanie ze Słowacją: lekki, przyjemny i z ciekawą atrakcją po drodze.
Tym razem nasze opowieści przedstawiamy trochę nietypowo, bo zamiast relacji dzień po dniu zabieramy Was na szlak pierwszego i ostatniego dnia wypadu. Pomiędzy nimi wydarzyło się oczywiście sporo, ale o tym opowiemy osobno.
Zapraszamy do lektury! Może znajdziecie wśród naszych wędrówek pomysł na własny wypad i odkryjecie szlaki, które do tej pory nie znalazły się na Waszej liście.
Wielki Chocz – miała być spokojna traska, a wyszło całkiem konkretne podejście!
Pierwszy dzień wypadu jak zwykle miał być krótki, najlepiej z widokami i bez przesadnego męczenia nóg. Tym razem jednak nasze wyobrażenia o trasie trochę rozminęły się z rzeczywistością. Coś tam wcześniej czytaliśmy o skałkach, ale nie spodziewaliśmy się, że czeka nas tak wymagające podejście, a widoki trzeba będzie sobie zostawić na deser.
Naszym celem był Wielki Chocz, najwyższy szczyt Gór Choczańskich na Słowacji, wznoszący się na wysokość 1608 m n.p.m. (w niektórych źródłach znajdziecie też 1611 m). Zaparkowaliśmy w miejscowości Valaská Dubová i ruszyliśmy na szlak. Góry Choczańskie położone są w Karpatach Zachodnich, a Wielki Chocz słynie z rozległej panoramy obejmującej wiele słowackich pasm górskich. Brzmiało zachęcająco. Pozostało tylko tam wejść!
Valaská Dubová to niewielka słowacka wieś, przez którą przebiega początkowy odcinek naszej trasy. Już od samego startu można było nacieszyć oczy jesienną panoramą okolicznych szczytów. Kolorowe drzewa, góry w tle i uliczki prowadzące coraz wyżej – początek zapowiadał się naprawdę sympatycznie.
W centrum wypatrzyliśmy niewielką budkę, a w niej trzy pamiątkowe pieczątki związane ze zdobyciem szczytu. Nie byliśmy pewni, co dokładnie oznacza każda z nich, ale pomysł całkiem nam się spodobał. W końcu zdobywanie gór można dokumentować na różne sposoby. Jedni zbierają zdjęcia, inni wpisy do książek szczytowych, a jeszcze inni pieczątki. Każdy ma swoje górskie trofea!
Po krótkim spacerze przez wieś weszliśmy do lasu. I tutaj skończyły się widoki, a zaczęła praca nad zdobywaniem wysokości.
Od samego początku podejście było konkretne. Wiedzieliśmy, że czeka nas spore przewyższenie, ale jednak co innego przeczytać o nim przed wyjściem, a co innego poczuć je we własnych nogach. Liczyliśmy na spokojną wędrówkę, tymczasem szlak szybko zaczął pokazywać, że nie zamierza nam niczego ułatwiać.
Głownie szliśmy przez las. Z każdym kolejnym metrem robiło się coraz bardziej kamieniście i skalisto. Pojawiły się luźne kamienie, piargi i fragmenty, na których trzeba było uważnie stawiać stopy. Nie był to więc taki leśny spacerek, podczas którego można sobie beztrosko pogwizdywać i podziwiać drzewa. Tutaj lepiej było patrzeć pod nogi, bo natura najwyraźniej przygotowała dla nas tor przeszkód.
Po drodze trafiliśmy na wyżłobione w ziemi koryto, którym po ulewnych deszczach musi spływać woda. Można sobie wyobrazić, jak wygląda to miejsce, kiedy zamiast suchego podłoża płynie nim rwący strumień.
Przypomniała mi się podobna sytuacja z jednej z wcześniejszych wędrówek. Wtedy również szliśmy takim wodnym korytem, tyle że akurat padało, a my mieliśmy niezłą zabawę, przeskakując z kamienia na kamień, żeby nie zamoczyć butów. Tam jednak kamienie były pokaźnych rozmiarów i dawały całkiem niezłe możliwości do takich akrobacji. Tutaj też było kamieniście. Na szczęście dało się przejść brzegiem koryta, raz z jednej, raz z drugiej strony.
