DŁUGI WEEKEND W KARKONOSZACH

W poszukiwaniu karkonoskich widoków

Nie byłoby tej wędrówki i nie byłoby też tej konkretnej daty w kalendarzu. A wszystko przez Tomka.

Tak, tego samego Tomka, z którym od czasu do czasu przemierzamy górskie szlaki, biegamy półmaratony i regularnie udowadniamy sobie, że metryka nie zawsze wie, co mówi. To właśnie jego jubileusz stał się powodem naszego wyjazdu w Karkonosze podczas długiego weekendu Bożego Ciała.

Zazwyczaj staramy się unikać wyjazdów w długie weekendy. Powód jest prosty – tłumy na szlakach potrafią skutecznie odebrać część przyjemności z obcowania z górami. Z drugiej strony trudno się temu dziwić. Kilka dni wolnego to dla wielu osób idealna okazja, by wyrwać się z codzienności, odpocząć od pracy i naładować akumulatory. Tym razem jednak sami postanowiliśmy skorzystać z tej możliwości. A właściwie nie tyle postanowiliśmy, co zostaliśmy do tego bardzo sprytnie zachęceni.

Żona Tomka – Kasia – wraz z rodziną i przyjaciółmi przygotowała dla jubilata wyjątkową niespodziankę. Okazja była nie byle jaka, ponieważ w tym roku Tomek obchodzi okrągłe urodziny. Wiedząc, że wspaniale czuje się w górach wybrali na miejsce świętowania górską scenerię.

I tak narodził się plan połączenia przyjemnego z przyjemnym. Najpierw górska wędrówka, a później świętowanie.

Krzysiek szybko opracował trasę, spakowaliśmy plecaki i w Boże Ciało ruszyliśmy w czwórkę w stronę Karkonoszy. Po kilku tygodniach codziennych obowiązków perspektywa górskiego szlaku działała na nas jak magnes. Pogoda zapowiadała się obiecująco, humory dopisywały, a przed nami był dzień, który miał połączyć piękne widoki , dobrą zabawę i świętowanie urodzin człowieka, który najwyraźniej nie zamierza zwalniać tempa.

Dzień 1 –  Śnieżne Kotły na dobry początek


4.06.2026


PASMO: KARKONOSZE

ŁAŃCUCH: SUDETY


 

Jak zwykle pobudka nastąpiła o nieludzkiej porze. Trzecia nad ranem to już u nas standard. Niektórzy o tej godzinie przewracali się na drugi bok, a my zakładaliśmy już buty trekkingowe i sprawdzalismy, czy na pewno wszystko spakowaliśmy.

Co prawda Karkonosze leżą stosunkowo blisko Poznania (w porównaniu do Tatr) i mogliśmy pozwolić sobie na nieco dłuższy sen, ale tym razem musieliśmy uwzględnić jeszcze jeden ważny punkt programu. Wieczorem czekała nas uroczystość urodzinowa Tomka, więc plan zakładał odpowiednio wczesne zejście ze szlaku. Jednak dla ludzi, którzy dla kilku godzin w górach potrafią wstać w środku nocy, nie stanowiło to najmniejszego problemu.

Gdy zegar wybił trzecią, bez zbędnego przeciągania się w łóżku stanęliśmy na nogi. Rzetelnie spakowani podjechaliśmy po Tomka i Kasię, po czym obraliśmy kurs na Karkonosze.

Choć sporo tutejszych szlaków po stronie Polskiej mamy już za sobą i w normalnych okolicznościach prawdopodobnie wybralibyśmy jakiś mniej znany region, Krzysiek przygotował plan na cztery dni. Okazało się, że jeden z najbardziej znanych karkonoskich szlaków nadal czekał na nasze odkrycie. Mowa o trasie prowadzącej do Śnieżnych Kotłów.

Co prawda Kasia i Tomek byli tam już wcześniej, ale dla nas była to nowość. A nowe miejsca lubimy szczególnie. Nawet jeśli znajdują się w górach, które odwiedzaliśmy już wielokrotnie.

Pogoda zapowiadała się wręcz idealnie. Bez upału, bez deszczu i bez groźnych burz. Słowem – warunki stworzone do wędrówki.

Podróż minęła szybko i bez przygód. Po zaparkowaniu w Szklarskiej Porębie ruszyliśmy na szlak. Była dopiero dziewiąta rano, ale z racji długiego weekendu turystów nie brakowało. 

Jednym z pierwszych punktów na trasie był Wodospad Kamieńczyka. Obejrzeliśmy go z góry i z pewnej odległości. Aby zejść bliżej i dokładnie przyjrzeć się wodospadowi, trzeba kupić bilet wstępu. Z tej możliwości nie skorzystaliśmy. Nasze myśli krążyły już wokół głównego celu dnia – Śnieżnych Kotłów.

