ORLA PERĆ – CZY WARTO SIĘ Z NIĄ ZMIERZYĆ?
SPIS TREŚCI
ToggleJak narodziła się myśl o zdobyciu Orlej Perci?
To było już jakieś… hmm, ponad pięć lat temu. Marzeniem Krzyśka było przejść Orlą Perć – szlak owiany legendą, okrzyknięty mianem najtrudniejszego i najniebezpieczniejszego w Polsce. A ja? Ja wtedy miałam na to jeden komentarz: „Zapomnij. Nigdy. W życiu. Nawet nie zaczynaj tematu, bo tam ludzie giną!”
I trudno się dziwić – nasze „doświadczenie górskie” wtedy ograniczało się raczej do rekreacyjnych spacerów. W Tatry nawet nie zaglądaliśmy, a co dopiero mierzyć się z takim potworem, jak Orla Perć. Moim największym marzeniem było wtedy, żeby kiedyś wejść na Rysy – i to wydawało się już wyzwaniem z kategorii science fiction. Wiedzieliśmy, że na takie cele trzeba się przygotować, a czasu na treningi w górach wtedy też za wiele nie mieliśmy.
Dopiero jakieś cztery lata temu zaczęliśmy systematycznie włóczyć się po szlakach, najpierw tych spokojniejszych, a potem coraz bardziej tatrzańskich. I choć wiedziałam już, że Rysy w końcu zdobędę, to pogoda nie pozwoliła nam na atak szczytowy. I, jak się później okazało – całe szczęście! Bo trzeba zacząć od łatwiejszego, a nie od razu rzucać się w paszczę lwa.
Przyznam szczerze: walka z lękiem wysokości była dla mnie niemal sportem ekstremalnym. Balkon na ostatnim piętrze w bloku potrafił mnie sparaliżować, a tu nagle – Tatry. No ale krok po kroku oswajałam się z ekspozycją. Najpierw zimowy Giewont, potem Szpiglasowy Wierch – pół zimowy, pół letni gdzie, spotkaliśmy pierwsze łańcuchy. A potem… cóż, wpakowaliśmy się nieświadomie na Kościelec. Dla mnie to było jak Mount Everest – wspinaczka bez zabezpieczeń i serce w gardle.
Wtedy już wiedziałam, że Rysy to raczej po Świnicy. I faktycznie – zdobyliśmy Świnicę, co było dla mnie ogromną radością i satysfakcją. Szlak był długi, wymagający, pełen łańcuchów i podejść, ale udało się! I to dało mi wiarę, że teraz wreszcie można myśleć o Rysach.
Ponieważ w sezonie letnim na Rysach bywa jak na Krupówkach w godzinach szczytu, odpuściliśmy tłumy i wybraliśmy wrzesień. A skoro na koncie mieliśmy już kilka wysokich szczytów w Tatrach Wysokich, a nawet przejście przez słowacką Czerwoną Ławkę, to w głowie pojawiła się myśl: „A może Orla?” I o dziwo – tym razem ja sama miałam ochotę się jej podjąć.
Plan był taki: rok temu, we wrześniu. Idealny termin – bez wakacyjnych korków na szlaku. Ale cóż, pogoda się obraziła i polało tak, że nikt nie miałby ochoty wyjść z domu, a co dopiero na szlak. Ostatecznie zrezygnowaliśmy z całego wyjazdu. I wiecie co? Dobrze się stało, bo dzięki temu mieliśmy jeszcze rok na zbieranie doświadczeń.
Jeszcze w październiku była szansa, ale dzień za krótki, by przejść tak wymagającą trasę. Zamiast tego wylądowaliśmy na trudnej technicznie Przełęczy pod Mięguszowieckim Szczytem. Potem były kolejne szlaki po słowackiej stronie – Rohacze, z łańcuchami, czasem na czworakach, czyli pełny pakiet atrakcji.
Wniosek? Warto było odłożyć Orlą na później. Ten czas dał nam nie tylko doświadczenie w górach, ale i dodatkową wytrzymałość – bo półmaratony też zrobiły swoje.
I tak oto w końcu przyszedł ten moment. Odpowiedni czas na Orlą Perć. Ale o tej przygodzie opowiem Wam już w kolejnym rozdziale…
Orla Perć - przygoda na szlaku
W końcu nadszedł ten wymarzony urlop. Przyjechaliśmy do Zakopanego dzień wcześniej, żeby rano ruszyć już w pełnej gotowości. Samochód zostawiliśmy w zaprzyjaźnionym pensjonacie, zarzuciliśmy plecaki i poszliśmy w stronę schroniska Murowaniec.