Co ciekawe, nie padało, a mimo to skały i ziemia były dość śliskie, prawdopodobnie po wcześniejszych opadach. To właśnie takie miejsca przypominają, że w górach pogoda z wczoraj też potrafi mieć coś do powiedzenia.
Im bliżej szczytu, tym więcej skalistego terenu. Na końcowym odcinku pojawiło się kilka łańcuchów, które pomagały pokonać strome, miejscami śliskie podejście. Trzeba było zachować ostrożność i dobrze wybierać miejsca na postawienie stóp. W niektórych momentach przydawały się również ręce.
Nie była to może wspinaczka na koniec świata, ale zdecydowanie nie szlak, na którym można wyłącznie maszerować przed siebie i rozmyślać o obiedzie.
Wreszcie dotarliśmy na szczyt. Wielki Chocz okazał się wierzchołkiem o wyraźnie skalistym charakterze, a przestrzeni do podziwiania widoków nie brakowało. Panorama z Wielkiego Chocza obejmuje wiele pasm Karpat Zachodnich. Przy dobrej widoczności można stąd podziwiać między innymi Tatry Wysokie, Tatry Zachodnie, Tatry Niżne, Wielką Fatrę i Małą Fatrę, a także okolice Orawy i Liptowa.
Tym razem przejrzystość powietrza nie była idealna, więc dalsze pasma majaczyły na horyzoncie, zamiast prezentować się w pełnej krasie. Mimo to było na czym zawiesić oko. Przy dobrej widoczności panorama musi robić wrażenie, bo z Wielkiego Chocza można oglądać góry we wszystkich kierunkach.
Miłym zaskoczeniem okazał się termometr umieszczony na skale. Wskazywał około 2 stopni. No proszę, człowiek się wspina, rozgrzewa, a na górze termometr przypomina, że jesień ma już swoje zdanie w kwestii temperatury!
Posiedzieliśmy chwilę, nacieszyliśmy się widokami, coś przekąsiliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tylko że zejście miało nam jeszcze trochę urozmaicić ten dzień.
Początkowo wracaliśmy tym samym szlakiem, aż dotarliśmy do rozwidlenia oznaczonego jako trasa letnia i zimowa. Tym razem wybraliśmy wariant letni, bo na szczyt wchodziliśmy zimowym.
I tutaj muszę przyznać, że dla mnie zejście nie należało do najprzyjemniejszych. Miałam na sobie nowe, jeszcze nierozchodzone buty. W każdym razie strome, kamieniste fragmenty nie poprawiały sytuacji. Jak wiadomo, w górach zejście potrafi dać w kość równie skutecznie jak podejście, a czasem nawet skuteczniej. Szczególnie wtedy, gdy obuwie postanawia dopiero na szlaku pokazać swój charakter.
Szliśmy letnim wariantem do jednego z rozwidleń, a następnie wróciliśmy na szlak, którym wcześniej podchodziliśmy. Ten odcinek nie należał do szczególnie atrakcyjnych widokowo. Większość trasy prowadziła przez las, po drodze trafiały się pojedyncze polany z widokami i niewielkie prześwity. Jeśli ktoś liczy na panoramę za każdym zakrętem, może poczuć niedosyt.
Cały szlak przez las nie rozpieszczał widokami, ale miał jedną niewątpliwą zaletę – nie było tłumów. Tego dnia na szlaku spotkaliśmy łącznie około 15 turystów, wliczając naszą dwójkę. Nie trzeba było nikogo wyprzedzać, nikomu ustępować miejsca ani czekać, aż kolejka turystów przesunie się o kilka metrów. Można było iść własnym tempem, co w górach również ma swój urok.
Oczywiście trzeba pamiętać, że nie był to szczyt sezonu. Trudno więc porównywać tę liczbę z ruchem na najpopularniejszych szlakach w Tatrach czy Karkonoszach, gdzie w słoneczny weekend bywa znacznie tłoczniej.