Dalej szlak prowadził w kierunku Schroniska PTTK na Hali Szrenickiej, a następnie naszym oczom coraz częściej ukazywała się Szrenica z charakterystycznymi granitowymi formacjami skalnymi. Po drodze mijaliśmy także kilka ciekawych grup skalnych, między innymi słynne Trzy Świnki. Ten fragment trasy znaliśmy już całkiem dobrze, ponieważ przemierzaliśmy go wcześniej kilkukrotnie.

Im wyżej jednak wchodziliśmy, tym bardziej krajobraz zaczynał się zmieniać. W pewnym momencie w oddali pojawił się charakterystyczny budynek stojący nad urwiskiem Śnieżnych Kotłów. To Radiowo-Telewizyjny Ośrodek Nadawczy „Śnieżne Kotły”, który z daleka przypomina nieco górskie obserwatorium.

Wraz ze zbliżaniem się do celu coraz mocniej dawał o sobie znać wiatr. Na dole temperatura dochodziła do około 25 stopni, ale na grani warunki były zupełnie inne. Porywy były tak silne, że temperatura odczuwalna mogła być nawet kilkanaście stopni niższa. Ręce zaczęły marznąć, a kurtki przeciwdeszczowe okazały się bardzo przydatne. Ale Śnieżne Kotły hojnie wynagrodziły ten chłód.

RTON Śnieżne Kotły
RTON Śnieżne Kotły

Przed nami rozciągały się ogromne kotły polodowcowe, czyli monumentalne zagłębienia wyrzeźbione dziesiątki tysięcy lat temu przez lodowiec. To właśnie one należą do najbardziej spektakularnych formacji tego typu w całych Sudetach. Jak sama nazwa wskazuje, śnieg potrafi utrzymywać się tutaj bardzo długo i rzeczywiście nawet teraz można było dostrzec jego pozostałości w kilku zacienionych miejscach.

Widoki były po prostu zachwycające. W dole można było dostrzec Śnieżne Stawki – niewielkie jeziorka polodowcowe położone na dnie kotłów. Zdjęcia oczywiście powstały, i to w niemałej liczbie, ale jak zwykle nie oddają tego, co widzi się na własne oczy. Nie oddają przestrzeni, głębi ani ogromu skalnych ścian opadających kilkaset metrów w dół. To jedno z tych miejsc, które po prostu trzeba zobaczyć samemu.

Ponieważ wiatr skutecznie przypominał nam, że nie jesteśmy nad morzem w lipcu, lecz na karkonoskiej grani, nie zabawiliśmy tam zbyt długo. Rozpoczęliśmy zejście innym szlakiem w kierunku parkingu.

Wraz z utratą wysokości pogoda natychmiast zrobiła się przyjemniejsza. Zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek, zjedliśmy coś, popiliśmy ciepłą herbatą i wtedy odkryliśmy rzecz niezwykłą – mieliśmy zapas czasu.

A skoro mieliśmy czas, to oczywiście nie mogliśmy go zmarnować. Zapadła szybka decyzja: „wydłużamy trasę i idziemy w stronę Łabskiej Boudy”.

Oznaczało to wprawdzie ponowne spotkanie z lodowatym wiatrem przy Śnieżnych Kotłach, ale także możliwość jeszcze jednego spojrzenia na te niezwykłe krajobrazy. Bilans zysków i strat był więc oczywisty.

Po pewnym czasie dotarliśmy do Łabskiej Boudy, gdzie zrobiliśmy zasłużony postój. Było piwko bezalkoholowe, kanapki, był czeski posiłek i było wszystko, czego potrzebuje zmęczony turysta. 

Dla zainteresowanych – niedaleko znajduje się również Wodospad Łaby, a nieco dalej można dojść do imponującego Wodospadu Panczawy. My jednak tym razem odpuściliśmy. Oba miejsca odwiedziliśmy już wcześniej (czytaj tutaj), więc postanowiliśmy zostawić je innym turystom.

Po posiłku ruszyliśmy już spokojnie w stronę parkingu. W efekcie tego spontanicznego przedłużenia wycieczki nasza „krótka” trasa urosła do około 20 kilometrów.

Czy było warto? Oczywiście. A przecież najlepsza część dnia miała dopiero nadejść.

Po powrocie do noclegu czekało nas bowiem świętowanie. I trzeba przyznać, że organizatorzy przygotowali dla jubilata niespodziankę godną człowieka, który zamiast spokojnie siedzieć w domu, woli zdobywać kolejne szczyty i biegać półmaratony.