Krzysiek – jak zawsze z głową pełną planów i kalkulatorem w oczach – ułożył trasę tak, żeby nie zaczynać wszystkiego od Kuźnic. Pomysł był prosty: skoro sam szlak Orlej Perci to „tylko” około 20% całej trasy (reszta to samo dojście i zejście), to start z Murowańca oszczędzi nam trochę sił i godzin marszu. Brzmiało rozsądnie.
Ruszyliśmy o 5 rano, w ciemności, z czołówkami na głowie. Założenie było takie, żeby wschód słońca zastał nas już na bardziej wymagającym odcinku – bo co jak co, ale wolałam nie walczyć z łańcuchami po omacku. Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym było już jasno, a my skierowaliśmy się ku Przełęczy Zawrat, mijając po drodze Zmarzły Staw.
Podejście na Zawrat – powiedzmy sobie szczerze – nie jest technicznie dramatyczne. Trochę kamiennych stopni, trochę luźnych głazów, czasem ręką trzeba się podeprzeć. Pojawiły się pierwsze łańcuchy i… wróciły wspomnienia sprzed dwóch lat, kiedy w tym samym miejscu stawiałam pierwsze kroki na drodze na Świnicę. Wtedy byłam przerażona, teraz już mniej – choć nie powiem, pierwsze ruchy przy łańcuchach znów wywołały lekki stres i uczucie „gumowych nóg”.
Im wyżej, tym spokojniej – myślałam tylko o tym, żeby iść skupiona. Relaks? Nie, jeszcze nie ta kategoria, ale pełna koncentracja – jak najbardziej. Na Zawracie przywitał nas mocniejszy wiatr i od tego momentu zaczęła się właściwa przygoda: Orla Perć.
Nie będziemy tu opisywać wszystkiego co do metra – gdzie szczyt, gdzie przełęcz, gdzie żleb. Film na YouTube też nie pokaże wszystkich szczegółów, ale odda klimat wędrówki. Ale jedno trzeba przyznać: nuda na Orlej Perci nie grozi. Raz pod górę, raz w dół, raz z łańcuchami, raz bez. Czasem zabezpieczenia wydawały się zbędne, a czasem – tam, gdzie ich nie było – człowiek aż się prosił, żeby coś chwycić. Może to też kwestia mojego wzrostu – krótki krok, krótkie ręce – i nagle świat wygląda zupełnie inaczej.
Po drodze pojawiły się słynne drabinki. Wyglądają groźnie – przyczepione do pionowych ścian – ale paradoksalnie to były jedne z łatwiejszych fragmentów. Patrzyliśmy tylko w szczeble, nie spoglądając w dół, więc psychika miała chwilę oddechu. Pierwsza drabinka nad Kozią Przełęczą, w okolicy Zmarłej Turni, była nawet ustawiona skośnie – ale schodząc, nie czuło się tego w ogóle.
Decyzję o wejściu na Orlą Perć warto podjąć dopiero wtedy, gdy ma się już oswojony lęk wysokości. Tu nie ma taryfy ulgowej – większość trasy to wspinaczka po eksponowanych, czasem pionowych ścianach. Na szczęście ja ten etap miałam już za sobą – potrafiłam iść nie myśląc o przepaściach i ryzyku, a nawet cieszyć się widokami. Bo widoki były nagrodą za każdy krok – bajeczne, niepowtarzalne, takie, których się nie zapomina.
Trasa była urozmaicona: skalne ścianki, piargi osypujące się spod nóg (najbardziej zdradliwe elementy – jeden ruch i można zjechać jak po zjeżdżalni, tylko że w przepaść), czasem kamienne schody, czasem kępki trawy jak zielone punkty ratunkowe.
Żleb Honoratka – kolejny legendarny odcinek – przeszedł mi trochę bez echa, ale za to Żleb Kulczyńskiego pamiętam doskonale. Tam musiałam użyć wszystkich możliwych technik: trochę „na pająka”, trochę na „czworaka”, a miejscami na pośladkach. Myślę, że największe zagrożenie to deszcz – wystarczy lekka mżawka i wytarte skały stają się śliskie jak lodowisko.