Na trasie spotkaliśmy dwie salamandry plamiste. To zawsze miła niespodzianka, bo nie na każdym spacerze trafia się okazja do obserwowania tych charakterystycznych płazów. Co ciekawe, Krzysiek już tydzień wcześniej spotkał jedną salamandrę, więc chyba zaczęły się nam trafiać częściej niż niektóre górskie punkty widokowe!
Do kompletu pojawiła się jeszcze żaba. Jakiego była gatunku, nie wiemy. Nie jesteśmy specjalistami od płazów, więc nie będziemy udawać, że po jednym spojrzeniu potrafimy rozpoznać każdego mieszkańca lasu. Żaba była żabą, salamandry salamandrami, a my mieliśmy kolejne spotkanie z przyrodą.
Wszystkie te stworzenia poruszały się swoim tempem, bez nerwowego zerkania na zegarek i bez sprawdzania, ile kilometrów zostało do końca. Nigdzie się nie spieszyły, niczego nie musiały zaliczać. Przyznam, że jest w tym pewna mądrość. My tymczasem potrafimy zaplanować dzień co do minuty, a potem jeszcze zastanawiać się, dlaczego tak szybko mija!
Wspomnimy jeszcze o śmieceniu na szlakach, bo to temat, który niestety wciąż jest aktualny. Na początku szlaku stoi gablota z rzeczami pozostawionymi przez turystów. A znajdziemy tam prawdziwy przegląd ludzkiej pomysłowości… od papierków, przez dziecięce pieluchy, aż po buty! Można by pomyśleć, że to jakaś wystawa, ale niestety, to nie muzeum osobliwości, tylko smutny dowód na to, co potrafimy zostawić po sobie w górach.
Zwykłe śmieci potrafią rozkładać się przez setki, a niektóre nawet przez tysiące lat. Dlatego nie zostawiajmy po sobie takich pamiątek. Dbajmy o przyrodę – co wnosimy na szlak, to zabierajmy ze sobą z powrotem. A jeśli po drodze trafimy na cudzy śmieć, możemy zrobić dobry uczynek i również go zabrać. Przyroda będzie za to wdzięczna.
Na szczęście na tym szlaku nie spotkaliśmy żadnych śmieci. I oby takich miejsc było jak najwięcej! Mamy nadzieję, że nasza świadomość ekologiczna rośnie, a wraz z nią przekonanie, że góry to nie kosz na śmieci. W końcu nie po to je odwiedzamy, żeby zostawiać po sobie ślad w postaci odpadów.
A jeśli ktoś szuka spokojniejszego szlaku, na którym można porządnie popracować nogami, a na końcu dostać panoramę obejmującą wiele pasm górskich, Wielki Chocz może okazać się bardzo dobrym wyborem.
My pierwszy dzień wypadu zaliczyliśmy konkretnie. Miało być krótko i spokojnie, a wyszło tak, że nogi dostały swoją porcję pracy już na samym początku. Ale przecież właśnie po to jeździmy w góry, prawda? Nie zawsze musi być łatwo, byle było co wspominać!
Czy polecamy Wielki Chocz? Tak, ale z pewnym zastrzeżeniem. To propozycja dla osób, które lubią górskie wyzwania, są przygotowane na strome, kamieniste i miejscami śliskie podejścia oraz nie oczekują widoków przez całą drogę. Dobre buty z przyczepną podeszwą i ostrożność na skalistych fragmentach to podstawa.
Przebieg szlaku:
- Valaská Dubová
- Stredná Poľana
- Drapáč
- Veľký Choč, rázc.
- Veľký Choč
- Veľký Choč, rázc.
- Stredná Poľana
- Valaská Dubová

to najwyższy szczyt Gór Choczańskich. Ma charakterystyczny kształt pochylonej, skalistej piramidy i góruje nad okolicznymi dolinami. Nie jest może rekordzistą wysokości w słowackich górach, ale potrafi pokazać pazur!
Na szczyt prowadzą szlaki turystyczne, a po drodze czekają leśne ścieżki, polany i bardziej strome, skaliste fragmenty. W wyższych partiach teren robi się wymagający, dlatego warto przygotować się na solidną górską wycieczkę, a nie tylko krótki spacer z kijkami dla towarzystwa.