Przebieg szlaku:

  • Szklarska Poręba – Parking
  • Rozdroże pod Kamieńczykiem
  • Wodospad Kamieńczyka
  • Schronisko Kamieńczyk 
  • Schronisko Hala Szrenicka
  • Hala Szrenicka
  • Graniczna Łąka
  • Trzy Świnki
  • Mokra Przełęcz
  • Czeska Budka
  • Mały Śnieżny Kocioł
  • Śnieżne Kotły 
  • Labská bouda, rozc.
  • Pod Labskou boudou
  • Labská bouda
  • U Labské boudy
  • Mumlavská louka
  • Labska louka
  • Źródła Łaby
  • Czeska Budka
  • Czeska Ścieżka
  • Mokre Rozdroże
  • Schronisko Pod Łabskim Szczytem
  • Kukułcze Skały
  • Stara Droga
  • Wysoki Most
  • Rozdroże pod Kamieńczykiem
  • Szklarska Poręba – parking

🪨Śnieżne Kotły

to jedno z najbardziej spektakularnych miejsc w Karkonoszach. Te ogromne kotły polodowcowe zostały wyrzeźbione przez lodowiec dziesiątki tysięcy lat temu i do dziś zachwycają stromymi, skalnymi ścianami opadającymi nawet na 150 metrów.

Swoją nazwę zawdzięczają temu, że śnieg utrzymuje się tutaj wyjątkowo długo.

W rzeczywistości są to dwa sąsiadujące ze sobą cyrki lodowcowe – Mały i Wielki Śnieżny Kocioł – rozdzielone skalistą grzędą. Na ich dnie znajdują się niewielkie polodowcowe jeziorka zwane Śnieżnymi Stawkami.

To nie tylko wyjątkowa atrakcja turystyczna, ale także jeden z najcenniejszych przyrodniczo zakątków Karkonoszy. Występują tu rzadkie gatunki roślin, a cały obszar objęty jest ścisłą ochroną w ramach Karkonoskiego Parku Narodowego.

Nad krawędzią kotłów stoi charakterystyczny budynek stacji radiowo-telewizyjnej, który dawniej pełnił funkcję schroniska górskiego. Dziś jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych punktów orientacyjnych w Karkonoszach.

Przy dobrej pogodzie ze Śnieżnych Kotłów można podziwiać rozległą panoramę Karkonoszy, Gór Izerskich i Kotliny Jeleniogórskiej. To jedno z tych miejsc, które zdecydowanie warto zobaczyć na własne oczy, bo żadne zdjęcie nie odda w pełni jego skali i uroku.

Dzień 2 – Górska rzeka i karkonoski spokój


5.06.2026


Harrachovy kameny

(1421 m n.p.m.)


PASMO: KARKONOSZE

ŁAŃCUCH: SUDETY


Wodospad na rzece Mumlava
Wodospad na rzece Mumlava

Drugi dzień wyjazdu rozpoczął się dla mnie wyjątkowo komfortowo. Tym razem wcale nie musiałam wstawać wcześnie. Za to Krzysiek już tak.

Razem z Tomkiem tuż po siódmej rano pojechali w góry pobiegać. Tak, dobrze czytacie. Dla niektórych urlop oznacza odpoczynek, dla nich trening. Już niedługo czekają ich zawody górskie, więc plan przygotowań trzeba realizować niezależnie od okoliczności.

A okoliczności tego dnia były całkiem wymagające.

Do treningu dołączył bowiem dość solidny deszcz. Panowie mieli więc okazję nie tylko pobiegać po górach, ale również przećwiczyć pokonywanie mokrych i śliskich skał. W sumie była to całkiem cenna lekcja. 

Ja natomiast cierpliwie czekałam na ich powrót, obserwując pogodę za oknem. Szczerze mówiąc, aura nie zachęcała do wyjścia na szlak. Chmury wisiały nisko, deszcz cały czas padał a góry wyglądały bardziej groźnie niż zachęcająco.

Na szczęście prognozy dawały nadzieję – po południu miało się rozpogodzić.

I tym razem meteorolodzy nie zawiedli.

Przed godziną trzynastą spakowaliśmy się z Krzyśkiem do samochodu i ruszyliśmy w stronę czeskiego Harrachova. Kiedy dotarliśmy na parking, deszcz właśnie przestał padać. Od razu zrobiło się przyjemniej, a na twarzach pojawiły się uśmiechy. Ruszyliśmy w drogę.

Muszę przyznać, że wcześniej Krzysiek trochę mnie wkręcił. Gdy usłyszałam, że jedziemy w okolice Harrachova, nie byłam szczególnie zachwycona. W głowie miałam głównie stoki narciarskie, skocznię i tłumy turystów. Tymczasem okazało się, że plan był zupełnie inny. Krzyśkowi po raz kolejny udało się zaprowadzić mnie w miejsce, którego wcześniej nie znałam.

Szlak prowadził malowniczo przez las, wzdłuż rzeki Mumlavy. Przez pierwsze sześć–siedem kilometrów maszerowaliśmy wygodną asfaltową drogą biegnącą tuż obok jej koryta.

Towarzyszył nam nieustanny szum wody. I wcale nam to nie przeszkadzało.Wręcz przeciwnie. Po drodze mijaliśmy liczne wodospady, kaskady i mniejsze potoki wpadające do Mumlavy. Woda po wcześniejszych opadach była wyjątkowo żywiołowa i tworzyła naprawdę widowiskowe krajobrazy. To właśnie te widoki sprawiły, że asfalt zupełnie przestał mieć znaczenie.