Na odcinku przez Granaty pojawiła się słynna szczelina nad przepaścią. Zabezpieczona łańcuchem, podobno „nie taka straszna, jak wygląda”. Krzysiek przeszedł ją od niechcenia. Ja… cóż, miałam ambitny plan, żeby przeskoczyć. Ale u mnie „przeskoczyć” to utopia – nogi krótkie, krok nie ten. I dobrze, że w ostatniej chwili się wycofałam, bo byłam już zmęczona i czułam, że to ponad siły.
Generalnie mój styl przejścia Orlej można opisać tak: przodem, tyłem, bokiem, na czworaka, czasem na tyłku – pełny wachlarz. Na podejściach raczej klasycznie, ale zejścia… improwizacja na całego. Krzysiek czasem mnie naprowadzał i motywował (warto mieć partnera na trasie!), choć nie zawsze jego wskazówki działały – bo wiadomo, każdy czuje inaczej, a emocje w trudnych momentach robią swoje. Bywało więc i trochę napięcia.
Kiedy zeszliśmy z Koziego Wierchu, myślałam: „To już, najgorsze za nami.” Niestety Granaty szybko przypomniały, że też mają coś do powiedzenia. A że w międzyczasie dopadło nas zmęczenie, technicznie podobny teren robił się coraz trudniejszy.
Na szczęście była też chwila radości – przy kultowej skale Chłopek, stojącej jakby miała się zaraz przewrócić. Obowiązkowa sesja zdjęciowa, bo jakże inaczej. A dalej do tego niesamowite widoki na Dolinę Pięciu Stawów – bajka! Tam pozwoliliśmy sobie na chwilę oddechu i przekąskę.
Na zejściu ze Skrajnego Granatu w stronę Krzyżnego pojawiła się ogromna ulga: „Udało się! Orla zdobyta!” Radość mieszała się jednak z totalnym wyczerpaniem. Po wszystkim nie wiedziałam, co boli bardziej – ręce, nogi, kark czy głowa.
Ale prawdziwe zmęczenie dopadło mnie dopiero na zejściu do Kuźnic. Najpierw droga do Murowańca – długa, kamienista, schodzenie po niezliczonych stopniach, na których zaliczyłam „glebę”. Szłam już w tempie „norweskim” (nasze prywatne określenie na krok żółwia z wędrówki w Norwegii). Krzysiek cierpliwie maszerował przede mną, a na dodatek śpiewał, żeby odstraszyć niedźwiedzie. Po Murowańcu było jeszcze gorzej – zmierzch, czołówki na głowę i ostatnie kilometry na resztkach sił.
Do noclegowni dotarłam jak bateria rozładowana do zera.
Na trasie zdobyliśmy Kozie Czuby, Kozi Wierch i Granaty – czyli brakujące szczyty do Korony Polskich Tatr. Orla Perć nie oddała ich łatwo.
Dla Krzyśka – świetna przygoda i zabawa.
Dla mnie – test wytrwałości, odwagi i cierpliwości.
Teraz już wiem, dlaczego Orla Perć uchodzi za najtrudniejszy szlak w Polsce.
I powiem jedno: bez przygotowania nie polecam, bo to nie spacerek do parku. Ale jeśli ktoś kocha góry i dojrzewa do tego wyzwania – przejście Orlej Perci to przygoda życia.
I już po wszystkim, siedząc w domu i oglądając w Internecie zdjęcia ludzi wspinających się na stromą ścianę któregoś ze szczytów, łapałam się na myśli: „Przecież ja tam też byłam… Jakim cudem ja to zrobiłam?!”
Czy warto się zmierzyć z Orlą Percią?
Tak – ale tylko wtedy, gdy naprawdę jesteś przygotowany fizycznie i psychicznie. To szlak pełen emocji, pięknych widoków i adrenaliny, ale też niebezpieczeństw, które nie wybaczają braku doświadczenia. Daje ogromną satysfakcję i poczucie, że zdobyło się coś wyjątkowego, ale nie jest to droga dla każdego. Jeśli kochasz góry, masz wprawę w Tatrach i głowę wolną od lęku wysokości – warto. Jeśli nie – lepiej poczekać, aż przyjdzie właściwy moment. Ale koniecznie trzeba wybrać odpowiednią pogodę, bo w deszczu czy mgle ten szlak staje się śmiertelną pułapką.