Największą nagrodą jest panorama ze szczytu. Przy dobrej widoczności można zobaczyć między innymi Tatry Wysokie, Tatry Niżne, Wielką Fatrę, Małą Fatrę, a także Beskidy z charakterystyczną Babią Górę. Krótko mówiąc, jeden szczyt, a wokół całkiem pokaźna górska lista obecności!
Wielki Chocz wraz z otaczającym go terenem objęty jest ochroną w ramach rezerwatu przyrody Choč. Zachowały się tu cenne obszary leśne i skalne, a sama góra słynie z rozległych widoków. Jeśli więc pogoda dopisze, warto poświęcić chwilę nie tylko na zdobycie wierzchołka, ale też na spokojne rozejrzenie się dookoła.
Sestrč i Zamek Liptowski, czyli ostatni dzień na Słowacji też trzeba wykorzystać!
Tak się wyjątkowo zdarzyło, że Krzysiek nie zaplanował niczego na ostatni dzień naszego pobytu na Słowacji. Ale spokojnie, nie oznacza to, że nagle przestał planować! Po prostu tym razem zostawił sobie trochę luzu. A że dzień wyjazdu również trzeba dobrze wykorzystać, to szkoda byłoby spędzić go wyłącznie w samochodzie. Droga do domu zajmuje nam średnio siedem godzin, więc jakiś krótki wypad w góry, spacer po dolince czy zwiedzanie zamku jak najbardziej wchodziły w grę.
Mocno zastanawialiśmy się, czy nie wybrać po prostu spaceru po jakiejś dolince. Przecież nie zawsze musimy zdobywać szczyty! Czasami można przejść się spokojnie, nacieszyć okolicą i nie sprawdzać, ile metrów przewyższenia jeszcze zostało. Rozważaliśmy też zamki, ale jeden po drodze był nieczynny, a drugi wymagałby nadłożenia około dwóch godzin jazdy. Trochę za dużo jak na ostatni dzień, kiedy przed nami jeszcze powrót do domu.
W końcu Krzysiek znalazł coś, co idealnie pasowało do naszych planów. A właściwie coś, co łączyło aż cztery atrakcje: krótką wędrówkę, górskie widoki, szczyt i ruiny zamku. Takie cztery w jednym! Bez dłuższego zastanawiania się przytaknęłam. Jedziemy!
W niedzielę od samego rana pakowaliśmy cały nasz majdan, zjedliśmy smaczne śniadanie i ruszyliśmy w zaplanowanym kierunku. Dotarliśmy na miejsce i okazało się, że parking, na którym mieliśmy zostawić samochód, znajduje się przy Woodlandii (Liptovská Anna).
A to już kolejna atrakcja! Woodlandia to galeria zwierząt pod gołym niebem, w której można podziwiać rzeźby wykonane z drewna wyrzuconego przez wodę https://woodlandia.sk/pl/. Zwierzęta naturalnej wielkości stoją wśród drzew i na polanach, a cała trasa prowadzi przez leśne i łąkowe zakątki. To świetna propozycja szczególnie dla rodzin z dziećmi, które mogą połączyć spacer z wypatrywaniem drewnianych mieszkańców tego miejsca. Park ma około 1,6 km ścieżki odkrywczej.
My tym razem z tej atrakcji nie skorzystaliśmy. Nie dlatego, że nie lubimy zwierząt, ale dlatego, że mieliśmy już swój plan i trzeba było ruszać na szlak. Warto jednak wiedzieć, że w dniu naszej wędrówki cennik w Woodlandii wyglądał następująco: bilet dla osoby dorosłej kosztował 13 euro, senior (60+) – 10 euro, dla dziecka w wieku 3–17 lat – 9 euro, a maluchy do 3. roku życia wchodziły bezpłatnie.Bilet obejmuje dwie godziny pobytu. Parking dla zwiedzających w cenie biletu. My zapłaciliśmy 5 euro za parking i ruszyliśmy w góry.
Czyli ostatecznie nasz plan można było uznać nawet za pięć w jednym: Woodlandia, wędrówka, szczyt, zamek i widoki. Z jednej atrakcji świadomie zrezygnowaliśmy, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Zwłaszcza gdy trzeba jeszcze wrócić do Polski!