Największym zaskoczeniem okazała się jednak liczba turystów. A właściwie ich brak. Był piątek podczas długiego weekendu, a na szlaku panował niemal spokój. Spotykaliśmy pojedyncze osoby, ale w porównaniu z tym, czego można było się spodziewać, było wręcz pusto.

Prawdopodobnie wielu turystów zrezygnowało z wyjścia ze względu na poranną pogodę. Dla nas była to świetna wiadomość. Mogliśmy spokojnie chłonąć atmosferę miejsca bez tłoku i ciągłego wymijania innych wędrowców.

W pewnym momencie asfalt się skończył i weszliśmy już na typowe karkonoskie szlaki. Przez sporą część trasy towarzyszył nam widok charakterystycznej stacji RTV przy Śnieżnych Kotłach. Stacja pojawiała się na panoramach i  na naszych zdjęciach również poprzedniego dnia.

Pogoda zaczęła tworzyć prawdziwy spektakl. Chmury przewalały się przez grzbiety gór, raz zasłaniając widoki, a chwilę później odsłaniając je ponownie. Słońce co jakiś czas przebijało się przez zachmurzenie i dodawało krajobrazom wyjątkowego klimatu. Szlak był bardzo przyjemny i niewymagający.

Pod wieloma względami przypominał trasę z pierwszego dnia. Nie było stromych podejść ani technicznych trudności. Dominowały łagodne ścieżki, szerokie drogi i liczne trasy rowerowe.

Dodatkową atrakcją były betonowe bunkry rozsiane na otwartej przestrzeni. Co jakiś czas pojawiały się niespodziewanie w krajobrazie, przypominając o historii tych terenów.

Był to jeden z tych dni, kiedy nie liczyły się zdobyte szczyty ani pokonane przewyższenia. Największą radość sprawiło nam po prostu wspólne wędrowanie. Po zmianie pracy Krzysiek ma znacznie mniej wolnego czasu niż kiedyś, dlatego takie chwile są dla nas szczególnie cenne.

Nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami, odpoczęliśmy od codzienności i spokojnym tempem pokonaliśmy około 21 kilometrów. A że czerwcowe dni są długie, wróciliśmy do noclegu jeszcze przed dwudziestą, kiedy było jasno i przyjemnie. Zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. I gotowi na kolejny dzień karkonoskiej przygody.

Przebieg szlaku:

  • Harrachov – parking
  • Pod Wodospadem Mumlawy
  • Mumlavský vodopád
  • Krakonošova snídaně
  • Krakonošova snídaně, rozc.
  • U čtyř pánů
  • Nad Kotelní jámou
  • Harrachovy kameny
  • Růženčina zahrádka
  • Nad Dvoračkami
  • Chata Dvoračky
  • Pod Dvoračkami
  • Pod Lysou horou, hájenka
  • Ručičky
  • Ryžoviště, rozc.
  • Ryžoviště
  • Harrachov – parking

⛰️Harrachovy kameny

to niewielkie, ale bardzo widokowe wzniesienie położone po czeskiej stronie Karkonoszy. Choć nie należy do najbardziej znanych szczytów w paśmie, trudno przejść obok niego obojętnie.

Wierzchołek tworzą charakterystyczne granitowe skałki, a jego okolice porastają górskie łąki i kosodrzewina. Dzięki otwartemu terenowi można stąd podziwiać rozległe panoramy karkonoskich grzbietów. Na północ od szczytu rozciąga się rozległa Łabska Łąka (Labská louka), natomiast od południa teren gwałtownie opada do polodowcowego kotła Kotelní jámy.

Ciekawostką są rozsiane na zboczach lekkie schrony bojowe, tzw. rzopiki. Powstały one w latach 30. XX wieku jako element czechosłowackich fortyfikacji granicznych i do dziś można je spotkać podczas wędrówek po tej części gór.

To jedno z tych miejsc, które nie przyciąga tłumów, ale nagradza spokojem, przestrzenią i pięknymi widokami na karkonoskie krajobrazy.

Dzień 3 – Rzeka, tundra i widoki, które zostają w głowie

6.06.2026


Krakonoš

(1422 m n.p.m.)


PASMO: KARKONOSZE

ŁAŃCUCH: SUDETY


Punkt widokowy Krakonoš
Punkt widokowy Krakonoš

Na trzeci dzień, w sobotę mogliśmy sobie pozwolić na prawdziwy luksus – trochę dłuższy sen. Bez budzika ustawionego na trzecią nad ranem świat od razu wydaje się piękniejszy.

Spokojnie zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy kawę i około godziny dziesiątej ruszyliśmy do Szpindlerowego Młyna – jednego z najbardziej znanych karkonoskich kurortów po czeskiej stronie gór.

Pogoda była wręcz wymarzona do wędrówki. Około dwudziestu stopni, słońce od czasu do czasu przebijające się przez chmury i lekki wiatr. Ani za gorąco, ani za zimno. Po prostu idealnie.