Przebieg szlaku:
- Schronisko PTTK Murowaniec
- Hala Gąsienicowa
- Czarny Staw Gąsienicowy
- Nad Zmarzłym Stawem
- Zawrat
- Mały Kozi Wierch
- Zamarła Turnia
- Kozia Przełęcz
- Kozie Czuby
- Kozi Wierch
- Pod Kozim Wierchem
- Żleb Kulczyńskiego
- Zadni Granat
- Pośredni Granat
- Skrajny Granat
- Krzyżne
- Czerwony Staw w Dolinie Pańszczycy
- Las Gąsienicowy
- Schronisko PTTK Murowaniec
- Betlejemka
- Przełęcz między Kopami (Karczmisko)
- Potok Bystra
- Kuźnice
- Kuźnicka Polana
Orla Perć
to najdłuższy graniowy szlak w polskich Tatrach Wysokich. Biegnie od Zawratu po Krzyżne, czerwonym szlakiem przez przełęcze i szczyty, i od lat cieszy się sławą… najbardziej wymagającej i niebezpiecznej trasy w Polsce. Nie bez powodu – tu królują łańcuchy, klamry, drabinki i ekspozycje, od których osobom z lękiem wysokości szybciej bije serce (i to nie z zachwytu nad widokami).
Szlak powstał w latach 1903–1906 dzięki księdzu Walentemu Gadowskiemu i od tego czasu kusi śmiałków. Jedni marzą, by go przejść, inni wolą podziwiać z bezpiecznej odległości. Statystyki mówią same za siebie – od otwarcia zginęło mnóstwo osób. Dlatego Orla Perć to nie propozycja dla początkujących turystów, a raczej dla tych, którzy w górach czują się jak ryba w wodzie… i najlepiej mają ze sobą dużo zdrowego rozsądku.
Przejście całej trasy zajmuje 6–8 godzin. Najlepszym punktem startowym jest „Murowaniec” lub schronisko w Dolinie Pięciu Stawów. Stamtąd można ruszyć na Zawrat i wejść w sam środek orlego świata.
Orla Perć jest trudna, piękna i nieprzewidywalna. Jeśli chcesz spróbować – przygotuj kondycję, sprzęt, odwagę i… sporo pokory wobec gór.
A jeśli 6–8 godzin po grani to dla Ciebie za dużo – spokojnie, Orlą Perć można „gryźć” na raty:
Zawrat – Kozia Przełęcz (ok. 1:20 h, dużo łańcuchów i ekspozycji),
Kozia Przełęcz – Kozi Wierch (ok. 1:30 h, kultowy Kozi – najwyższy szczyt w całości po polskiej stronie Tatr),
Kozi Wierch – Skrajny Granat (ok. 1:35 h, długa, malownicza część),
Skrajny Granat – Krzyżne (ok. 2:15 h, długi odcinek bez możliwości zejścia, ale widoki wynagradzają wszystko).
Na każdą z tych części można wejść różnymi szlakami dojściowymi – dzięki temu Orla Perć nie musi być jednorazowym „maratonem”, a przygodą rozłożoną na kilka dni.

to szczyt w Tatrach Wysokich, na trasie słynnej Orlej Perci. „Mały” w nazwie jest raczej umowny – bo jego wysokość i skaliste grzbiety robią swoje. Na zachodzie graniczy z Zawratową Turnią (oddziela je przełęcz Zawrat), a na wschodzie z Zmarzłymi Czubami (oddzielone Zmarzłą Przełączką Wyżnią). Od południa schodzi grań z Kołową Czubą i przełęczą o wdzięcznej nazwie Schodki – i faktycznie, czasem na tej trasie człowiek czuje się jak na stromych, kamiennych stopniach bez poręczy.
Szczyt oferuje szeroką panoramę, podobno lepszą niż z samego Zawratu. Trudno się dziwić – z góry widać zarówno Dolinę Pięciu Stawów Polskich, jak i Gąsienicową, a kotły i żleby dodają dramatyzmu krajobrazowi.
Nazwa wbrew pozorom nie jest taka oczywista: do 1903 r. mianem „Małego Koziego Wierchu” określano… Zamarłą Turnię. Dopiero później trafiła na właściwe miejsce, a w 1905 r. poprowadzono tędy Orlą Perć.
Na marginesie – w rejonie szczytu znajduje się żleb o nazwie Honoratka (kiedyś zwany Żydowskim Żlebem), związany z tragiczną historią turysty, który zginął tu w 1925 r.
Choć Mały Kozi wygląda niewinnie, to wcale nie jest przyjaznym barankiem zanotowano tu wypadki śmiertelne. To kolejny dowód, że w Tatrach nawet „małe” potrafi być naprawdę groźne.