Już po drodze samochodem zauważyliśmy jedną chmurę, która wisiała gdzieś w oddali. Jak się pewnie domyślacie, właśnie tam, gdzie rozpoczynaliśmy wędrówkę, postanowiła urządzić sobie postój. A przecież miały być widoki!
Góry spowijała mgła i początkowo można było dostrzec jedynie ich zarysy. Trochę nie tak wyobrażaliśmy sobie ten finał słowackiego wypadu. Ale powiedziałam głośno: „Może zaraz się rozejdzie”. I wiecie co? Czasami warto powiedzieć coś na głos, bo niedługo później rzeczywiście zaczęło się przejaśniać. Chmury stopniowo ustępowały, a my mogliśmy wreszcie zobaczyć, po co właściwie tu przyjechaliśmy.
Szlak prowadził początkowo nieutwardzoną drogą, później przez polany i leśne odcinki. Nie była to żadna górska katorga, choć trzeba było oczywiście trochę podejść. Na około czterech kilometrach do zamku czekało nas mniej więcej 300 metrów przewyższenia. Trasa była raczej łagodna, z kilkoma bardziej stromymi fragmentami. Dało się jednak iść bez specjalnego kombinowania, a na polanach i w prześwitach między drzewami pojawiały się coraz ładniejsze widoki.
Były też punkty widokowe, przy których można było na chwilę przystanąć i popatrzeć na okoliczne góry. Pogoda zaczynała współpracować, więc humory również nam dopisywały.
Co więcej, szlak okazał się tak przyjazny, że momentami nawet bieglam. Krzysiek nie musiał się co chwilę oglądać, czy jeszcze za nim nadążam. Tym razem trzymałam tempo! Może dlatego, że trasa była krótka, a może dlatego, że perspektywa zamku działała na mnie lepiej niż niejeden izotonik.
W końcu dotarliśmy do celu, czyli na szczyt Sestrč. To właśnie tutaj znajdują się ruiny Zamku Liptowskiego, znanego również jako Zamek Sielnicki. Warownia powstała w XIII wieku, a dziś pozostały po niej głównie fragmenty murów.
Żeby dostać się do ruin, trzeba było pokonać metalową drabinę. No proszę, a miało być tak spokojnie! Prawie jak na Orlej Perci, tylko tym razem bez całej tatrzańskiej otoczki. Oczywiście drabina nie była dla nas żadną przeszkodą, a wręcz stanowiła dodatkową atrakcję.
Na górze naszym oczom ukazały się pozostałości zamku. Nie ma tu wielkich wież, okazałych sal ani murów, przy których można stanąć i powiedzieć: „Ależ to było zamczysko!”. Są za to niskie fragmenty murów, które pozwalają wyobrazić sobie, jak mogła wyglądać dawna warownia. A kiedy ma się trochę wyobraźni, nawet kilka kamieni potrafi opowiedzieć ciekawą historię. My oczywiście uruchomiliśmy własną wersję historycznego filmu. Szkoda tylko, że nie było przewodnika, który potwierdziłby, czy nasza rekonstrukcja zgadza się z rzeczywistością!
Zamek nie prezentuje się może tak okazale jak niektóre słowackie warownie, ale ma coś, co bardzo nam się spodobało. Położenie! Wystarczyło odwrócić wzrok od murów, żeby zobaczyć przepiękną panoramę gór.
Przejrzystość była idealna, mogliśmy w pełni nacieszyć się widokami na okoliczne pasma, przede wszystkim Góry Choczańskie. Góry rozciągały się dookoła, powietrze było przejrzyste, a warunki do robienia zdjęć i nagrywania filmików wręcz idealne.
Zrobiliśmy zdjęcia, nagraliśmy filmiki i wydawało się, że najważniejsze atrakcje mamy już zaliczone. Ale Krzysiek wypatrzył jeszcze huśtawkę. A skoro była huśtawka z widokiem na góry z obu stron, to przecież nie można było przejść obok niej obojętnie!