Już od pierwszych metrów towarzyszył nam szum rzeki Łaby. To właśnie tutaj bierze początek jedna z najdłuższych rzek Europy Środkowej, choć patrząc na nią na tym etapie trudno uwierzyć, że za kilkaset kilometrów stanie się potężną rzeką przepływającą przez kilka krajów.

Początek trasy przypominał nam nieco szlak z poprzedniego dnia. Przez dłuższy czas szliśmy wzdłuż rzeki wygodną drogą, częściowo asfaltową, słuchając nieustannego szumu wody.

Widoki były przepiękne. W korycie Łaby leżały ogromne granitowe głazy i skalne płyty wygładzone przez wodę przez tysiące lat. W wielu miejscach nurt spływał po nich kaskadami, tworząc niewielkie wodospady, bystrza i malownicze progi skalne. Rzeka była pełna energii i prezentowała się naprawdę imponująco.

Rzeka Łaba
Rzeka Łaba

Muszę jednak uczciwie przyznać, że przez chwilę mieliśmy wrażenie lekkiego déjà vu. Był to już kolejny dzień z rzędu, kiedy sporą część trasy pokonywaliśmy wzdłuż górskiej rzeki. Oczywiście było pięknie, ale zaczęliśmy się zastanawiać, czy dalsza część wycieczki czymś nas jeszcze zaskoczy.

I wtedy szlak postanowił pokazać swoje drugie oblicze. Po kilku kilometrach dotarliśmy w okolice schroniska Bouda Bílé Labe, skąd rozpoczęło się konkretne podejście.

Nagle skończył się spokojny spacer. Przed nami pojawiły się kamienne stopnie prowadzące stromo pod górę. Przez następnych kilka kilometrów trzeba było już solidnie popracować nogami. Schody momentami zdawały się nie mieć końca, ale dzięki temu szybko zyskiwaliśmy wysokość.

Po lewej stronie cały czas towarzyszył nam widok na dolinę Łaby i otaczające ją zbocza.

Szlak był stosunkowo wąski, a ponieważ była sobota podczas długiego weekendu, ludzi nie brakowało. Mijaliśmy rodziny z dziećmi, grupy turystów, a także całkiem sporą liczbę biegaczy górskich.

Szczególny szacunek należał się najmłodszym piechurom. Niejednemu dorosłemu takie podejście potrafiłoby dać w kość, a dzieciaki dzielnie wspinały się coraz wyżej, często z większym entuzjazmem niż ich rodzice.

Po pewnym czasie stromizna odpuściła, a my znaleźliśmy się na terenie, który zawsze robi na nas ogromne wrażenie. Wkroczyliśmy w karkonoską tundrę. Nazwa wieje chłodem, ale właśnie tak określa się charakterystyczne bezleśne obszary występujące w najwyższych partiach Karkonoszy. Ze względu na surowy klimat, silne wiatry i krótkie lato drzewa nie są w stanie tutaj rosnąć. Zamiast nich pojawia się niska roślinność, trawy, krzewinki i wyjątkowe gatunki roślin przystosowane do trudnych warunków.

Efekt jest niezwykły. Nagle znika las, a przed oczami pojawia się ogromna otwarta przestrzeń z panoramą gór ciągnącą się po horyzont. To jeden z tych krajobrazów, które bardziej kojarzą się ze Skandynawią niż z Europą Środkową.

Dalej szliśmy już typowym karkonoskim szlakiem – szeroką, miejscami piaszczystą drogą prowadzącą przez grzbiet górski. I właśnie tutaj zrobiło się zdecydowanie spokojniej. Tłum rozciągnął się na wiele kilometrów, więc każdy mógł znaleźć trochę własnej przestrzeni.

W oddali coraz wyraźniej majaczyła charakterystyczna sylwetka Śnieżki – najwyższego szczytu Karkonoszy. Wyglądała tak blisko, że momentami można było odnieść wrażenie, iż wystarczy jeszcze krótki spacer i już będziemy na szczycie. Nie daliśmy się jednak zwieść.

Tym razem nie planowaliśmy zdobywać Śnieżki. Byliśmy tam już dwa razy i, choć wielu turystów uznaje ją za obowiązkowy punkt programu, nam ten szczyt nigdy szczególnie nie skradł serca. Być może przez tłumy ludzi, być może przez silny wiatr, który za każdym razem skutecznie próbował nas zdmuchnąć ze szczytu. Nie zmienia to jednak faktu, że każdy miłośnik gór powinien przynajmniej raz tam wejść i wyrobić sobie własne zdanie.

Naszym celem była Łąkowa Bouda (Luční bouda) – jedno z najbardziej znanych schronisk po czeskiej stronie Karkonoszy. Po dotarciu na miejsce przyszła pora na odpoczynek. Muszę jednak przyznać, że oferta gastronomiczna nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia. Menu było dość skromne i niezbyt zachęcające. Dla mnie akurat nie stanowiło to problemu, ponieważ ze względu na swoją dietę jestem przygotowana – chodzę z własnym wyżywieniem.