to dwuwierzchołkowy szczyt w grani Świnicy, który robi wrażenie nawet na doświadczonych taternikach. Wierzchołki – wschodni (2179 m) i zachodni (2178 m) – dzieli zaledwie płytka szczerbina. Szlak Orlej Perci przebiega tu górną częścią północnej ściany, omijając wierzchołki, ale i tak emocji nie brakuje.
Turnia leży między Zmarzłymi Czubami a Kozimi Czubami, a jej strome ściany północne opadają do Dolinki Koziej. Południowa strona – w kierunku Dolinki Pustej – to słynne gładkie krzesanice o wysokości około 140 m, uznawane kiedyś nie do przejścia. Ściana oferuje około 20 wytyczonych dróg i kilkadziesiąt wariantów, od klasycznych po bardziej ekstremalne.
Jedną z najsłynniejszych historii jest Jerzy Leporowski, który latem 1927, bez doświadczenia i asekuracji, przeszedł południową ścianę dwukrotnie – budząc podziw i niedowierzanie taterników.
Nazwę Zamarłej Turni wymyślił w 1902 r. poeta Franciszek Henryk Nowicki. Ściany tej turni inspirowały też poetów i filmowców – powstały wiersze i dwa filmy dokumentalne, które uwieczniły heroiczne wejścia taterników.

to masyw o trzech wierzchołkach leżący w grani Świnicy, tuż obok Koziego Wierchu i Zamarłej Turni. Nazwę wymyślił sam ksiądz Walenty Gadowski – ten sam, który poprowadził przez nie Orlą Perć. I tak do dziś Kozie Czuby słyną z tego, że właśnie tutaj znajdziemy jedne z najtrudniejszych fragmentów całej trasy.
Od strony Dolinki Koziej i Dolinki Pustej opadają urwistymi ścianami, które mają nawet 250 m wysokości – nic dziwnego, że wspinacze wytyczyli tu kilka dróg, choć szczyt jest mniej oblegany niż sąsiednie giganty. Dla zwykłego turysty atrakcją są jednak przede wszystkim łańcuchy i klamry, które pomagają przejść przez te skalne progi.
Kozie Czuby mają też swoją mroczniejszą stronę – zanotowano tu wiele wypadków śmiertelnych.

to prawdziwa duma polskich Tatr. Jest najwyższym szczytem w całości leżącym po naszej stronie granicy. Wznosi się w długiej grani Świnicy, między Doliną Pięciu Stawów Polskich a Doliną Gąsienicową, a dokładniej – między uroczą Dolinką Kozią a surową Dolinką Pustą. I tak się składa, że prowadzi przez niego słynna Orla Perć.
Masyw ma też swoje dodatkowe „smaczki”: strome ściany opadające do Dolinki Koziej i Dolinki Pustej, żleby (m.in. Żleb Kulczyńskiego i Rysa Zaruskiego), a także długą północno-wschodnią grań zwaną Kozim Murem.
Szczyt nazwę zawdzięcza kozicom, które szczególnie upodobały sobie południowe, spokojniejsze stoki. Dawniej pasterze z Doliny Gąsienicowej nazywali go jednak… Czarnymi Ścianami – i coś w tym jest, bo od północy wygląda naprawdę groźnie.
Kozi Wierch to obowiązkowy punkt dla ambitnych turystów – szczyt, z którego rozciągają się wspaniałe panoramy i który gwarantuje nie tylko moc widoków, ale też sporą dawkę adrenaliny.

to trzywierzchołkowy masyw w grani Świnicy, rozciągający się od Sieczkowej Szczerby po Pańszczycką Przełączkę Wyżnią. W skład „rodzinki” wchodzą: Zadni Granat , Pośredni Granat, Skrajny Granat – uważany za główny, bo odchodzi stąd grań Żółtej Turni.
Ich strome ściany opadają do trzech dolin: Czarnej Gąsienicowej, Buczynowej i Pańszczycy. Między szczytami kryją się Przełączki Sieczkowe nazwane od Macieja Sieczki – przewodnika, który w XIX wieku był jednym z pierwszych zdobywców Granatów.