Nie omieszkaliśmy skorzystać. Pobujaliśmy się trochę, a śmiechu i radości nie było końca. Na chwilę obudziła się w nas ta dziecięca część, która nie potrzebuje specjalnych powodów do szczęścia. Wystarczy huśtawka, góry i ktoś, z kim można się pośmiać. I pomyśleć, że czasami człowiek planuje zdobywanie szczytów, a największą frajdę sprawia mu zwykłe bujanie się na huśtawce!
Mimo że same ruiny nie są szczególnie rozległe, bardzo nam się tu podobało. Zasięgnęliśmy też trochę wiedzy historycznej w internecie, żeby dowiedzieć się więcej o miejscu, które właśnie odwiedziliśmy. Jak widać, nawet niewielkie pozostałości zamku mogą być ciekawym celem wędrówki, zwłaszcza gdy towarzyszą im takie widoki.
W końcu trzeba było jednak wracać. Wiedzieliśmy, że droga powrotna pójdzie nam szybciej, szczególnie że teren sprzyjał zbieganiu. I rzeczywiście, większość trasy pokonywałam lekkim truchtem. Przy okazji miałam więc trening w przyjemnych okolicznościach przyrody przed półmaratonem, który czekał mnie tydzień później. Krzysiek miał swoje górskie kilometry, ja dorzuciłam trochę biegania, a wszystko to bez konieczności organizowania osobnego treningu. Same korzyści!
Szybko dotarliśmy na parking, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Tak zakończył się nasz kolejny słowacki wypad. Były szczyty, doliny, trochę stromszych podejść, zamki, widoki i mnóstwo radości. A ostatniego dnia udało nam się jeszcze znaleźć trasę, która nie wymagała całego dnia wędrowania.
Sestrč i ruiny Zamku Liptowskiego to naszym zdaniem bardzo fajna propozycja na krótki górski wypad. Sprawdzi się wtedy, gdy nie mamy czasu na długie szlaki, na przykład w dniu przyjazdu lub wyjazdu. To również pomysł dla rodzin z dziećmi, oczywiście z uwzględnieniem ich możliwości i ostrożnością przy drabinie oraz ruinach.
A my? Cóż, trzeba wrócić do codziennych obowiązków, trochę popracować i zarobić na kolejne wyjazdy. Bo przecież nieznanych szlaków wciąż jest mnóstwo, a siedem godzin drogi do domu nie jest w stanie skutecznie nas zniechęcić. Już niedługo pewnie znowu spakujemy plecaki i ruszymy gdzieś, gdzie jeszcze nas nie było.
Bo czy zima, czy lato — ruszać się warto!
Przebieg szlaku:
- Liptovská Anna (Woodlandia)
- Sedlo pod Kráľovou
- Sestrč (Liptovský hrad)
- powrót tym samym szlakiem

to szczyt w Górach Choczańskich na Słowacji, wznoszący się na wysokość 999,9 m n.p.m. Do pełnego tysiąca zabrakło naprawdę niewiele, ale za to atrakcji tutaj nie brakuje!
Na wierzchołku znajdują się ruiny Zamku Liptowskiego, jednak historia tego miejsca sięga znacznie dalej niż średniowiecze. Wcześniej istniał tu gród z czasów kultury halsztackiej, a w skalnym urwisku znajduje się jaskinia, w której ludzie mieszkali już w epoce eneolitu. Jak widać, Sestrč przyciągał ludzi na długo przed erą plecaków i kijków trekkingowych!
Dziś największą nagrodą za wejście jest piękna panorama okolicy, którą można podziwiać ze szczytowego płaskowyżu. Na Sestrč prowadzi żółty szlak z miejscowości Kalameny oraz czerwony z Bukoviny. Wędrówkę można połączyć ze zwiedzaniem zamkowych ruin, dzięki czemu na jednej trasie zdobywamy szczyt i poznajemy kawałek historii Słowacji.
Niewysoka góra, tysiące lat historii i widoki dookoła – całkiem udane połączenie!
Liptowski Zamek (słow. Liptovský hrad)
nazywany również Starym Zamkiem Liptowskim lub Zamkiem Sielnickim, to średniowieczna warownia, której pozostałości znajdziemy na szczycie Sestrč w Górach Choczańskich. Był to najwyżej położony zamek na terenie dzisiejszej Słowacji, a jego lokalizacja do dziś robi wrażenie. Dawni budowniczowie najwyraźniej uznali, że samo postawienie murów nie wystarczy – najlepiej jeszcze umieścić je tam, gdzie dotarcie na miejsce wymaga trochę wysiłku!