W pobliżu schroniska znajdują się również słynne karkonoskie torfowiska. Liczyliśmy, że uda nam się je zobaczyć, jednak okazało się, że teren był wyłączony z ruchu turystycznego.

Nie pozostało więc nic innego, jak ruszyć dalej. A właściwie wrócić.

Widok na Śnieżkę
Widok na Śnieżkę

Wracając, odeszliśmy trochę na wspaniały punkt widokowy i nieświadomie zdobyliśmy szczyt Krakonoš. Następnie odbiliśmy na mniej uczęszczany szlak. Dokładnie tak, jak lubimy. W końcu po co iść tam, gdzie wszyscy, skoro można pójść trochę inaczej?

Zejście okazało się znacznie bardziej wymagające, niż początkowo zakładaliśmy. Przez kilka kilometrów schodziliśmy po kamiennych stopniach. I właśnie wtedy uaktywnił się mój specjalny tryb górski – tryb ostrożnego schodzenia. Natomiast moi kompani podróży z gracją górskich kozic znikali coraz dalej przede mną, ja cierpliwie i metodycznie pokonywałam kolejne kamienne stopnie. Nie ma co ukrywać. Na stromych zejściach szybkość nigdy nie była moją najmocniejszą stroną. Za to kiedy kamienny labirynt wreszcie się skończył, natychmiast odzyskałam tempo.

Widoki podczas zejścia wynagrodziły cały wysiłek. Przed nami rozciągały się zalesione karkonoskie szczyty, doliny i zabudowania Szpindlerowego Młyna widoczne gdzieś w oddali.

Później odbiliśmy jeszcze w prawo i przez dłuższy czas spokojnie maszerowaliśmy przez las. Ten fragment był już znacznie łagodniejszy i pozwalał odpocząć nogom po wcześniejszych kamiennych atrakcjach.

Wróciliśmy do Szpindlerowego Młyna. Piękne górskie miasteczko tętniło życiem. Turyści spacerowali uliczkami, restauracje były pełne ludzi, a my powoli kierowaliśmy się w stronę parkingu.

Tak zakończył się trzeci dzień naszego karkonoskiego wyjazdu. Dzień bardzo różnorodny. Była rzeka, były wodospady, było konkretne podejście, była karkonoska tundra, szerokie panoramy i kamienne zejścia, które na długo zapamiętają moje kolana. Jednym słowem – dokładnie taki dzień w górach, jaki lubimy najbardziej.

Przebieg szlaku:

  • Špindlerův Mlýn – parking
  • Řopík Pod Dívčí strání
  • U Dívcí lávky
  • Pod Pevností
  • Pod Jeleními Boudami
  • Bouda u Bílého Labe
  • U Luční Boudy
  • Luční Bouda
  • U Luční Boudy
  • Krakonoš, odb. vyhl.
  • Krakonoš
  • Krakonoš, odb. vyhl.
  • Úbočí Kozích hřbetú
  • Špindlerův Mlýn, u školek
  • Dřevařská cesta
  • Špindlerův Mlýn – parking

⛰️Krakonoš 

to jeden z wierzchołków malowniczego grzbietu Kozí hřbety (Kozie Grzbiety) po czeskiej stronie Karkonoszy. Nazwa nie jest przypadkowa – nawiązuje do legendarnego władcy Karkonoszy, czyli Ducha Gór, którego Czesi nazywają właśnie Krakonošem.

Wyróżnia się położeniem na długim, skalistym grzbiecie, który uchodzi za jeden z najbardziej charakterystycznych i najdzikszych fragmentów czeskich Karkonoszy. Z okolic szczytu rozciągają się szerokie panoramy na Śnieżkę, dolinę Łaby oraz otaczające karkonoskie grzbiety.

Kozie Grzbiety przez lata pozostawały jednym z mniej dostępnych rejonów Karkonoszy, dzięki czemu zachowały bardziej surowy i naturalny charakter. Dziś przyciągają turystów szukających nie tylko widoków, ale również odrobiny górskiej dzikości.

Dzień 4 – Widokowe zakończenie wyjazdu

Kilkaset metrów do zachwytu


7.06.2026


Stráž

(782 m n.p.m.)


PASMO: KARKONOSZE

ŁAŃCUCH: SUDETY


 

I nastał ostatni dzień naszych karkonoskich przechadzek. Dzień powrotu do domu.

To jednak nie oznacza, że odpuszczamy w tym dniu góry. Wręcz przeciwnie. Od lat wyznajemy zasadę, że nawet jeśli wracamy do domu, zawsze znajdzie się czas na jeszcze jeden szlak. Choćby krótki. Taki na pożegnanie.

Pierwszym punktem dnia był szczyt Stráž w Rokytnicy nad Jizerou. Nie była to długa wyprawa. Od parkingu do punktów widokowych prowadziło niespełna kilometr podejścia.