Turystycznie Granaty to fragment Orlej Perci, a więc gwarancja mocnych wrażeń. Da się na nie dostać zielonym szlakiem z Dolinki Koziej albo żółtym znad Czarnego Stawu Gąsienicowego. Przy dobrej pogodzie przejście nie jest najtrudniejsze, ale we mgle łatwo tu pobłądzić. Wielu turystów próbowało zejść zbyt kuszącym Żlebem Drège’a – niestety, dolna część tego żlebu pokazuje wtedy swoje śmiertelne oblicze.
Granaty uchodzą za jedne z najpiękniejszych punktów widokowych na Orlej Perci – panoramy są tu naprawdę spektakularne, a nazwa „Granaty” pasuje idealnie: trzy mocne szczyty, które wywołują prawdziwy wybuch adrenaliny.
Lista przygotowań na Orlą Perć
SPRZĘT I UBRANIE
☐ Buty trekkingowe z twardą podeszwą i dobrą przyczepnością
☐ Rękawiczki do łańcuchów (cienkie, sportowe)
☐ Kask górski
☐ Plecak (lekki, dobrze dopasowany)
☐ Kurtka przeciwdeszczowa i wiatrówka
☐ Warstwy odzieży „na cebulkę” (polar, bielizna termiczna + bielizna na zmianę w razie przemoczenia)
☐ Czołówka + zapasowe baterie
JEDZENIE I PICIE
☐ Min. ok. 2 litry wody (bidony / bukłak)
☐ Batony energetyczne / żele / bakalie
☐ Kanapki lub coś bardziej konkretnego na dłuższy postój
DOKUMENTY I DODATKI
☐ Telefon z naładowaną baterią + powerbank
☐ Aplikacja Na Ratunek z zapisanym numerem TOPR
☐ Mapa papierowa (aplikacja w telefonie może nie wystarczyć!)
☐ Apteczka (plastry, bandaż, coś na otarcia)
☐ Dowód osobisty/paszport (Tatry to granica PL–SK)
PRZED WYJŚCIEM
☐ Sprawdź prognozę pogody (deszcz, mgła czy burza to wróg numer jeden)
☐ Planuj wczesne wyjście (dzień w górach może się okazać za krótki)
☐ Powiadom kogoś, gdzie idziesz i kiedy planujesz powrót
☐ Zastanów się, czy jesteś wypoczęty i w dobrej formie
NA SZLAKU
☐ Idź własnym tempem – nie ścigaj się z innymi
☐ Trzymaj trzy punkty podparcia przy łańcuchach
☐ Noś kask – chroni głowę przed urazami i spadającymi kamieniami
☐ Nie rób zdjęć w niebezpiecznych miejscach
☐ Nie utrudniaj innym przejścia i nie poganiaj ich na trudnych fragmentach szlaku.
☐ W razie złej pogody lub zmęczenia – zawróć lub zejdź w najbliższym miejscu, gdzie zejście jest możliwe szlakiem
Podsumowanie
Orla Perć okazała się prawdziwym testem siły, odwagi i cierpliwości – pełna adrenaliny, pięknych widoków i momentów zwątpienia. Dla Krzyśka była świetną zabawą, dla mnie próbą charakteru, ale oboje wyszliśmy z niej bogatsi o doświadczenie i dumni, że stanęliśmy oko w oko z najtrudniejszym szlakiem w Polsce. To jednak nie jest trasa dla każdego – zanim ktoś się na nią wybierze, warto dobrze przemyśleć swoje możliwości i przygotowanie, bo tu margines na błędy jest naprawdę niewielki.
Co dalej?
A już w następnym wpisie zabierzemy Was w nieco inny klimat – z tatrzańskich grani przeniesiemy się do średniowiecznych murów. Czekają na nas słowackie perełki: Zamek Spiski i Zamek w Lubowli.
Nie przegap żadnych relacji!
🔗 Wskakuj do nas na FacebookaZobacz wersję ruchomą naszej wędrówki
skrót:
cały film:
Dzielimy się własnymi doświadczeniami – ale to, co dla nas było możliwe, nie zawsze będzie odpowiednie dla innych. Zachęcamy do aktywności fizycznej, ale pamiętaj: każdy ma inną kondycję, zdrowie, doświadczenie i granice komfortu.
Jeśli nie jesteś pewien, czy dasz radę – zachowaj rozsądek. Bezpieczeństwo zawsze ważniejsze niż zdobycie szczytu czy ukończenie maratonu.
👉 Więcej informacji znajdziesz w naszym zastrzeżeniu odpowiedzialności.








