Zamek powstał z rozkazu węgierskiego króla Beli IV, prawdopodobnie po najeździe mongolskim z lat 1241–1242. Po raz pierwszy wspomniano o nim w dokumentach w 1262 roku. Jego zadaniem była ochrona zachodniej części Kotliny Liptowskiej oraz ważnego szlaku handlowego prowadzącego przez Dolinę Sesterską na Orawę i dalej do Polski. Zamek miał więc nie tylko dobre widoki, ale również konkretne zadania do wykonania.
Przez kolejne stulecia warownia przechodziła z rąk do rąk, była niszczona i odbudowywana. Gościła możnych, znalazła się nawet pod kontrolą husytów, a później służyła za siedzibę rycerzy-rozbójników. Ostateczny koniec nastąpił w 1474 roku, kiedy król Maciej Korwin rozkazał zamek spalić i zburzyć. Tym razem remont nie wchodził już w grę – pozostały ruiny, które przetrwały do naszych czasów.
Przez długi czas miejsce pozostawało zapomniane, między innymi ze względu na trudno dostępne położenie. Dopiero w 1976 roku rozpoczęto tu prace archeologiczne. Odkryto między innymi fragmenty murów pałacu mieszkalnego, cysternę na wodę i pozostałości umocnień. Dziś można spacerować wśród ruin i wyobrażać sobie, jak wyglądało życie na zamku, zanim zamienił się w historyczną pamiątkę.
Liptowski Zamek to propozycja dla tych, którzy lubią połączyć zdobywanie szczytów ze zwiedzaniem historycznych miejsc. Zamiast zamkowych komnat mamy resztki murów, zamiast królewskich uczt – własny prowiant w plecaku, ale za to można dopisać do górskich zdobyczy zarówno Sestrč, jak i średniowieczną warownię. A to już całkiem niezły pakiet za jedną wycieczkę!
Podsumowanie
Góry Choczańskie przywitały nas pierwszego dnia wędrówką na Wielki Chocz, który dał nam nieźle w kość, a po kilku dniach pożegnały znacznie łagodniejszą trasą na Sestrč i ruiny Zamku Liptowskiego. Niby to samo pasmo, a jak różnorodne potrafi być! Raz trzeba się porządnie napracować, żeby zdobyć szczyt, a innym razem można spokojniej przemierzać szlak, podziwiać okolicę i znaleźć czas nawet na huśtawkę.
Właśnie za to lubimy górskie wędrówki – nigdy nie wiadomo, czym nas zaskoczą. Góry Choczańskie potrafią dać wycisk, ale mają też swoje delikatniejsze oblicze. A widoki? Niezależnie od tego, ile wysiłku kosztowało nas dotarcie na górę, zawsze cieszą tak samo.
Jeśli szukacie pasma, w którym można zarówno porządnie się zmęczyć, jak i wybrać się na krótszą, przyjemną wędrówkę z ciekawym celem po drodze, Góry Choczańskie zdecydowanie warto wziąć pod uwagę. My pokazaliśmy Wam ich dwa różne oblicza, a przecież to wciąż tylko niewielki fragment tego, co mają do zaoferowania.
Bo góry nie zawsze muszą dawać wycisk. Czasem wystarczy, że delikatnie połaskoczą nasze wędrowne dusze.
Co dalej?
Czas na Tatry Niżne! To już nasz drugi wypad w to pasmo i tym razem również nas nie zawiodło. Co takiego w sobie kryje, że zdążyliśmy się w nim zakochać? Zajrzyjcie do kolejnego wpisu, a wszystko stanie się jasne!
Nie przegap żadnych relacji!
🔗 Wskakuj do nas na FacebookaZobacz wersję ruchomą naszej wędrówki
Już w niedługim czasie 2 filmiki na kanale YouTube
Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.
Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.
👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.








