Nie zawsze trzeba przejść 20 kilometrów i zdobyć kilka szczytów, żeby nacieszyć oczy pięknymi widokami. Czasem wystarczy kilka minut spaceru.

Początek trasy prowadził przez las. Miejscami lekko pod górę, lub inną wygodną, asfaltową drogą. Po chwili dotarliśmy do największej atrakcji tego miejsca – zespołu punktów widokowych na szczycie Hlídka na Stráži, czyli „Warta na Straży”.

To bardzo ciekawie zaprojektowany kompleks drewnianych platform umieszczonych na granitowych skałach. Aby dostać się na niektóre z nich, trzeba wejść po drabinkach, co dodaje całej wycieczce nieco przygodowego charakteru. Punkty widokowe:  Horník (Górnik), Liška (Lis), Medvěd (Niedźwiedź), Ovce (Owca). Nazwy nawiązują do historii regionu, miejscowej przyrody i tradycji związanych z Górami Izerskimi oraz Karkonoszami.

Z platform rozciągały się piękne widoki na Rokytnicę nad Jizerou, okoliczne wzgórza i grzbiety górskie. Pogoda dopisywała, więc panoramy były naprawdę imponujące.

Hlídka na Stráži to idealne miejsce na szybki wypad z piękną panoramą. Kilka minut spaceru wystarczy, by stanąć na szczycie i podziwiać wyjątkowe widoki.

Moglibyśmy na tym zakończyć górską część wyjazdu. Ale mieliśmy pewien problem. Niedosyt. Powrót do Poznania nie jest przecież aż tak długi, żeby nie zmieścić jeszcze jednej wycieczki.

Dlatego po krótkim postoju wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Horních Míseček.

Przebieg szlaku:

  • Parkoviště Končiny – parking
  • Na Stráži
  • Stráž
  • powrót tym samym szlakiem

⛰️Stráž 

to niewysoki szczyt położony nad Rokytnicą nad Jizerou w zachodniej części Karkonoszy. Jego nazwa oznacza po czesku „straż” lub „wartę”, co dobrze oddaje jego położenie – góruje nad okoliczną doliną i od wieków stanowi naturalny punkt obserwacyjny.

Choć wysokością nie może konkurować z karkonoskimi olbrzymami, jest chętnie odwiedzany ze względu na łatwy dostęp i rozległe widoki na okoliczne wzgórza, lasy oraz zabudowania Rokytnicy. Wierzchołek porastają lasy, a jego charakterystycznym elementem są granitowe skałki, typowe dla tej części gór.

Tam, gdzie widoki nie mają końca

7.06.2026


Medvědín

(1235 m n.p.m.)


Vrbatovo návrší 

(1412 m n.p.m.)


PASMO: KARKONOSZE

ŁAŃCUCH: SUDETY


Horní Mísečky – tu rozpoczęliśmy ostatnią trasę naszego karkonoskiego wyjazdu: Horní Mísečky – Medvědín – Vrbatova Bouda – Horní Mísečky.

Już od pierwszych metrów zrobiło się bardzo sielankowo. Szlak prowadził początkowo wzdłuż wyciągu narciarskiego. Wokół rozciągały się zielone, okwiecone łąki, a nad wszystkim górowały karkonoskie szczyty. Był to zupełnie inny klimat niż podczas wcześniejszych dni.

Po minięciu Jilemnickiej Boudy weszliśmy do lasu. Większość pierwszego odcinka prowadziła wygodną drogą, częściowo asfaltową. Szło się bardzo przyjemnie i bez większego wysiłku.

Prawdziwa nagroda przyszła jednak później. W okolicach Medvědína krajobraz nagle się otworzył. Medvědín jest jednym z najbardziej znanych ośrodków narciarskich w tej części Karkonoszy. Zimą przyciąga miłośników białego szaleństwa, a latem staje się doskonałym punktem widokowym dla przechodzących turystów.

Następnie szliśmy przez las, a potem weszliśmy na szeroką drogę grzbietową. I wtedy zaczął się prawdziwy spektakl. Rozciągała się panorama głównego grzbietu Karkonoszy. Widać było między innymi Łabski Szczyt, Wielki Szyszak, okolice Śnieżnych Kotłów wraz z charakterystyczną  stacją RTV przy Śnieżnych Kotłach.  Towarzyszyła nam ona przez cztery dni naszych wędrówek.

To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek co chwilę zatrzymuje się niby po zdjęcie, a tak naprawdę po to, żeby jeszcze chwilę popatrzeć.

Nie było tu stromych podejść. Nie było walki o każdy metr przewyższenia. Była za to przestrzeń, mnóstwo przestrzeni. i góry pokazujące się niemal przez cały czas.  

Dotarliśmy do Vrbatovej Boudy. Zrobiliśmy krótki postój, coś przekąsiliśmy i zaczęliśmy obserwować niebo. Wiatr wyraźnie przybrał na sile. Od strony grzbietów zaczęły nadciągać coraz ciemniejsze chmury. Co prawda słońce nadal od czasu do czasu przebijało się przez zachmurzenie, ale uznaliśmy, że lepiej nie sprawdzać, czy karkonoska pogoda ma jeszcze jakieś niespodzianki w zanadrzu.

Ruszyliśmy więc w drogę powrotną.

Wybraliśmy inną trasę niż podczas podejścia, dzięki czemu mogliśmy oglądać góry z nieco innej perspektywy. Przez większą część zejścia nadal towarzyszyły nam rozległe widoki. Dopiero pod koniec ponownie zanurzyliśmy się w lesie i spokojnym krokiem wróciliśmy do parkingu.

Cała trasa miała około 10 kilometrów. Była lekka, niewymagająca i niezwykle spektakularna. To właśnie jeden z tych szlaków, które udowadniają, że nie trzeba zdobywać najwyższych szczytów, żeby wrócić zachwyconym.

I właśnie takim akcentem pożegnaliśmy Karkonosze.

Przebieg szlaku:

  • Horní Mísečky – parking
  • Horní Mísečky, rozc.
  • Jimnecká bouda
  • Nad Jimneckou boudou
  • U Medvědín
  • Medvědín
  • Svinské louže
  • Vrbatova bouda
  • Vrbatovo návrší
  • Býv. Jestřabí bouda
  • Nad Jimneckou boudou
  • Jimnecká bouda – Horní Mísečky – parking

⛰️Medvědín

to charakterystyczne wzniesienie górujące nad Szpindlerowym Młynem w czeskich Karkonoszach. Ma kopulasty kształt, płaski szczyt i strome zbocza opadające ku Dolinie Łaby. Wierzchołek porastają świerkowe lasy, a jego najbardziej rozpoznawalnym elementem jest wysoka wieża telekomunikacyjna.

Na stokach schodzących w kierunku Szpindlerowego Młyna znajdują się popularne trasy narciarskie i ośrodki zimowe. Ze Szpindlerowego Młyna na szczyt można wygodnie wjechać wyciągiem krzesełkowym. Na wierzchołku działa również restauracja, dzięki czemu można połączyć górską wycieczkę z chwilą odpoczynku przy posiłku lub kawie.

⛰️Vrbatovo návrší 

to rozległe wzniesienie położone w grzbietowej części czeskich Karkonoszy, pomiędzy Harrachovymi Kamenami a Zlatým návrším. Choć często bywa traktowane jako szczyt, w rzeczywistości jest to szerokie, łagodne wzgórze charakterystyczne dla tej części karkonoskich grzbietów.

Miejsce to znane jest przede wszystkim z pomnika Hanča i Vrbaty, upamiętniającego tragiczną historię dwóch czeskich narciarzy. W marcu 1913 roku podczas zawodów narciarskich gwałtowna śnieżyca zaskoczyła uczestników. Václav Vrbata oddał część swojej odzieży wyczerpanemu Bohumilowi Hančowi, próbując uratować mu życie. Ostatecznie obaj zginęli z wychłodzenia, stając się symbolem poświęcenia i górskiej solidarności.

Nazwę wzgórza nadano właśnie na cześć Václava Vrbaty. Do dziś miejsce to jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów na karkonoskich grzbietach i ważnym symbolem czeskiej historii górskiej.

Dodatkowym atutem są rozległe panoramy na karkonoskie szczyty i otwarte przestrzenie. Zaledwie kilkaset metrów od wzgórza znajduje się także popularna Vrbatova Bouda, przy której wielu turystów robi krótki odpoczynek przed dalszą wędrówką.

Podsumowanie

Cztery dni, kilkadziesiąt kilometrów szlaków, mnóstwo pięknych widoków i jeszcze więcej wspomnień.

Karkonosze po raz kolejny pokazały nam, że potrafią zaskakiwać. Były Śnieżne Kotły, szum górskich rzek, karkonoska tundra, widokowe grzbiety i miejsca, których wcześniej nie znaliśmy.

Najważniejsze jednak były wspólnie spędzone chwile i wyjątkowa okazja, która przyciągnęła nas w góry – 50. urodziny Tomka. Jak widać, pół wieku można świętować nie tylko przy stole, ale również na szlaku.

Wracamy zmęczeni, ale szczęśliwi. I już zastanawiamy się, gdzie poniosą nas nogi następnym razem.

Co dalej?

Góry na chwilę zostawiamy za sobą, ale nadal zostajemy w ruchu. W kolejnym wpisie zabierzemy Was do Grodziska Wielkopolskiego na jedną z naszych ulubionych imprez biegowych. Będzie półmaraton, sportowe emocje, świetna organizacja i atmosfera, która co roku przyciąga tłumy biegaczy.

Nie przegap żadnych relacji!

🔗 Wskakuj do nas na Facebooka

Zobacz wersję ruchomą naszej wędrówki

Skróty:

Całe filmy:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry
Ta strona wykorzystuje pliki cookies w celu prawidłowego działania oraz w celach analitycznych
odrzuć
akceptuj